Rozmowa z Dariuszem Paczkowskim, performerem

Tata się stara
Wypisywałem sprayem albo wałkiem MOrdercy. Byłem tym podjarany, ale też czułem strach. Nie jestem bohaterem, nie kręci mnie robienie czegoś, żeby poczuć dreszczyk emocji. Tak wyrażałem bunt, niezgodę - mówi Dariusz Paczkowski.
Dariusz Paczkowski jest performerem i koordynatorem ogólnopolskich akcji na rzecz demokracji, praw człowieka i praw zwierząt.
Irek Dorożański/Edytor.net

Dariusz Paczkowski jest performerem i koordynatorem ogólnopolskich akcji na rzecz demokracji, praw człowieka i praw zwierząt.

„Uważam, że graffiti to jest świetne narzędzie, żeby mówić o ważnych rzeczach, o których inni nie chcieliby mówić albo o których woleliby zapomnieć.”
Dariusz Paczkowski/Materiały prywatne

„Uważam, że graffiti to jest świetne narzędzie, żeby mówić o ważnych rzeczach, o których inni nie chcieliby mówić albo o których woleliby zapomnieć.”

„Lenin zainspirował twórcę okładki na pierwszą płytę Big Cyca – był na niej już nie tylko z irokezem, ale też w skórze, glanach i tak dalej.”
Dariusz Paczkowski/Materiały prywatne

„Lenin zainspirował twórcę okładki na pierwszą płytę Big Cyca – był na niej już nie tylko z irokezem, ale też w skórze, glanach i tak dalej.”

„Gdy chcę włożyć za kraty skrzynki z instalacją elektryczną portret ojca Rydzyka z podpisem „Nie karmić bestii”, wiem, że nikt mi nie da zezwolenia, więc nawet się o to nie staram.”
Dariusz Paczkowski/Materiały prywatne

„Gdy chcę włożyć za kraty skrzynki z instalacją elektryczną portret ojca Rydzyka z podpisem „Nie karmić bestii”, wiem, że nikt mi nie da zezwolenia, więc nawet się o to nie staram.”

Joanna Cieśla: – Stereotyp podpowiada, że grafficiarz to zakapturzony młodzieniec, który nocą niszczy sprayem świeżo odrestaurowaną kamienicę. Pan ma 40 lat, rodzinę, wciąga w malowanie na murach dzieciaki i twierdzi, że to świetna metoda wychowawcza.
Dariusz Paczkowski: – Obserwuję uczestników moich warsztatów. Robię mural w Bielsku z młodymi ludźmi z ośrodka wychowania i resocjalizacji. I okazuje się, że jeden chłopak namalował krzywo, są zacieki, nie da się w pojedynkę tego poprawić. Mówię: musisz poprosić dwie osoby, żeby ci pomogły. I ten 16-latek z wyrokami idzie, prosi i poprawia. Wychowawczynie zdumione, bo im się nigdy nie udało do niczego sensownego tego chłopaka namówić. Z tymi ludźmi tak bywa, że gdy próbuje się rozmawiać, tłumaczyć, że coś należy robić, a czegoś nie, to nie rozumieją, nie dociera do nich. A jak słyszą, że to jest nasza wspólna praca, że ja zamierzam się nią pochwalić na grafficiarskich forach i nie wypada tego spartolić, zaczynają się przejmować.

W latach 80. był pan aktywistą ruchu Wolność i Pokój i tworzył szablony do malowania na ścianach.
Najpierw byłem fanem Republiki. Na jej koncertach, wtedy często wspólnych z Kobranocką, Dezerterem, poznałem punkowców, którzy robili szablony. Wielu z nich było z Trójmiasta, gdzie ja odwiedzałem rodzinę, bo na co dzień mieszkałem w Grudziądzu. Wujek był mocno zaangażowany w Solidarność, naloty w domu, milicja. Przejeżdżając kolejką widziałem napisy na murach stoczni.

Pierwsze graffiti?
Wypisywałem sprayem albo wałkiem MOrdercy. Byłem tym podjarany, ale też czułem strach. Nie jestem bohaterem, nie kręci mnie robienie czegoś, żeby poczuć dreszczyk emocji. Tak wyrażałem bunt, niezgodę. Nie stał za tym jakiś przekaz polityczny. Choć było wiadomo, że nawet obrazek ludzika z kubełkiem farby malującego symbol anarchii zostanie odebrany jako polityczny właśnie.

Niektóre pańskie szablony – Lenin z irokezem, kostuchy idące za żołnierzem, z podpisem „Za mundurem panny sznurem” – zrobiły furorę w całej Polsce.
No, chwyciło. Z 10 osobami stworzyliśmy międzymiastówkę szabloniarzy. Wysyłaliśmy sobie nawzajem swoje szablony. Jeśli komuś się któryś podobał, to go odbijał u siebie w mieście. W ten sposób to się roznosiło po kraju. Przyjeżdżałem gdzieś po raz pierwszy i widziałem na ścianach albo na jakimś koncercie na kurtkach ludzi tego Lenina albo kostuchy, albo gilotynę z podpisem „Nie trać głowy”. Lenin zresztą zainspirował potem twórcę okładki na pierwszą płytę Big Cyca – był na niej już nie tylko z irokezem, ale też w skórze, glanach i tak dalej.

Dzisiaj robi pan graffiti na rzecz zwierząt, przeciwko paleniu śmieci w piecach, ale też antyrasistowskie czy w obronie Tybetańczyków.
Ekologia zaczęła się dla mnie jeszcze w WiP, to było mocno wpisane w ten ruch. Nie jem mięsa, założyłem z przyjaciółmi ogólnopolską organizację Front Wyzwolenia Zwierząt – robiliśmy akcje protestacyjne i edukacyjne, na przykład przeciwko przyjazdowi cyrku do miasta.

Rasizm staram się zwalczać od czasów szkolnych, kiedy poznałem Marcina i Krzysztofa Kornaków. Razem stworzyliśmy Grupę Antynazistowską, którą reprezentuje Stowarzyszenie Nigdy Więcej. Wreszcie od 20 lat jestem buddystą, Dalajlama jest dla mnie wzorem i duchowym przywódcą. Buddyzm mówi, żeby każdy starał się choć trochę zrobić, żeby świat był lepszy – no to ja się staram. Moim zdaniem w życiu chodzi o pomaganie innym. Dlatego też stworzyłem fundację Klamra, która skupia ludzi z różnych organizacji pozarządowych, działających na rzecz różnych spraw. To nasza odpowiedź na przekształcanie się NGO’sów w korporacje, które zamiast zajmować się rozwiązywaniem problemów, coraz częściej skupiają się na budowie własnej marki i walce konkurencyjnej.

Doświadczył pan tego?
Tak. Po narodzinach mojego pierwszego dziecka nie byłem w stanie pracować po kilkanaście godzin w organizacji, której wcześniej poświęciłem lata. I okazało się, że nie ma już dla mnie miejsca. Nagle straciłem i pracę, i przyjaciół. Poszedłem do biznesu, sprzedawałem czyściwo bawełniane, czyli szmaty. Wytrzymałem 9 miesięcy.

Z czego dzisiaj pan żyje?
Przede wszystkim z warsztatów. Jakaś organizacja prosi: namaluj nasze logo. Odpowiadam: dobrze, ale najchętniej razem z waszymi wolontariuszami – to będzie fajne doświadczenie, zintegrujecie się, organizacja bardziej skorzysta. Bywa, że słyszę wtedy: ale my mamy tylko 600 zł. Nie ma się co oszukiwać, to nie jest zajęcie, na którym zbija się fortunę. Gdy ma się żonę i dwójkę dzieci jak ja, bywa nerwowo. Paradoksalnie jednak, to też jest odpowiedź na pytanie, dlaczego robię to, co robię. Nie jestem w stanie dać dzieciom wiele tego, co można kupić, więc chcę dać im przykład przyzwoitego życia. Żeby widziały, że tata się stara.

Kiedy na rondzie Tybetu malował pan z warszawiakami Dalajlamę, prosił pan, żeby w czasie pracy dobrze myśleli o Tybetańczykach.
Proszę, żeby ludzie, którzy malują, mieli w głowach intencję, po co to robią. Żeby nie przeklinali. Moi buddyjscy nauczyciele mówią, że intencje są niesłychanie ważne.

A inni mówią, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Ale to nie są moi nauczyciele.

Dlaczego wybrał pan akurat graffiti? Mógłby pan działać bardziej bezpośrednio. Skończyć studia prawnicze i przygotować ustawę o ochronie zwierząt albo pójść w politykę jak wielu zaangażowanych młodych ludzi po zmianie systemu.
Jako grafficiarze robiliśmy dużo akcji na rzecz zmian w prawie, jeszcze w latach 90. I one przynosiły efekty, więc też mam z tego satysfakcję. Uważam, że graffiti to jest świetne narzędzie, żeby mówić o ważnych rzeczach, o których inni nie chcieliby mówić albo o których woleliby zapomnieć. Poza tym to umiem. Polityka tuż po przełomie ciągle mnie odstręczała, nie wierzyłem politykom. Nawet do wyborów w 1989 r. nie poszedłem. Takich jak ja nie brakowało. W czasach Okrągłego Stołu i później obok podobizn Wojciecha Jaruzelskiego zaczęły się na murach pojawiać szablony z Lechem Wałęsą, Barbarą Labudą, Hanną Suchocką. Dziś mam ogromny szacunek do Wałęsy, ale wtedy myślałem: jedni odeszli, dorwali się nowi – uproszczenia właściwe młodości.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną