Na ratunek nowemu życiu

Za wcześnie, by żyć
Lekarze i rodzice coraz częściej stają wobec piekielnego dylematu. Rodzą się dzieci – za wcześnie, zbyt niedojrzałe, skazane na kalectwo i cierpienie. Ale współczesna medycyna pozwala im przeżyć. Czy tak trzeba? Czy wolno?
Czy mamy prawo podtrzymywać życie człowieka, nie potrafiąc go wydobyć ze skrajnego cierpienia?
Bernd Vogel/Corbis

Czy mamy prawo podtrzymywać życie człowieka, nie potrafiąc go wydobyć ze skrajnego cierpienia?

Rodzice znacznie częściej niż lekarze chcą ratować dziecko, uparcie wierząc w cud, który zresztą czasem się zdarza.
MAURO FERMARIELLO/EAST NEWS

Rodzice znacznie częściej niż lekarze chcą ratować dziecko, uparcie wierząc w cud, który zresztą czasem się zdarza.

Gdyby po porodzie wiedziała, w jakim stanie będzie za kilka lat jej dziecko, może powiedziałaby, żeby wyłączyli respirator.
jdsmith1021/Flickr CC by SA

Gdyby po porodzie wiedziała, w jakim stanie będzie za kilka lat jej dziecko, może powiedziałaby, żeby wyłączyli respirator.

Tekst został opublikowany w POLITYCE w lutym 2012 roku.

Paulinka urodziła się w 1 dniu 23 tygodnia ciąży. Ważyła 380 g i miała 25 cm. Przeżyła trudny okres swojego życia. Miała operację jelita cienkiego, wycięli jej aż 30 cm. Niestety, moja córeczka długo nie pożyła. Zmarła, gdy wybiły jej 4 miesiące” – napisała na swoim blogu mama Paulinki.

Ogromny postęp w medycynie perinatalnej i neonatologii w ostatnim dziesięcioleciu sprawił, że lekarze ratują, niekiedy wręcz przywracają do życia, coraz młodsze wcześniaki, skrajnie niedojrzałe noworodki oraz te urodzone o czasie, ale z bardzo poważnym niedotlenieniem, w zamartwicy. Takie, które jeszcze kilka lat temu najczęściej umarłyby podczas porodu lub tuż po nim. I coraz częściej medycy zadają sobie dramatyczne pytania. Czy tak trzeba? Czy wolno?

Uporczywa terapia

Lekarz zobowiązany jest do podjęcia wszelkich działań ratujących życie. Artykuł 30 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty jasno powiada, że „ma obowiązek udzielać pomocy lekarskiej w każdym przypadku, gdy zwłoka w jej udzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia”.

Czy jednak reanimacja tak niedojrzałego jak Paulinka noworodka nie jest tylko przedłużaniem umierania? A jeżeli przeżyje kilka czy kilkanaście lat w stanie wegetatywnym, podłączone do respiratora? Czy mamy prawo podtrzymywać życie człowieka, nie potrafiąc go wydobyć ze skrajnego cierpienia?

Ratujemy takiego noworodka, ale nie jesteśmy w stanie zapobiec uszkodzeniom mózgu – mówi dr hab. Tomasz Dangel, anestezjolog dziecięcy, specjalista medycyny paliatywnej, założyciel Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci, jedynego w Polsce hospicjum perinatalnego. – Będzie cierpieć, wymagać przez całe życie opieki, rehabilitacji, leczenia przeciwpadaczkowego i umrze w wieku 20 lat na zapalenie płuc, a właściwie z wyniszczenia, bo u dzieci z najcięższymi postaciami mózgowego porażenia dziecięcego dochodzi do zaburzeń połykania. I wielu lekarzy nie wiem dlaczego godzi się na to, żeby pacjent w wieku 17 lat ważył 17 kilo i umierał z głodu.

W Polsce nie ma żadnych prawnych regulacji dotyczących uporczywej terapii, nie tylko w odniesieniu do przedwcześnie urodzonych dzieci, ale wobec wszystkich pacjentów, niezależnie od wieku. Samo pojęcie nie występuje właściwie w języku prawnym.

Trzy lata temu Centrum Ekologii Człowieka i Bioetyki Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego zaproponowało definicję uporczywej terapii: „Stosowanie procedur medycznych w celu podtrzymywania funkcji życiowych nieuleczalnie chorego, które przedłuża jego umieranie, wiążąc się z nadmiernym cierpieniem lub naruszeniem godności pacjenta”.

Stan terminalny

Termin uporczywej terapii pojawia się też w Kodeksie Etyki Lekarskiej: w stanach terminalnych lekarz nie ma obowiązku podejmowania i prowadzenia reanimacji lub uporczywej terapii i stosowania środków nadzwyczajnych; decyzja o zaprzestaniu reanimacji należy do lekarza i jest związana z oceną szans leczniczych.

Problem w tym, że określenie „stan terminalny” w stosunku do dzieci jest używane właściwie wyłącznie w przypadku chorób nowotworowych – mówi dr Dangel, który przed 20 laty praktykował jako anestezjolog. Pamięta małych pacjentów z nieoperacyjnym guzem mózgu, reanimowanych przez dyżurnego lekarza, bo takie były standardy postępowania szpitalnego.

Na każdym piętrze był czerwony guzik – opowiada Dangel. – Obowiązkiem dyżurnej pielęgniarki było naciśnięcie guzika, gdy u któregoś z dzieci, także na oddziale neurochirurgii, dochodziło do zatrzymania oddechu. Dyżurny anestezjolog odbierał sygnał na pagerze i miał trzy minuty, by stawić się na odpowiednim piętrze. I podejmował resuscytację, bo nie było czasu na zapoznawanie się z historią choroby. Pielęgniarki, gdy nie było na oddziale rodziców, a dziecko zaczynało umierać, po prostu nie naciskały guzika.

Ale gdy nie miało szczęścia, mogło tak umierać kilka razy.

Mój sprzeciw wobec uporczywej terapii wziął się stąd, że sam ją stosowałem – wyznaje dr Dangel. Tak byliśmy uczeni: trzeba podjąć resuscytację, jeśli jest skuteczna, to podłączyć do respiratora, podtrzymać krążenie i oddychanie. A co dalej? Potem nasz oddział intensywnej terapii wypełniał się pacjentami w terminalnym stadium choroby nowotworowej albo z uszkodzeniami mózgu czy nieuleczalną chorobą mięśni. Trudno mi zapomnieć profesora kardiochirurgii dziecięcej, który otwierał klatkę piersiową i ręką masował serce zoperowanego przez siebie dziecka, by zapobiec pooperacyjnemu zejściu. Dziecko i tak umarło.

Dziś nikt nie podejmuje resuscytacji dzieci z nowotworem, które są już w stanie terminalnym. Ale stosuje się intensywną terapię wobec noworodków z wadami letalnymi, czyli takimi, które nie dają szans na przeżycie (np. bezmózgowie, bezczaszkowie).

Dr Barbara Goc, Zofia Walencka i Agata Włoch z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach opublikowały wyniki intensywnej terapii stosowanej u 20 noworodków, które urodziły się z letalnym zespołem Edwardsa (trisomia 18). W ośmiu przypadkach diagnoza była ustalona prenatalnie. 14 noworodków było reanimowanych po porodzie. U dziewięciu przeprowadzono operacje chirurgiczne. 14 zmarło na oddziale intensywnej terapii przed ukończeniem pierwszego miesiąca życia.

Nie ma przepisów prawnych chroniących dzieci z wadami letalnymi przed uporczywą terapią, które pozwoliłyby rodzicom zrezygnować z proponowanego leczenia, wypisać dziecko ze szpitala i zabrać je do domu.

Odstąpienie od leczenia w szpitalu na rzecz domowej opieki paliatywnej określane jest przez niektórych lekarzy jako „eutanazja” – mówi dr Dangel. – Zdarzają się nawet przypadki występowania lekarzy do sądu o zawieszenie praw rodzicielskich w celu prowadzenia uporczywej terapii wbrew woli rodziców.

Co mówią rodzice

Postaw rodziców nie sposób uogólnić. Znacznie częściej niż lekarze to właśnie oni chcą ratować dziecko, uparcie wierząc w cud, który zresztą czasem się zdarza.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj