Społeczeństwo

Dr kameleon

Całkiem fałszywy profesor - ciąg dalszy

Noah Rosenkranz potwierdził, że miał drugą osobowość. „Co się stało, to się nie odstanie” – pisze. Noah Rosenkranz potwierdził, że miał drugą osobowość. „Co się stało, to się nie odstanie” – pisze. Wojtek Jakubowski/KFP / Reporter
Profesorem wyższej uczelni w Polsce może dziś zostać osoba bez dorobku naukowego, w dodatku legitymująca się kserokopiami fałszywych dokumentów. I egzaminy przed nią zdane są równie ważne jak przed prawdziwym profesorem! To ciąg dalszy opisywanej przez nas historii.
Marek Wroński jest rzecznikiem rzetelności naukowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i członekiem Zespołu ds. Dobrych Praktyk Akademickich przy ministrze nauki.Krzysztof Żuczkowski/Forum Marek Wroński jest rzecznikiem rzetelności naukowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i członekiem Zespołu ds. Dobrych Praktyk Akademickich przy ministrze nauki.
Przypadki powierzania wykładów oraz egzaminowania studentów przez nauczycieli akademickich nieposiadających nawet doktoratu nie należą do rzadkości.Łukasz Rayski/Polityka Przypadki powierzania wykładów oraz egzaminowania studentów przez nauczycieli akademickich nieposiadających nawet doktoratu nie należą do rzadkości.

Opisana przez nas (POLITYKA 20) sprawa Noaha Rosenkranza, który na czterech prywatnych uczelniach na podstawie kserokopii fałszywych dyplomów został zatrudniony jako profesor doktor habilitowany, wzbudziła żywe zainteresowanie czytelników. Odezwała się m.in. studentka, która miała z nim zajęcia: „Wydawał się od początku bardzo sympatyczny. Jego wykłady sprowadzały się głównie do kazusów, opowieści z życia wziętych. On zaczynał opowiadać historię, a my szukaliśmy rozwiązań, czy dane postępowanie jest zgodne z prawem, normami. Czasami kazusy pozostawały bez odpowiedzi. Zazwyczaj jednak naprowadzał nas na właściwe tory. Wykłady były ciekawe i prowadzone w przystępny sposób. (…) Profesor był wymagający. Każdy musiał przedstawić jakiś mały referacik. Dopiero to pozwalało przystąpić do egzaminu. (...) Profesor był lubiany i sprawiał wrażenie profesjonalisty”.

Zdziwiło ją jednak, że „tak utytułowana osoba nie istnieje w sieci”. Co prawda znalazła spis publikacji Noaha Rosenkranza na stronie Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach, ale nie mogła do nich dotrzeć. Dzięki nim natrafiła jednak na stronę Wyższej Szkoły Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej w Warszawie, gdzie widniało zdjęcie prof. Rosenkranza! Tylko że tutaj nazywał się Mariusz Korniłowicz; też był doktorem habilitowanym prawa i profesorem uczelnianym! Podzieliła się swoim odkryciem z koleżankami. Studentki jednak przemilczały ten fakt w obawie przed ewentualnymi nieprzyjemnościami, wychodząc z założenia, że z profesorami nie warto zadzierać.

Nie miał takich obaw inny student, też proszący o anonimowość. On wcześniej miał do czynienia z Korniłowiczem jako radcą prawnym, a na uczelni zobaczył go jako Noaha Rosenkranza, wykładowcę prawa międzynarodowego. Nie miał wątpliwości, że Rosenkranz rozpoznał także jego, ale nie speszył się tym faktem. Student poprosił o spotkanie z rektorem i powiadomił go, że uczelnia zatrudniła oszusta. Rektor nie zareagował, Rosenkranz nadal prowadził zajęcia. Nie mogąc się z tym pogodzić, student dowiedział się, że wśród wykładowców jego uczelni jest czynny zawodowo prokurator. Jego też poinformował o farbowanym profesorze – i też bez rezultatu.

Dyzma polskiej nauki

Szukając informacji o dr. hab. Mariuszu Korniłowiczu, profesorze uczelnianym w Instytucie Prawa WSZiP, ustaliłem, że nie ma jakiejkolwiek wzmianki o jego doktoracie i habilitacji w bazie danych Nauka Polska, prowadzonej przez Ośrodek Informacji Naukowej. Prorektor ds. nauki prof. Wojciech Pisula poinformował, że Korniłowicz był formalnie zatrudniony w WSZiP od 1 października 2009 r. do września 2010 r., kiedy to zwolniono go z powodu niedoręczenia oryginałów niemieckich dyplomów: doktora praw oraz doktora habilitowanego, których kserokopie przedłożył.

Okazało się, że to zmarły w lutym 2010 r. prof. Jan Szachułowicz, niegdyś dyrektor Instytutu Prawa, zaangażował Mariusza Korniłowicza na początku 2009 r. Wiadomo było, że nowo zatrudniony profesor doktorat i habilitację uzyskał za granicą. Dyplom magistra prawa miał z Uniwersytetu Warszawskiego z 1991 r. Tam też otrzymał drugi dyplom na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Później odbywał aplikację sędziowską i po zdaniu egzaminów pracował jako sędzia w sądach rejonowych, m.in. w Augustowie, Piszu oraz w jednym z warszawskich sądów rejonowych, aby w końcu zostać radcą prawnym i prowadzić własną kancelarię. W okresie pracy sędziowsko-radcowskiej opublikował kilka artykułów w czasopismach prawniczych.

Krótko po podpisaniu umowy o pracę nowo zaangażowany profesor poprosił o urlop bezpłatny w związku z półrocznym wyjazdem na staż zagraniczny. Uczelnia zgodziła się. Po powrocie prof. Korniłowicz rozpoczął wykłady dla studentów również w ośrodku zamiejscowym w Płońsku. 80-letni prof. Szachułowicz już wtedy chorował, a prof. Korniłowicz pytany w dziale kadr o oryginały swoich dyplomów odpowiadał, że dał je wcześniej dyrektorowi.

Kiedy po śmierci Szachułowicza z początkiem wiosennego semestru nowym dyrektorem został prof. Jan Skupiński, podczas jednej z rozmów z Korniłowiczem zorientował się, że nazwa niemieckiej uczelni, gdzie rzekomo uzyskał habilitację, różniła się od tej, którą usłyszał od niego kilka miesięcy wcześniej. Dziwne też było, że Korniłowicz nie był w stanie określić, co jest jego głównym polem prawnych zainteresowań. Pracując w WSZiP opublikował w dwumiesięczniku „Radca Prawny” pracę „Regulacje ochrony praw w sferze komunikacji informatycznej w Unii Europejskiej”. Zaostrzyło to czujność prof. Skupińskiego, który wśród wielu warszawskich profesorów prawa próbował zasięgnąć opinii o nowym pracowniku, ale nikt go nie znał i o nim nie słyszał.

Kiedy zorientował się, że w teczce personalnej nie ma poświadczonego dyplomu habilitacyjnego, poprosił dział kadr, aby zdopingował nowego profesora do niezwłocznego dostarczenia oryginałów dokumentów. Mimo kilkakrotnych ponagleń Korniłowicz oryginałów nie pokazał. Cierpliwość prof. Skupińskiego się skończyła i w końcu września 2010 r. rozwiązano z nim umowę o pracę. Wyższa Szkoła Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej w Warszawie jest więc piątą uczelnią, która zatrudniła na stanowisku profesora samozwańca bez dokumentów.

Na chorobowym

Po sprawdzeniu w Okręgowej Izbie Radców Prawnych okazało się, że Mariusz Korniłowicz rzeczywiście jest radcą prawnym, aczkolwiek 1 września 2009 r. zawiesił wykonywanie zawodu i zamknął swoją kancelarię. W Internecie jest sporo informacji o nim. Pojawił się nawet w artykule „Łowcy naiwnych” Piotra Pytlakowskiego w tygodniku POLITYKA z 8 stycznia 2005 r. Występował jako doradca prawny Elżbiety Wierzbianowskiej, która nacięła wiele osób oraz firm na co najmniej 7 mln zł. Jest jednak także ofiarą, bo za swoje usługi nie dostał należnego honorarium.

Z kolei w ogłoszeniu z maja 2009 r. adresowanym do członków kongregacji religijnej Beit Warszawa Korniłowicz informuje, że udziela porad ze wszystkich dziedzin prawa. Przedstawia się, że jest „doktorem habilitowanym prawa, specjalizuje się w prawie międzynarodowym gospodarczym i prywatnym, zawodowo zajmuje się prawem rosyjskim – cywilnym i handlowym, oraz prawem albańskim i serbskim. Jest wpisany w Polsce na listę radców prawnych i adwokacką w Niemczech, Rosji i USA. Zawód wykonuje głównie za granicą”. Co z tego jest prawdą?

Udało mi się nawiązać kontakt z Noahem Rosenkranzem. Potwierdził, że miał drugą osobowość. „Co się stało, to się nie odstanie” – pisze. Kilkakrotnie umawiał się, by wyjaśnić sprawę, ale nigdy nie dotrzymał słowa i do spotkania nie doszło. Trudno więc zrozumieć, dlaczego inteligentny i zdolny magister prawa, były sędzia rejonowy oraz dyplomowany radca prawny Mariusz Korniłowicz vel Noah Rosenkranz wszedł na drogę przestępstwa. Sfałszował wiele dokumentów, na podstawie których wyłudził ponad 100 tys. zł. Wyrok skazujący pozbawi go możliwości wykonywania zawodu prawnika.

Co się dzieje z Rosenkranzem? W Przychodni Stoceru w Konstancinie wziął z dniem 27 kwietnia br. dwumiesięczne zwolnienie (do mnie napisał, że uległ wypadkowi samochodowemu), co zmusza Prywatną Wyższą Szkołę Buisnessu, Administracji i Technik Komputerowych w Warszawie do płacenia mu chorobowego, bo po ujawnieniu skandalu z jego zatrudnieniem uczelnia dostatecznie szybko nie wypowiedziała mu etatu.

Z ostatniego listu wynika, że planuje podjęcie pracy za granicą. Chyba że te plany pokrzyżuje mu Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście, która prowadzi postępowanie w sprawie popełnionych fałszerstw. Ale zabiera się do tego niemrawo, bo choć zgłoszono przestępstwo 17 marca, to do dziś niewiele się dzieje.

Nie profesura, lecz chęć szczera…

Ze względu na zaniepokojenie studentów, którzy na pięciu uczelniach słuchali wykładów, otrzymywali zaliczenia i zdawali egzaminy u fałszywego profesora, zwróciłem się do prof. Marka Rockiego, przewodniczącego Państwowej Komisji Akredytacyjnej, oraz do minister Barbary Kudryckiej, z prośbą o oficjalną wykładnię, czy są one ważne. Logika podpowiada, że nie powinny być. Prof. Rocki uchylił się od jednoznacznej odpowiedzi: „Sprawa jest wysoce bulwersująca i może świadczyć, że nie wszystkie uczelnie, uzyskawszy daleko idącą autonomię i niezależność, potrafiły stworzyć efektywne procedury zabezpieczające przed oszustwami tego rodzaju”. Dodał, że ma nadzieję, iż minister nauki i szkolnictwa wyższego przeprowadzi działania kontrolne i zapobiegawcze, mając większe uprawnienia niż komisja, której przewodniczy.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pismem swojego rzecznika prasowego Bartosza Loby odpowiedziało, że „(…) żaden powszechnie obowiązujący przepis prawa nie uzależnia wykonywania tych czynności [przyjmowania zaliczeń i egzaminowania] od posiadania stopnia naukowego (…). Są to zawsze autonomiczne decyzje uczelni i jej podstawowych jednostek organizacyjnych. Przypadki powierzania wykładów oraz egzaminowania studentów przez nauczycieli akademickich nieposiadających nawet doktoratu nie należą do rzadkości; nie są one podważane przez Państwową Komisję Akredytacyjną, o ile zajęcia takie prowadzą nauczyciele posiadający znaczący dorobek praktyczny oraz poparcie Rady Wydziału. (...) Zatrudnienie w formie stosunku pracy nie jest koniecznym warunkiem powierzenia zajęć, a zatem nawet rażące błędy w nawiązaniu stosunku pracy z N. Rosenkranzem nie mają wpływu na ważność jego działań jako nauczyciela akademickiego. Brak jest podstaw prawnych do nakazania studentom – zwłaszcza przez ministra –  powtarzania zajęć zaliczonych w trybie dopuszczonym przez daną uczelnię. (...) Ministerstwo ze swej strony skieruje do uczelni, których sprawa dotyczy, rekomendację – szanując zasadę autonomii – uwzględnienia zaistniałych bardzo poważnych wątpliwości i nieprawidłowości w weryfikacji dotychczasowego procesu kształcenia z udziałem p. N. Rosenkranza”.

Zatem podpis w indeksie profesora oszusta ma taką samą wagę jak prawdziwego.Tak w praktyce wygląda dziś troska o jakość nauczania w szkolnictwie wyższym.

Autor jest dr. n. med., publicystą miesięcznika „Forum Akademickie”, gdzie od 10 lat prowadzi cykl „Z archiwum nieuczciwości naukowej”. Rzecznik rzetelności naukowej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i członek Zespołu ds. Dobrych Praktyk Akademickich przy ministrze nauki.

Polityka 24.2011 (2811) z dnia 05.06.2011; Coś z życia; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Dr kameleon"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną