Społeczeństwo

Samowyniesienie. Złoty to jest kolor wesoły

Polski książę wyzwał Nigela Farage’a na pojedynek

Anglia to dziwny kraj. Można mieszkać w tym samym domu przez 20 lat i nigdy nie zostać zaproszonym w gości przez sąsiada. Anglia to dziwny kraj. Można mieszkać w tym samym domu przez 20 lat i nigdy nie zostać zaproszonym w gości przez sąsiada. Robert Małolepszy / Materiały prywatne
Syn dowódcy ułanów Jan Żyliński oświadczył, że ma dość dyskryminacji Polaków na Wyspach. W obronie ich honoru wyzwał na pojedynek lidera Partii Nacjonalistów Brytyjskich. Nigel Farage wyzwania nie przyjął.
Pomnik ułana w KałuszynieYoutube Pomnik ułana w Kałuszynie
Parkiety, gzymsy, wszystko wykonali Polacy.Robert Małolepszy/Materiały prywatne Parkiety, gzymsy, wszystko wykonali Polacy.
W pałacu Żylińskiego organizowane są bale charytatywne, jest tu też kręcony popularny brytyjski serial.Robert Małolepszy/Materiały prywatne W pałacu Żylińskiego organizowane są bale charytatywne, jest tu też kręcony popularny brytyjski serial.

Kim jest ów milioner Jan Żyliński, który wybudował w polskim Kałuszynie pomnik – ośmiometrowego ułana wartego milion złotych? Wcześniej wzniósł w Londynie pałac. Teraz walczy o prawa Polaków na Wyspach.

Pokażę pani mój pałac

Zanim opowiem o ojcu, o generale Andersie i o Leonardo DiCaprio, pokażę pani mój pałac. Dziś na parterze ekipa filmowa kręci scenę orgii na 100 osób minimum. Proszę spojrzeć, panowie wchodzą do sali balowej, poprzebierani za diabły, skóra i ogony. Panie w tiulach. Pod złoconym lustrem z prawej strony mogą podziwiać rzeźbę szklaną, której sterczy nienaturalne przyrodzenie. Wieszają na nim ubrania, może im za ciepło. Poczekamy na podjeździe, niech skończą tę orgię.

Usiądźmy i popatrzmy. Ogródek niewielki, bo to centrum Ealingu. Pałac wyszedł za to spory. Bryła jest bardziej XVIII-wieczna niż wiele XVIII-wiecznych pałaców w Paryżu, zapewniam. Wiele osób z Francji przyjeżdża, żeby się tu fotografować. Na przykład z domu mody Chanel czy Dior. Mówią, że tak doskonałej kopii nie znajdzie się w ich stolicy.

Wściekłość zżera dwóch sąsiadów. Zawlekli mnie przed sąd najwyższy z powodu dumy i uprzedzenia. Donieśli, że Ealing jest dzielnicą niewielkich ceglanych domów i małych ogródków, a wybudowanie białego pałacu w stylu Ludwika XVI jest rzeczą niespotykaną. Niemniej, zapewniam, że gdyby to nie Polak, ale Anglik zbudował francuski pałac, hałas byłby mniejszy. O ile by zbudował, proszę pani, bo przy angielskiej flegmie to jest wątpliwe. Pałac zwiedzimy podczas 10-minutowej przerwy w orgii.

Emigracja zaczynała ostrożnie

Żylińscy to stary ród, proszę pani, z okolic Witebska. Tołstoj nas wymienia w „Wojnie i pokoju”. Tato mój, Andrzej, był prawnikiem i oficerem rezerwy. W 1939 r. dowodził słynną zwycięską szarżą kawalerii w bitwie pod Kałuszynem. Za co nie dostał Virtuti Militari. Z tajemniczych powodów.

W 1947 r., razem z generałem Andersem, przypłynął do Southampton. W przeciwieństwie do kolegów, w ogóle się tej Anglii nie bał. Pracował jako prawnik, doradzał rodakom. Zwłaszcza gdy chcieli kupić sobie dom, a nie wiedzieli jak, ponieważ nie znali języka.

Poznał moją matkę na tańcach w Ognisku Polskim w klubie oficerskim, gdzie babcia dostała posadę jako kierownik restauracji. Tata pocałował mamę, a potem urodziłem się ja. Był 1951 r. Niestety, ojciec chorował na raka mózgu i umarł, gdy miałem siedem lat.

Pokolenie moich rodziców poszło w nieruchomości i odniosło sukces finansowy. Emigracja zaczynała ostrożnie. Najpierw mieszkała, tak jak mama z babcią, na Kensingtonie, w pokoju wielkości łazienki. Ale szybko przestała się bać kredytów i zaczęła kupować. Coraz bardziej na zachód miasta. Kupowało się duże budynki, bo ich nikt nie chciał, Anglia była wydrenowana przez wojnę. Anglicy, proszę pamiętać, są zachowawczy i bardzo praktyczni. Po co im wielka rezydencja, kiedy nie ma funduszy? Te dwa wiktoriańskie domy przy wyjściu z metra Ealing Broadway dziś są warte po 2 mln funtów. W 1958 r. można było je kupić za 2 tys.

Matka się nie załamała po śmierci ojca, tylko rzuciła w te nieruchomości. Sprzedała domek w Streatham i jak wszyscy kupiła wielką ruinę na Ealingu. Sama kładła tapety i skrobała ściany. Potem wynajmowała pokoje lokatorom. Od dzieciństwa mieszkałem z obcymi, czekałem w kolejce do łazienki, więc mi dzisiaj nie przeszkadzają żadni goście weselni.

Pieniądze z wynajmu matka lokowała w kolejne ruiny. Miała silny charakter. Pamiętam, jak raz kosiła trawę przed domem. Kosiarka się psuje, więc mamusia jej daje kopniaka. I maszyna jedzie dalej. Tak się uczyłem wiary w siebie i podstaw przedsiębiorczości.

Babcia stale mi opowiadała o życiu w Gozdowie pod Płockiem, gdzie miała pałac. Bywał u niej nawet marszałek Rydz-Śmigły. Gdy miałem 6 lat, przyrzekłem jej, że odbuduję ten pałac. Słowa dotrzymałem ze sporym poślizgiem. Nie w Gozdowie, tylko w Londynie. Sam zaprojektowałem każdy szczegół.

I oto stoimy w mojej sali balowej. Ci w tiulach i z ogonami to aktorzy. Kręcą u mnie najpopularniejszy z seriali telewizji brytyjskiej „The Secret Diary of a Callgirl”. Kurtyzanę gra sławna aktorka telewizyjna Billie Piper, to ta w zielonej tunice. Ta ciemna pani to Mel B ze Spice Girls.

Biznes jest obrzydliwy

Na Ealingu rodzice zapisali mnie do katolickiej szkoły przy Eaton Rise. Prowadzili ją ojcowie benedyktyni. 90 proc. uczniów to byli Anglicy. Lata 50. to czasy imperium i rasizmu. Weźmy takie zdarzenie. W sobotę wieczorem w naszym domu babcia urządza imieniny na sto osób. Co drugi gość to generał albo były minister, albo hrabia. W poniedziałek idę do szkoły i opowiadam, jak było w weekend, z kim się bawiłem. A te chłopaki z klasy w ogóle mi nie wierzą. Śmieją się ze mnie, jak mówię, że był u mnie generał, który wygrał bitwę pod Monte Cassino, znany komandos, skoczek spadochronowy. To dla nich bajka o żelaznym wilku, więc mnie nie akceptują. Nie mówią prostacko: jesteś polskim gównem, ale odczuwam stuprocentowy apartheid.

Po to ten mój pałac. Żeby być wreszcie sobą w tym angielskim morzu.

Byłem inteligentny. W wieku 11 lat przetłumaczyłem książkę „Pod Arsenałem” na angielski. Dostałem Nagrodę Młodych Emigracji. Potem studia, historia na London School of Economics. To jest prestiżowa szkoła, muszę dodać, ale po pierwszym roku odpuściłem. Zwłaszcza że na LSE rządzili lewicowcy, którzy w swoim szaleństwie wierzyli w konwergencję, to znaczy, że komunizm i kapitalizm upodobnią się do siebie, a potem połączą. Ta myśl mnie nie inspirowała. Wolałem czysty kapitalizm, który miałem na ulicy.

Zacząłem pisać. Najpierw o sztuce. W „The Guardian” miałem nawet rozkładówkę, a w wieku 24 lat zostałem korespondentem Radia Berlin. Szybko się zorientowałem, że nie mam nic do powiedzenia, a ponadto nie zarabiam pieniędzy. Z początku się tym nie martwiłem, bo górę wzięły arystokratyczne i inteligenckie geny, które mówią, że biznes jest obrzydliwy. Długo to nie potrwało.

Matka mnie jeszcze wysłała do Fawley Court. To była polska szkoła w pałacu nad Tamizą, potem została sprzedana. Od połowy lat 50. prowadzili ją ojcowie marianie, zrzucała się cała emigracja. Miałem tam być wychowawcą. Wyrosłem na micie Fawley. Ale księża prowadzili biznes, idea zanikła, ksiądz ekonom wrzeszczał na dzieci i podwładnych, wieczorem wychodził na randki z księgową. Po pół roku wyjechałem zniesmaczony.

Poczułem świeżą krew

Teraz na scenę mojego życia wkroczył Andrzej Rottermund, już w tych czasach był dyrektorem Zamku Królewskiego w Warszawie. Poznałem go przez kuzyna Juliusza Chróścickiego, zamieszkałego w Polsce. W latach 70. związki międzyludzkie były bliskie. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, było błyskotliwie. Piliśmy też wódkę. I Andrzej powiedział: Pokaż w Londynie polskie plakaty. Czemu nie, odpowiedziałem. Jak wie każdy inteligent, to był złoty czas polskiego plakatu. Rottermund, człowiek czynu, wszystko mi zorganizował: Ars Polona Desa, która w PRL dysponowała prawami autorskimi, pozwoliła na wywóz, a nawet zrobiła mnie wyłącznym dystrybutorem plakatu polskiego na Wielką Brytanię.

Poszedłem z plakatami do LSE i zrobiłem wernisaż na korytarzach szkoły. Wszystkim się podobały, pomogło sto litrów wódki gratis prosto z ambasady PRL. Potem skreśliłem elegancki list do dyrektora Teatru Narodowego w Londynie. Teatr się właśnie otwierał, dyrektor był kulturalnie obyty, coś niecoś słyszał, dał mi miejsce w kuluarach i mały budżecik. Przywiozłem trzy skrzynie plakatów i napisałem artykuł do „Sunday Times Magazine”.

Desa pozwoliła mi wziąć w komis 20 tys. plakatów po 60 pensów od sztuki. Ja sprzedawałem je po 1,5 funta. 20 tys. sztuk poszło w miesiąc! Płaciłem cło, fracht, zamawiałem specjalne tuby, wynajmowałem ludzi, co w te tuby pakowali plakaty. Na czysto zarobiłem 5 tys. funtów. W 1978 r.! Jakby dzisiejsze 25 tys. Już nie gardziłem biznesem, wręcz przeciwnie, poczułem świeżą krew. Poszedłem dalej. Mama, która miała kilka domów, mówiła: Jesteś ziemianinem, nie powinieneś. Ale ja już nie słuchałem mamy.

Anglia to dziwny kraj. Można mieszkać w tym samym domu przez 20 lat i nigdy nie zostać zaproszonym w gości przez sąsiada. Choć jestem księciem, traktują mnie tu jak murzyna. Mówi pani, że mogą nie wiedzieć? Wiedzą, bo prasa często o mnie pisze. W „Daily Telegraph” był o mnie artykuł na dwie strony.

Jestem ziemianinem

Skończyłem z plakatami na początku lat 80. Bo ile plakatów mogą powiesić w domu Anglicy? Na szczęście miałem w Paryżu dziewczynę. Bardzo kobieca, ale z żyłką biznesowo-męską, dziś z powodzeniem handluje rakietami ziemia–powietrze. Ania mi powiedziała: Słuchaj, John, mamy nowoczesność, nowy format i ty się za niego bierz, jak nie chcesz utonąć. Tak wszedłem w pocztówki z młodzieżowymi gwiazdami. Francja zaczęła modę na ten produkt.

W Paryżu kupiłem Davida Bowiego. Pocztówkę, oczywiście. W 1983 r. dodałem Duran Duran. Hit wszech czasów to Leoś, Leonardo DiCaprio. Jako nastolatek wyglądał jak dziecko, idealny materiał na pocztówkę dla dziewczynki. Wiesza sobie taka Leosia i tęskni. Dwie tony tygodniowo Leosia sprzedawałem. I wysyłałem: Tokio, Tel Awiw, Stambuł. Leoś najpierw zrobił mnie milionerem, a potem spłatał psikusa. W wywiadzie powiedział, że nigdy by się z Żydówką nie pocałował. Z dnia na dzień przestał się sprzedawać. Zostałem z kontenerem Leosiów w porcie. Biznes zaczął się kończyć, bo przyszedł Internet i dziewczynka nie musi wydawać 50 pensów na pocztówkę, tylko sobie drukuje w domu.

Skończyłem 40 lat i zdałem sobie sprawę, że mamusia miała rację. Jestem ziemianinem. Kiedyś moja rodzina miała pola na Mazowszu, dzisiejsi ziemianie mają budynki i surowce. Ten Leoś kupił mi przynajmniej pierwsze domy. Do tej pory 15.

Witamy polski pałac na Ealingu

Chodzę codziennie rano do Starbucksa na śniadanie, bo nie lubię sam siedzieć w tym pałacu, a żona wstaje później. W Starbucksie na Ealingu obsługuje mnie Polka, 22-letnia Eliza. I ona opowiada, że rozkręca biznes z traktorami. Kupuje trupy, inwestuje w lekki remoncik, wysyła do kraju i sprzedaje z zyskiem. To myślenie nie jest mi obce. Polak ma głowę na karku. Chciałbym tutaj zastrzec, że praktyczni są zwykle nieinteligenci. Z warstwą inteligencką jest gorzej, bo gardzi ona biznesem, pieniądze wolałaby mieć w spadku. Ja byłem chowany na polskiego inteligenta, ale nie zostałem inteligentem całkowicie, więc mam dziś pałac.

Działkę wypatrzyłem kilka lat temu. Stał na niej strup straszny. Udałem się do gminy Ealing, żeby mi wydała zgodę na pałac. Gmina pyta: Będzie obiekt mieszkalny? Odpowiadam: Oczywiście. Ale ten facet z naprzeciwka mówi w sądzie, że pałac jest z przeznaczeniem komercyjnym. Ja mam odpowiedź retoryczną: A kto w pałacu mieszka na pierwszym piętrze, drzwi po lewej? Duch Święty czy ja?

Proszę tutaj, po schodach. Widzi pani, że nie żałujemy złotej farby: kandelabry, żyrandole, plafony, poręcze. Wizyty na Zamku Królewskim w Warszawie przekonały mnie do tego. Złoty to jest wesoły kolor.

Schody mamy z marmuru przywiezionego z Indii. Tu na piętrze zakręt, czyli ślimak, po budowlanemu: bajer. Piłował marmur prawdziwy Hindus. W kucki, dwa tygodnie.

Na wprost sypialnia różowa, z boku – niebieska. W różowej wanna marmurowa, wzorowana na wannie z pałacu w Wilanowie. Wolnostojąca, waży ponad tonę.

Zapisałem się na lekcje baletu

Zakochałem się na całego we francuskim klasycyzmie, bo jest lekki i muzykalny. Tak też określił mój pałac znany angielski krytyk architektury. Studiuję historię wnętrz, a gdy zwiedzam jakiś francuski pałac, to patrzę, co bym sobie mógł w domu zrobić. Mam konsultanta, profesora, który pracuje w pałacu w Wersalu. To ten mój kuzyn, wymieniany Chróścicki. Przyjeżdża co pół roku i sprawdza, czy wszystko się stylowo zgadza. I zawsze dostaję piątkę z plusem.

Parkiety, gzymsy, wszystko wykonali Polacy, którzy, umówmy się, nie mieli pojęcia, jak wygląda porządny pałac. Poznałem jednego, ten przyprowadził kolegę, tak to poszło. Ten sam duch, proszę pani, powodował, że strącaliśmy nad Brytanią najwięcej myśliwców.

Drugie piętro, zapraszam. Kolejny polski element: chora brzoza, czeczotka. Z czeczotki mamy wszystkie elementy drewniane. W każdym pokoju pamiątki po Napoleonie, tego wymaga polska tradycja. Jesteśmy w Polsce przedrozbiorowej! No i zegary. Ten tutaj jest powlekany lapisem w kolorze granatu, z Neptunem.

Drzwi biblioteki ręcznie malowane przez znajomą panią konserwator zabytków Edytę Matusiak. Muzy na drzwiach to jej dzieło, a także liczne złocenia. Dwa lata tu siedziała. A tych sześć fotelików to autentyczny Ludwik XVI. Mają oryginalną tkaninę, wzór z bajek La Fontaine’a. Pozłociłem je tylko troszkę.

Proszę, tu są ciasteczka, ekipa filmowa zostawiła. No więc organizujemy tu imprezy charytatywne. Przede wszystkim polskie. Mamy weneckie bale maskowe, bal kawalerów maltańskich i występ zespołu ludowego. Zrobiliśmy imprezę na chorych na alzheimera, na dom starców na Ealingu, na sieroty z Poznania czy na szpital. Są statystyki: 50 tys. funtów w ostatni rok. 10 tys. osób się przewinęło przez ten dom.

Ja herbatniczków nie jem. Dzięki miłości do klasycyzmu schudłem 40 kg i pozbyłem się cukrzycy. Przeczytałem, że matka architekta Carla Rossiego, który budował Petersburg, była baletnicą. I odkryłem balet klasyczny, on uratował mi życie. Codziennie rano jadę do centrum i zaliczam lekcję, czasami dwie. Dziś reprezentuję poziom raczej zawodowy. Proszę na mnie nie patrzeć, jak na kogoś dziwnego. Dużo osób ćwiczy balet klasyczny. Stoję sobie przy drążku, z lewej strony mam 8-latkę, z prawej 80-latkę. Gdy jestem w Warszawie, chodzę na lekcje do szkoły baletowej przy Moliera.

Ja mam przesłanie, proszę pani, do tych dwóch sąsiadów z naprzeciwka. Proszę posłuchać. Trzeba być otwartym. Mieliśmy tu 12 wesel hinduskich i muzułmańskich. Przechadzało się po podjeździe 200 zakwefionych babek. Zachwyconych, że się odnajdują w morzu stuprocentowej inności. Dziś tożsamość, tradycja niewykluczająca innych jest na wagę złota.

To tyle, w piątek będzie u mnie sesja fotograficzna z aktorką operową, w sobotę dziewczyny półnagie w szpilkach będą kręcone dla magazynu „GQ”. Można przyjść na herbatkę i obejrzeć.

Pani pyta, czemu ja z tą złością na Anglików mieszkam na Ealingu, w Londynie, w Anglii? Bo tu, proszę pani, jest moja ojczyzna.

Polityka 17.2011 (2804) z dnia 23.04.2011; Kraj; s. 44
Oryginalny tytuł tekstu: "Samowyniesienie. Złoty to jest kolor wesoły"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną