Jak Europa walczy ze stadionowymi chuliganami

Bat na bandytę
W walce z piłkarskimi chuliganami przydaje się twarde prawo, ale jeszcze bardziej twarde władze klubów.
W Genui serbscy nacjonaliści urządzili podczas meczu reprezentacji z Włochami pokaz siły.
Alessandro Garofalo/Reuters/Forum

W Genui serbscy nacjonaliści urządzili podczas meczu reprezentacji z Włochami pokaz siły.

Na razie bliżej nam do modelu greckiego, gdzie to chuligani trzęsą klubem.
Tomasz Waszczuk/Agencja Gazeta

Na razie bliżej nam do modelu greckiego, gdzie to chuligani trzęsą klubem.

Wciąż na piłkarskie spotkanie najłatwiej trafić idąc za migającą łuną niebieskich świateł. Policjanci na koniach, z psami, w szyku bojowym. Zamykane ulice, huk petard, wrzaski rozrywające powietrze. Tak jest wszędzie: od Rosji po Francję, od Szwecji po Grecję.

Zaraza chuligaństwa wyszła z Wysp Brytyjskich i to Anglicy pierwsi wzięli się do jej tępienia. W latach 70. i 80. tamtejsze kluby rządziły w europejskich pucharach, a wizyty ciągnących za nimi rzesz kibiców to był regularny najazd, po którym straty liczono długo. Trzeba było dopiero tragedii na stadionie Heysel w 1985 r., gdzie 39 fanów Juventusu Turyn zostało stratowanych w panicznej ucieczce po ataku chuliganów spod znaku Liverpoolu, by wojna z bandytyzmem stadionowym nabrała rozmachu. Angielskie zespoły wyrzucono na pięć lat z europejskich pucharów, a premier Margaret Thatcher za punkt honoru postawiła sobie, by taka tragedia i wstyd już nigdy się nie powtórzyły.

Chuligani dostali od Żelaznej Lady jasny przekaz: skoro zachowujecie się jak bandyci, pobłażania dla was nie będzie. Paragrafy za zakłócanie porządku publicznego już były, pozostało je stosować. Jednak dopiero cztery lata po tragedii na Heysel udało się na Wyspach przeforsować ustawę wymierzoną w piłkarskich chuliganów, która dała bat na krewkich fanów – zakaz stadionowy. Twórcy nowego prawa zakładali dość optymistycznie, że kibice przychodzą na mecze raczej popatrzeć na futbol, niż ćwiczyć kick-boxing, i trzy razy pomyślą, zanim zaryzykują wyrzucenie z trybun na kilka sezonów. Nawet ci, którym testosteron uderza do głowy. Ustawa nie była tak rygorystyczna, jak zapowiadano.

Z czasem arsenał środków bezpieczeństwa na stadionach poszerzył się o obowiązkowy monitoring, fachową ochronę, systemy identyfikacji – wszystko, co pozbawiało chuliganów komfortu anonimowości. Nowych kibiców Anglia postanowiła sobie wychować i w tym procesie swoje zrobiło twarde prawo, ale również zbiorowe wyrzuty sumienia po masakrach na stadionach w Bradford i Sheffield. Odcięte drogi ewakuacji, brak kontroli nad napierającym tłumem, kibice zaryglowani w sektorach, drewniane trybuny płonące jak stogi siana – w tych dwóch przypadkach kosztowały życie 152 osób.

Wtedy synonimem piłkarskiego kibica na Wyspach był szczerbaty obszczymurek, bełkoczący ulicznym slangiem. Więc  na stadionach trzymano ich w niebezpiecznych klatkach.

Skuteczne metody

Na hasła o ludzkie traktowanie rząd odpowiedział nakazem modernizacji stadionów oraz posunięciem niespodziewanie odważnym – likwidacją barier między trybunami a boiskiem. Za wtargnięcie na murawę była grzywna, nieprzesadnie wysoka (dziś wynosi 1500 funtów), ale skuteczna. Rewolucja się powiodła, angielskie stadiony przestały być teatrami przemocy, a mimo to władze parły dalej – infiltracja bojówek kibicowskich, płacenie za wiarygodne informacje, obowiązek meldowania się typów spod ciemnej gwiazdy na komisariatach w czasie meczów, konfiskowanie im paszportów na czas ważnych turniejów poza Wlk. Brytanią. Każdy, kto na poważnie chciał zająć się tępieniem chuliganów, musiał zaliczyć wizytę na Wyspach i wracał z przekonaniem, że skuteczniejszego modelu nie ma.

Anglicy ze swoich metod są dumni, a kontrola prewencyjna stała się ich obsesją. W policyjnych zespołach do walki z piłkarskimi bandytami na wyścigi powstają czarne listy podejrzanych, których trzyma się w ryzach. Niewiele trzeba, by dostać zakaz stadionowy. Wystarczy przebywanie w nieodpowiednim towarzystwie. Niedawno na Wyspach głośno było o przypadku fana, który jeździł na mecze jako kierowca kibicowskiego autobusu. Któregoś dnia dostał mandat za udział w przepychance, nawet nie na tle piłkarskim, i to był początek jego kłopotów. Policja ustaliła, że nie opuszcza żadnego wyjazdu na mecz, a poza tym przesiaduje w pubie – mateczniku najbardziej zagorzałych fanów zespołu – wystarczyło, by objąć go zakazem stadionowym.

Podobnych przypadków jest coraz więcej, obrońcy obywatelskich swobód wieszczą początek piłkarskiego makkartyzmu, ale policja wie swoje: cel uświęca środki. Trudno się cofać, bo dzwonek alarmowy znów odzywa się częściej. W Polsce – gdzie mamy co prawda prawo umożliwiające walkę z chuliganami, ale wszyscy, poza policją, uparli się go nie stosować – notuje się jednak mniej stadionowych incydentów niż w rygorystycznej Anglii.

Latem 2009 r. bitwę na ulicach Londynu stoczyli zwaśnieni kibole West Ham i Millwall, ubiegłej jesieni kilka tysięcy fanów Birmingham po zwycięstwie w derbach nad Aston Villą wbiegło na murawę, urządziło pod sektorem gości festiwal prowokacji, w powietrzu latały świece dymne. Nie tak dawno, podczas derbów Manchesteru, Craig Bellamy został trafiony butelką rzuconą z sektora United. Przed kilkoma tygodniami butelki i krzesełka fruwały między sektorami kibiców West Bromwich Albion i Wolverhampton, a w meczu Sunderland-Newcastle kibol gospodarzy wdarł się na murawę i zaatakował bramkarza przyjezdnych.

Na głupotę ani kozactwo rady nie ma i nikt na Wyspach nie traktuje poważnie wezwań, by trybuny od boiska znów oddzielać płotem. Ekstremiści zawsze się znajdą. Chodzi o to, by ich nie lekceważyć. – W Holandii najlepiej zorganizowane bojówki kibiców liczą nie więcej niż 200 członków. To margines, ale głośny – mówi Ronald Moes ze specjalnej jednostki policji zajmującej się walką ze stadionowymi bandytami. Kto raz widział wielotysięczną, roztańczoną pomarańczową karawanę ciągnącą za reprezentacją na mistrzostwach Europy czy świata, nie uwierzy, że podczas niektórych meczów ligowych ogłasza się w Holandii stan wyjątkowy. Tyle że kibiców spod znaku ultras narodowa drużyna w ogóle nie obchodzi, oni karmią się nienawiścią do plemion w innych szalikach.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną