Rozmowa z Andrzejem Dziubkiem, liderem De Press

Nad orawskim fiordem
O swojej ucieczce z Polski i rockowej karierze w Norwegii - mówi Andrzej Dziubek.
Andrzej  Dziubek w rodzinnej Jabłonce.
Marta Strzoda/Agencja Gazeta

Andrzej Dziubek w rodzinnej Jabłonce.

Koncert „Premiery” w pierwszym dniu 45 Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej 'Opole 2008'.
Andrzej Grygiel/PAP

Koncert „Premiery” w pierwszym dniu 45 Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej "Opole 2008".

Andrzej Dziubek na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu 1995 r.
Mieczysław Włodarski/Reporter

Andrzej Dziubek na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu 1995 r.

Cezary Łazarewicz: – Pana płytę „Block to Block” uznano za najważniejszą norweską płytę rockową XX w.
Andrzej Dziubek: – Norwegowie lubią ludzi naturalnych, którzy niczego nie udają i grają to, co im dyktuje serce.

Dlatego śpiewał im pan te piosenki po góralsku?
Oni nikomu nie narzucają swojej kultury i jest w nich ciekawość, co to za człowiek do nich przyjechał. Ja przyjechałem z Orawy, miałem do zaproponowania góralski folklor i im się to spodobało. Poza tym oni lubią folklor.

To pan wymyślił, żeby grać im po góralsku?
Koledzy z zespołu mnie namówili. Przecież sam bym nie wpadł na to, że Norwegowie będą chcieli słuchać góralskich przyśpiewek. To był przypadek. Na jednej z prób zaśpiewałem piosenkę pochodzącą spod Krościenka, znaną mi z folklorystycznego zespołu Małe Podhale, w którym występowałem będąc dzieckiem. Zanuciłem: Wysedł jo se łąckę kosić, słonko świeciło, dokładając kilka chwytów na gitarę. Spodobało się. Joen Kristensen i Ole Snortheim, z którymi grałem w zespole De Press, powiedzieli: Tak będziemy teraz grali. Tę jedyną śpiewaną po polsku piosenkę umieściliśmy na naszej debiutanckiej płycie i nagle odkryły ją norweskie rozgłośnie radiowe. Wtedy cały świat interesował się Polską, bo powstała Solidarność. Być może dlatego nasza piosenka stała się wielkim przebojem.

Warto było uciekać z Polski, by zostać gwiazdą rocka w Norwegii?
Gdy uciekałem, nie wiedziałem, co będę robił. Miałem 16 lat i szukałem wolności. Przez rok przygotowywaliśmy szczegółowy plan z dwoma kolegami z liceum. W grudniu 1970 r. przekroczyliśmy granicę polsko-czechosłowacką w górach koło Chyżnego. Potem trzeba było, nie budząc podejrzeń, przejechać pociągiem całą Czechosłowację, aż do Brna. Stamtąd jest najbliżej do Wiednia. W Brnie wzięliśmy taksówkę, żeby nas zawiozła pod granicę. Do dziś się dziwię, że taksówkarz nie zadenuncjował nas milicji. Bo po co trzech młodych Polaków z wypchanymi plecakami może jechać pod wieczór w stronę austriackiej granicy koło Slavonic?

Skąd wiedzieliście, dokąd jechać?
Ruszyliśmy tym samym szlakiem, którym rok wcześniej szli przez zieloną granicę nasi starsi koledzy ze szkoły. Przysłali nam list z Austrii, opisując szczegółowo trasę. Z listu wiedzieliśmy, że w Slavonicach najłatwiej jest przejść granicę, bo nie ma tam pola minowego. Są tylko druty kolczaste pod napięciem. I co 5–10 minut chodzą wzdłuż granicy patrole. Można się przed nimi ukryć, kładąc się w śniegu i nakrywając prześcieradłem, które każdy z nas miał w plecaku.

Gdy wysiedliśmy z taksówki, widać było tylko pola i w oddali druty kolczaste. Przez pierwsze zasieki przeczołgaliśmy się bez problemu. Wiedzieliśmy, że mamy do pokonania jeszcze sto metrów i będziemy wolni. Wtedy zobaczyliśmy za sobą latarki pograniczników. Krzyczeli do siebie i próbowali nas wziąć w kleszcze. A przed nami wyrosły kolejne zasieki. W żaden sposób nie mogliśmy ich przejść, więc biegaliśmy wzdłuż drutów w tę i we w tę. W końcu mówię do kolegów: Skoncentrujmy się, bo nas tutaj zastrzelą.

Braliście pod uwagę, że możecie zginąć?
Przygotowując ucieczkę, zastanawialiśmy się, czy zaczną strzelać, jak nas zobaczą. Pytałem, co wtedy zrobimy? Postanowiliśmy iść na całość, nie cofać się. Albo nas trafią, albo będziemy wolni. Pogranicznicy biegli już do nas, a nam w końcu udało się trochę naciągnąć jeden z drutów i pod nim prześlizgnąć. Gdy byli na odległość strzału, my wbiegaliśmy do jakiegoś lasku. Potem przeprawialiśmy się przez moczary, aż doszliśmy do torów. Wciąż nie miałem pewności, czy jesteśmy w Austrii. Kamień spadł mi z serca, gdy zobaczyliśmy tablicę, na której wszystko było napisane po niemiecku. Chłopaki – powiedziałem – myśmy są w domu.

Mieliście plan, co dalej?
Musieliśmy jak najszybciej poprosić o azyl polityczny. Szliśmy przed siebie, aż po północy trafiliśmy do wioski. Wszędzie ciemno, tylko w jednej chałupie paliło się światło. Pobiegliśmy tam, pukaliśmy i krzyczeliśmy: Azyl, azyl, Polish, Polish. Nikt nie otwierał. Widocznie się bali.

Może nie zrozumieli?
Gdy zdecydowaliśmy, że uciekamy, zaczęliśmy się uczyć na własną rękę niemieckiego. Trochę rozumiałem. Wiedziałem, co to znaczy Hände hoch, gdy krzyczeli do nas mundurowi, którzy wpadli do wagonu, kiedy spaliśmy na bocznicy kolejowej. Rozmawialiśmy jednak po rusku, bo jeden z nich walczył na froncie wschodnim. Nie mogli zrozumieć, jak nam się udało wyjść z tego żywym. Potem przekazali nas policji, a ci przewieźli nas do obozu Traiskirchen pod Wiedniem. Wypłacono nam kieszonkowe i powiedziano, że możemy sobie szukać jakiejś pracy. Ja znalazłem przy sortowaniu mandarynek. Stałem przy taśmie i wyłapywałem te zgniłe.

Warto było dla takiej wolności narażać życie?
Miałem plan. Z Austrii chciałem wyemigrować do Kanady i zostać zawodowym hokeistą. Hokej był wtedy moją wielką pasją, a największym marzeniem było zagrać w lidze NHL. Muzykę też lubiłem, ale wiedziałem, że z muzyki wyżyć się nie da, a z hokeja – tak.

To trzeba było emigrować do Kanady, a nie do Norwegii.
Kanadyjczycy odmówili mi wizy. Uznali, że jestem za młody, nie mam zawodu ani wykształcenia. Mogłem wyemigrować do USA, ale bałem się, że mnie zwerbują do wojska i wyślą na wojnę do Wietnamu. Myślałem też o wyjeździe do Australii, ale tam trzeba było czekać na wizę dwa lata. Dowiedzieliśmy się, że znacznie szybciej można wyjechać z włoskich obozów dla uciekinierów. Nawet planowaliśmy z chłopakami uciec do Włoch, ale wtedy pojawiła się propozycja z Norwegii. Każdemu uciekinierowi zależy, by jak najszybciej wyjść z obozu i zacząć normalne życie. Starsi ci mówią: Nie gnij w tym lagrze i jedź tam, gdzie cię najszybciej wpuszczą, dadzą ci tam wykształcenie, pomoc socjalną i zrobią z ciebie człowieka. Od razu się zdecydowałem, gdy usłyszałem o Norwegii.

Wybrał więc pan państwo na zasadzie – pierwsze wolne?
Wiedziałem, że to surowy i zimny kraj. Na rozmowie kwalifikacyjnej pytali mnie, co jeszcze wiem o Norwegii. Wiedziałem, że mają ropę, króla i renifery.

Niewiele.
Prawdę mówiąc, nic o nich wtedy nie wiedziałem. Wylądowałem w Oslo, na lotnisku zbudowanym na fiordzie. Przywieźli nas specjalnym samolotem – sami uciekinierzy z Węgier, Bułgarii i Polski. Był kwiecień, a zimno jak u nas w styczniu. Ludzie wydawali się jacyś obcy i twardzi, ale starali się być dla nas mili i otwarci. Wiedzieli, że przyjeżdżam z ciemiężonego kraju, więc chcieli mi pomóc. Pierwsze, co zapamiętałem, to hipisi. Stali pod pałacem królewskim w długich afgańskich kożuchach, sięgających do ziemi, i handlowali haszyszem. Pomyślałem: tu dopiero jest wolność.

Nie próbował pan zaciągnąć się do drużyny hokeja?
Marzenia o hokeju skończyły się już w Austrii, gdy pracowałem w tartaku. Piła tarczowa obcięła mi trzy palce. Zapomniałem i o sporcie, i o gitarze. Co będę robił w Norwegii? Nic precyzyjnego nie przychodziło mi wtedy do głowy. Myślałem: postudiuję trochę, a potem się zobaczy. Szybko nauczyłem się języka, bo zaraz po przyjeździe zakwaterowali mnie w internacie z Norwegami.

Kiedy założył pan swój pierwszy zespół?
W połowie lat 70., gdy zobaczyłem na scenie Sex Pistols. To był mój pierwszy koncert punkrockowy. Przyjechali z Londynu do Oslo, gdzie nie było nawet klubów rockowych, więc zorganizowali im występy w zwykłej restauracji. Zobaczyłem, jak drą się na scenie, oblewają piwem i prowokują publiczność. Oni byli przeciwko wszystkiemu: komercji, władzy, schematom, a nawet naszemu królowi. To mnie ruszyło, bo można było prostym dźwiękiem robić sztukę. Całe stypendium wydałem na wzmacniacz i gitarę. Namówiłem też kolegów z Akademii Sztuk Pięknych, by się przyłączyli.

Dla gitarzysty brak trzech palców jest chyba dużą przeszkodą?
W punk rocku nie liczyła się wirtuozeria gitarowa. Dlatego dwa palce wystarczały. A ja grałem na gitarze basowej, używając tylko strun E i A. Chciałem grać nowoczesną, inteligentną muzykę new wave, wspieraną przez inspiracje muzyczne płynące do mnie z Polski. Stamtąd dostawałem płyty Czerwonych Gitar czy Breakoutów. Od tych ostatnich pożyczyłem w jednej z piosenek kilka akordów. Wtedy jeszcze śpiewałem po angielsku, bo myślałem, że tak najlepiej przebić się na rynek.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną