Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Jeleń w konwoju

Jak oszukują taksówkarze?

Ceny paliwa idą w górę, a cena za przejechany kilometr formalnie nie. Ale za kursy płaci się odczuwalnie więcej niż wcześniej. Ceny paliwa idą w górę, a cena za przejechany kilometr formalnie nie. Ale za kursy płaci się odczuwalnie więcej niż wcześniej. Krzysztof Kuczyk / Forum
Ile metrów ma kilometr? W warszawskiej taksówce bywa, że nie więcej niż 700. Warszawska taksówka wymyka się wszelkim prawom matematycznym. A także po prostu prawu.
Aż pięciu lat batalii sądowej połączonych sił policji i Inspekcji Transportu Drogowego potrzeba było, żeby doprowadzić do usunięcia z rynku okazjonalnego przewozu osób.Grzegorz Michałowski/PAP Aż pięciu lat batalii sądowej połączonych sił policji i Inspekcji Transportu Drogowego potrzeba było, żeby doprowadzić do usunięcia z rynku okazjonalnego przewozu osób.
Formalnie system zabezpieczeń taksometrów jest bardzo restrykcyjny. Każdy taksówkarz musi co dwa lata legalizować taksometr. To teoria.Jan Zdzarski Jr/EAST NEWS Formalnie system zabezpieczeń taksometrów jest bardzo restrykcyjny. Każdy taksówkarz musi co dwa lata legalizować taksometr. To teoria.

Od 1 stycznia za wożenie pasażerów samochodem z napisem „Przewóz osób” i innymi taksówkopodobnymi symbolami grozi grzywna. Władza odtrąbiła sukces. Wygląda na to, że zdecydowanie za szybko.

Jedynym prawem sprawdzającym się na rynku przewozów jest wypieranie pieniądza dobrego przez zły. Aż pięciu lat batalii sądowej połączonych sił policji i Inspekcji Transportu Drogowego potrzeba było, żeby doprowadzić do usunięcia z rynku okazjonalnego przewozu osób. Wykorzystując lukę w prawie, od 2003 r. wystarczyło mieć prawo jazdy, byle jaki samochód i wypis z licencji (niekoniecznie własnej – o czym poniżej), żeby wozić ludzi na takich samych zasadach jak prawdziwa taksówka.

Pozornie takich samych, bo poczynając od tego, że kierowca często znał miasto tylko tak dobrze, jak dobrze działał jego GPS. A pasażer miał taki wpływ na jakość usługi jak na pogodę. Ale cena czyni cuda. W szczytowym momencie po Warszawie jeździło około 4 tys. kierowców wożących pasażerów w ramach okazjonalnego przewozu osób. Po nowelizacji ustawy o transporcie drogowym z 7 kwietnia 2011 r. jednoznacznie określono, że przewóz okazjonalny musi być wykonywany pojazdem konstrukcyjnie przeznaczonym dla co najmniej 7 osób łącznie z kierowcą. Część przepisów już obowiązuje, całość nowej ustawy – od 7 kwietnia 2012 r.

Czy jednak uzdrowi to taksówkarski rynek? Żeby zrozumieć, jak on działa, doktorat z ekonomii to mało.

Taxicuda

Ceny paliwa idą w górę, a cena za przejechany kilometr formalnie nie. Ale za kursy płaci się odczuwalnie więcej niż wcześniej. Z jednej strony spada liczba zamówień. Taksówkarze żalą się, że bywają dni, kiedy mają po 80 zł utargu. Z drugiej – stałe koszty utrzymania się w zawodzie (ZUS, opłata korporacyjna, ubezpieczenie samochodu, naprawy, paliwo) rosną. Dziś to minimum 4,5 tys. zł miesięcznie. Pomimo tego taksówek nie ubywa. Michał Więckowski nie ma doktoratu z ekonomii. Ale od 15 lat jest taksówkarzem. – Coraz więcej ludzi po prostu okrada klienta, żeby przetrwać. Kilka miesięcy temu sam padł ofiarą taksówkowego oszusta. Kurs był spod knajpy, a godzina późna. Taksówkarz uznał, że trafił mu się pijany, czyli – jak mówią w branży – strzelił jelenia.

Zamiast przewieźć go na nocnej taryfie, ustawił wyższą, obowiązującą poza miastem, ale w dzień. Na koniec jak gdyby nigdy nic wydał paragon. – Strasznie nieudolnie mnie kroił. Jakby to robił profesjonalnie, to ustawiłby jeszcze wyższą taryfę obowiązującą poza miastem, ale w nocy. A na koniec kombinowałby, jak nie dać paragonu, bo to twardy dowód oszustwa – tłumaczy Więckowski.

Z nieudolnymi złodziejami Więckowski radzi sobie sam. Ale wie, że z masowym okradaniem klientów w pojedynkę nie wygra. Dlatego zdecydował się opowiedzieć, jak w Warszawie kroi się jeleni. – Elektroniczne dopalanie liczników, ustawianie wyższych taryf, jeżdżenie bez włączonego licznika i zawyżanie rachunków, wprowadzanie w błąd przy podawaniu ceny za kilometr. Wszystkie chwyty są dozwolone. Taksówkarzy, którzy nie idą na kanty, jest coraz mniej i jak tak dalej pójdzie, to całkiem wyginą – mówi Więckowski, który został wybrany na przewodniczącego taksówkarskiej Solidarności.

Autopilot

Jedno ciche pyk oznacza pół kilometra ekstra do rachunku. To pyk jest takie cichutkie, że nie ma szans, żeby klient usłyszał. Zresztą na wszelki wypadek daje się głośniej radio. Jarek siorbie ciepłą herbatę na Statoilu i opowiada, jak dopala się taksometr. Radio musi być, bo pod radio podłącza się zasilanie urządzenia, które dodaje impulsów do wskazań taksometru. Niektórzy podłączają pod światła. Ale radio jest pewniejsze. Chcesz, to włączysz. Nie chcesz, to nie, a na światłach musisz jeździć cały rok. Z tym urządzeniem to też magii żadnej nie ma. Zwykły generator stosowany w mechanizmach do automatycznego otwierania bram. Dajesz trzy stówy i jeszcze masz dwa piloty w komplecie.

Ale potrzebujesz tylko jednego, bo przecież nie będziesz jechał z dobijaniem na dwie ręce, bo nawet najgłupszy klient się połapie. Pilota kładzie się w schowku przy drzwiach. Kierujesz jedną ręką. Nie ma szans, żeby klient zobaczył, co robisz drugą. Zresztą masz go cały czas na podglądzie w lusterku. Nawet jakby pilot wypadł, to kto się przyczepi, że masz pilota do bramy. Normalna rzecz.

Prowizoryczny schemat lewego układu rysuje na kawałku papieru. Traf chce, że to kupon do skreślania liczb w loterii Joker. Jarka to nawet śmieszy. Sterownik najlepiej zamontować za zegarami. Później puścić cienki kabel do złączki pomiędzy taksometrem a czujnikiem jazdy w samochodzie. Złączka jest plombowana. Ale jak się przyłożysz, to się wepniesz.

Na kabel robi się jeszcze pętle z drutu i puszcza się pod kierownicą. W razie kontroli wystarczy szarpnąć i po lewym podłączeniu nie ma śladu. Zresztą jakiej kontroli? W życiu nikt mnie nie kontrolował. Co dwa lata jeździ się na legalizację licznika i tyle. Ale to ja decyduję, kiedy pojadę na legalizację. Wcześniej rozmontowuje się mechanizm i nie ma żadnych śladów.

Ale kraść też trzeba umieć. Jak trafi się taki, co całą drogę obserwuje taksometr, to nie ma sensu ryzykować, bo widać, że człowiek ogólnie drażliwy. Normalnie to coś tam zawsze można dobić, zwłaszcza jak się w korku postoi. Tylko musisz być dobrym psychologiem i ogólnie wygadany – ciągnie Jarek. Jak się frajer zdenerwuje, że co tak drogo, to trzeba przerzucić jego gniew na kogoś innego – Panie, przecież nie moja wina, że dróg nie porobili, miasto całe zaj... samochodami i jeździć się w ogóle nie da. Z reguły gość też ma coś do dodania w temacie, co władza obiecała, a nie dała.

O lewej instalacji mówi otwartym tekstem. Od kilku lat jeździ w korporacji, gdzie na takie sprawy zwraca się uwagę, więc już nie dopala. A że po jego słowach wokół całego środowiska zrobi się szum, to już nie jego problem. Zwija się z taksówki, bo z tego nie da się żyć. Na początku to nawet fajnie było. Niby jeździł w korporacji, ale szefa widywał raz w miesiącu, jak mu 8 paczek (800 zł) za radio odpalał. Zleceń dostawali sporo, bo oficjalnie mieli jedną z najniższych stawek w Warszawie. Babę Jagę (żonę) widywał, kiedy chciał. I zarabiał też, kiedy chciał. Samochód miał na gaz. A gaz za 2,50 zł za litr. Dało się żyć. Czas przeszły dokonany.

Od pół roku coraz trudniej złapać klienta. Na Statoilu zaprzyjaźnił się już nawet ze sprzątaczkami. Przez szybę widzi, czy mu bombka przy radiu mruga na niebiesko, czyli, że ma zlecenie. Tyle że bombka mruga coraz rzadziej. Za to lata lecą coraz szybciej. Za chwilę nikt go nie zatrudni, bo kto weźmie pięćdziesięciolatka z nadwagą. O taksówce mówi, że to pułapka. – Myślałem, że na klienta, ale okazało się, że również na mnie. Każdy myśli, że się odbije od dna i stanie na nogi, a to gówno prawda – filozoficznie kończy myśl, a później herbatę.

Jeden dwadzieścia

Bogusław Cieślak, który 30 lat temu wymyślił pierwszy elektroniczny taksometr i do dziś jest producentem najpopularniejszego modelu tego urządzenia, twierdzi, że jest bardzo dokładne i trudne do oszukania. Ale zaznacza, że tylko w rękach uczciwego człowieka. – Jeśli ktoś zdejmie plomby, to właściwie może robić, co zechce, tak samo zresztą, kiedy zdejmie się plomby np. z licznika gazu – tłumaczy Cieślak. Czy trudno zdobyć nowe plomby? – U mnie można je kupić po 30 gr, a u konkurencji po 18. Ale oczywiście bez stempla Urzędu Miar, bez którego są bezwartościowe. Ale przecież w dzisiejszych czasach podrobienie takiego stempla to pestka – tłumaczy konstruktor. – Od dawna twierdzę, że system zabezpieczeń w postaci plomb jest fikcją. Postuluję szyfrowane zabezpieczenia elektroniczne, ale to wołanie na puszczy. Tym bardziej że plomby nie są numerowane ani ewidencjonowane. Każdy urzędnik zakłada taką samą plombę.

Formalnie system zabezpieczeń taksometrów jest bardzo restrykcyjny. Każdy taksówkarz musi co dwa lata legalizować taksometr. Sam nie może zmienić nie tylko taryfy, ale nawet rozmiaru kół na mniejsze, bo zmieniałoby to odczyty taksometru. To teoria. – A praktyka jest taka, że to tanie urządzenie niepodlegające obowiązkowi rejestracji. Taksówkarz w każdej chwili może zniszczyć stary taksometr i pojechać zalegalizować nowy i nikt go nie spyta, gdzie jest poprzedni – dodaje Cieślak.

Organy państwowe o procederze wiedzą. Kilkanaście miesięcy temu do kilku instytucji przyszedł anonim. Zaczynał się nietypowo: „Mam żal do siebie, właściwie głównie do siebie, jako stary taksówkarz z wieloletnim doświadczeniem, że nie potrafiłem tym młodym przekazać pewnych wartości, a zaraza się rozprzestrzenia nawet na takich, którzy mieli jakieś ideały i wartości”. Później jest parę słów o swoistej rywalizacji pomiędzy taksówkarzami – na ile kto skroił jakiegoś pasażera. I opis mechanizmu dobijania impulsów do taksometru (zgodny z opowieścią Jarka).

Autor przyznał się, że pracuje w jednej z największych warszawskich korporacji. Żeby nie być gołosłownym, zakończył listą dziesięciu konkretnych kierowców, od których dowiedział się, że stosują dopalanie do licznika. Podał nie tylko numery ich licencji, ale nawet numery samochodowych rejestracji. – List wywołał spore zamieszanie. Ale każdy urząd zwalał tę sprawę na innych, tłumacząc się brakiem narzędzi prawnych albo możliwości. Nie wiem, czy w ogóle ktoś to ruszył – mówi znający kulisy sprawy urzędnik.

Michał Więckowski o oszukiwaniu klientów mówił i policji, i urzędnikom. – I nikt nie reaguje. Jak nie ma kontroli, to trudno się dziwić, że coraz więcej osób idzie na łatwy pieniądz, zwłaszcza kiedy przegrywają cenowo z innymi oszustami – tłumaczy Więckowski. Jeżdżący według drogomierzy mogą uprawiać całkowicie wolną amerykankę. Drogomierz to urządzenie, które miało udawać taksometr. Ale tylko je udawało. Bogusław Cieślak skonstruował jeden z nich. – Moje drogomierze są laboratoryjnie certyfikowane, bo zależy mi na renomie, którą wypracowałem przez lata. Ale co później ludzie z nimi robią, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zresztą tego nikt nie bada ani nie kontroluje – dodaje.

Efekty można zbadać samemu. Wystarczy w ramach eksperymentu zrobić dwa kursy na tej samej trasie z dwiema różnymi korporacjami. Jeżdżąca na stawce 1,80 zł za kilometr korporacja za kurs z placu Narutowicza na lotnisko Chopina policzyła sobie 20,40 zł. Kurs powrotny z najdroższą w Warszawie korporacją jeżdżącą po 2,40 zł za kilometr wyniósł 21,60 zł. Na tym jednym kursie nieuczciwy przewoźnik zarobił 4,14 zł.

Na dodatek klient jest bezsilny, bo właściwie nie ma szans na reklamację. Choć dzwoni się do korporacji taksówkarskiej, to w tych najtańszych najczęściej trzeba spodziewać się, że przyjedzie przewóz osób. W takich samochodach często zamiast taksometrów są drogomierze. Wielu kierowców ustawia je tak, że nie pokazują przejechanej drogi, tylko jednostki, które kierowca sam przelicza na konkretną kwotę. Klient dostaje paragon z kasy fiskalnej, z którego nie można odczytać ani przebytej drogi, ani ceny za kilometr. – Nawet jeśli udowodni trasę i wykaże nieprawidłowość, to nikt nie zrobi sprawy o 4 zł. Tylko że te 4 zł razy 300 klientów miesięcznie dają 1,2 tys. zł. I tym też nikt nie chce się zająć – dziwi się Michał Więckowski.

Taxi taki

W efekcie w Warszawie, w której stawka maksymalna za kilometr ustalona jest na poziomie 3 zł, można przejechać osiem kilometrów i dostać rachunek na ponad 200 zł. – Znam taki przypadek. Mamy nawet kserokopię paragonu z tego kursu. Faktycznie niewiele możemy z tym zrobić – mówi Joanna Tymińska, dyrektor Biura Działalności Gospodarczej i Zezwoleń UMS Warszawa. Pasażer, który odbył tę kosztowną lekcję życia, wsiadł na Dworcu Zachodnim. Kogut był tak zamontowany, że nie zauważył, że zamiast do taxi wsiada do taki. Co prawda zapytał, jaka jest stawka za kilometr, ale usłyszał, że jeden dwadzieścia. Zrozumiał złoty dwadzieścia. A kierowca tłumaczył mu później, że chodziło mu o to, że jeden kilometr kosztuje u niego 20 zł. Niby taksówka była przewozem osób. – Właścicielowi już raz zabraliśmy licencję, ale działalność była kontynuowana na podstawie licencji uzyskanej przez jednego z jego kierowców, co jest zgodne z prawem. Kiedy odebraliśmy licencję również temu przedsiębiorcy, otrzymała ją inna osoba. A po trzech latach uzyskał nowe uprawnienie dla siebie. I wszystko w myśl przepisów – tłumaczy Tymińska.

Próby kierowania spraw do prokuratury kończyły się jeszcze bardziej kuriozalnymi efektami. W uzasadnieniu do umorzenia jednej ze skarg prokurator napisał: „Doświadczenie życiowe wskazuje na to, iż przeciętny mieszkaniec Warszawy posiada wiedzę, że przewóz osób w mieście wykonywany jest zarówno przez osoby będące taksówkarzami, w przypadku których opłata za przejazd ustalana jest zgodnie z cennikiem i wskazaniem taksometru, oraz przez osoby niebędące taksówkarzami, do których powyższe regulacje nie mają zastosowania. A w przypadku których pomiędzy pasażerem a przewożącym zawierana jest umowa w ramach swobody umów określonej w art. 353 Kodeksu cywilnego”.

– Część przewoźników postanowiła ryzykować i jeździć jednym z modeli amerykańskiego vana, który spełnia wymogi. Spodziewam się też nowych pomysłów korporacji, które będą chciały kontynuować przewóz osób w innej formie – dodaje dyrektor Tymińska. Ta niespodzianka to pomysł na zastąpienie okazjonalnego przewozu formułą przewozu konwojowanego. – Będzie, jak było – tłumaczy jeden z kierowców jeżdżący dla korporacji, która jako pierwsza w 2003 r. wprowadziła przewóz osób na warszawskie ulice. – Tyle że jak przyjadę na zlecenie, to poinformuję pana, że właśnie jest pan konwojowany i może się pan czuć bezpieczny. Rozumiemy się?

 

 

Polityka 02.2011 (2841) z dnia 11.01.2012; Kraj; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Jeleń w konwoju"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną