Internet a demokracja

Polityk.małpa.pl
Wiadomo: Internet zmienia świat władzy. Politykom przybył zbiorowy kontroler, ale i nieoczekiwany sojusznik.
Donald Tusk podczas czatu internetowego w siedzibie Onet.pl.
Kuba Atys/Agencja Gazeta

Donald Tusk podczas czatu internetowego w siedzibie Onet.pl.

Pokusa szczególnej kontroli nad Internetem wynika nie tylko z gry interesów. Nie mniej poważnym powodem jest ciągle niewielkie zrozumienie rzeczywistości świata sieci.
BEW

Pokusa szczególnej kontroli nad Internetem wynika nie tylko z gry interesów. Nie mniej poważnym powodem jest ciągle niewielkie zrozumienie rzeczywistości świata sieci.

Przyjęliśmy zasadę, że zasoby wytworzone za pieniądze publiczne powinny być dostępne publicznie, i to w sposób umożliwiający ich przetwarzanie” – oświadczył premier Donald Tusk na spotkaniu z blogerami i przedstawicielami organizacji społeczeństwa informacyjnego. A skoro tak, to informacje pozyskiwane i wytwarzane przez administrację w Polsce, jeśli tylko nie zostaną zakwalifikowane jako tajne, będą udostępniane w postaci umożliwiającej obywatelom, organizacjom społecznym i firmom wykorzystanie ich na przykład do tworzenia nowych usług i serwisów. Jakich?

– Wystarczy spojrzeć na dokonania władz stołecznego Dystryktu Columbia w Stanach Zjednoczonych – mówi Andrew Rasiej, polski Amerykanin, twórca inicjatywy Personal Democracy Forum. – Zdecydowały się one nie tylko na otwarcie dostępu do danych i informacji publicznej, lecz także stworzyły system zachęt-nagród dla twórców najciekawszych nowych usług.

W efekcie powstały dziesiątki serwisów dostępnych w Internecie i w telefonach komórkowych. Można na przykład sprawdzić, które miejsca Waszyngtonu są szczególnie niebezpieczne – mapa zagrożeń wykorzystuje dane udostępnione w sieci przez policję. Kierowca samochodu może łatwo w podobny sposób zlokalizować parking z wolnymi miejscami. Dziesiątki złożonych serwisów ułatwiają znalezienie najbliższej biblioteki, zlokalizowanie wolnych działek budowlanych i przegląd wydanych zezwoleń na rozpoczęcie budów. Władze dystryktu wydały na nagrody za najlepsze pomysły 50 tys. dol., w zamian otrzymały nowe usługi wartości milionów.

To jest jednak tylko jeden filar trwającej rewolucji – wyjaśnia Rasiej. – Drugi to strumień informacji, jakie wytwarzają sami obywatele, nie oglądając się na władze. I żeby te władze dyscyplinować. Kogo nie denerwują dziury w drogach? Brytyjski serwis internetowy FixMyStreet daje każdemu możliwość wysłania fotki irytującej dziury, uszkodzonej budki telefonicznej, złamanego drzewa tarasującego drogę. Lokalne władze mogą poczuć się zagrożone podobnymi inicjatywami obywatelskimi albo też potraktować je pozytywnie – jako źródło codziennej darmowej informacji.

Rasiej był szefem zespołu doradców technologicznych Howarda Deana, który walczył o nominację z ramienia Partii Demokratycznej w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2004 r. Choć przegrał z Johnem Kerrym, to przeszedł do historii jako pierwszy kandydat „internetowy”, który w czasach, gdy jeszcze nie było Facebooka, Twittera ani YouTube, świadomie korzystał z nowych mediów. Rasiej zaangażował się również w kampanię 2008 r. Jako krytyczny obserwator współtworzył serwis Twitter Vote Report, który w dniu wyborów umożliwiał monitorowanie przebiegu głosowania i zgłaszanie informacji o nieprawidłowościach w lokalach wyborczych właśnie poprzez Twittera.

Spór o Internet

Kontrola wyborów to rzecz ważna, równie ważne jest pilnowanie polityków, gdy już zasiądą w swoich gabinetach. W Stanach Zjednoczonych zajmuje się tym m.in. Sunlight Foundation Reporting Group. Ta ponadpartyjna organizacja wykorzystuje dostępne informacje publiczne do analizy decyzji politycznych. Jej serwis ułatwia badanie korelacji między aktywnością lobbystów lub wielkością wpłat podczas kampanii wyborczych a treścią stanowionego prawa i strukturą wydatków publicznych.

W sumie taki otwarty dostęp do informacji publicznej, informacji tworzonej przez obywateli oraz społeczna kontrola władzy dają szansę na modernizację demokracji i stworzenie we government, czyli współwładzy. Zarazem politycy mogą korzystać z pomysłowości obywateli. Tyle że politycy z własnej woli niechętnie rezygnują z atrybutów władzy, a jednym z najważniejszych jest kontrola dostępu do informacji i aura nieprzejrzystości otaczająca ich decyzje. A atmosferze tajemniczości najlepiej sprzyja argument bezpieczeństwa narodowego i strachu przed terroryzmem.

Pokusa szczególnej kontroli nad Internetem wynika nie tylko z gry interesów. Nie mniej poważnym powodem jest ciągle niewielkie zrozumienie rzeczywistości świata sieci. Nie dość, że przenika ona już wszystkie sfery życia, to także zmienia się z szybkością większą niż tempo działania tradycyjnych instytucji państwa.

Istotę sporu o Internet doskonale ilustrował niedawny szczyt e-G8 w Paryżu, poprzedzający szczyt państw grupy G8 w Deauville. Prezydent Nicolas Sarkozy, inicjator spotkania, słynie z twardej ręki i wielkich ambicji porządkowych wobec Internetu. To za jego kadencji Francja wprowadziła drakońskie prawo Hadopi umożliwiające odcinanie od sieci internautów naruszających prawo autorskie. Pomysły Sarkozy’ego wzbudziły opór zarówno zaproszonych do Paryża tuzów Nowej Gospodarki, przedstawicieli Google, Facebooka, Amazona, jak i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, które z kolei uznając szczyt e-G8 za uzurpację, podkreśliły, że głównym problemem są policyjne i cenzorskie zapędy polityków.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną