Tenisowe rankingi: co tu jest grane

Pogoda dla ciułaczy
Tenisowe rankingi mają w założeniu oddawać aktualny układ sił. Całej prawdy jednak nie mówią. Aby do niej dotrzeć, trzeba w klasyfikacjach czytać między miejscami.
Prawdziwe emocje na wielkoszlemowych turniejach zaczynają się od półfinałów.
Kevin Lamarque/REUTERS/Forum

Prawdziwe emocje na wielkoszlemowych turniejach zaczynają się od półfinałów.

Wiktoria Azarenka (Białoruś).
Graham Denholm/Getty Images/Flash Press Media

Wiktoria Azarenka (Białoruś).

Maria Szarapowa (Rosja).
Jemal Countess/Getty Images/Flash Press Media

Maria Szarapowa (Rosja).

Petra Kvitova (Czechy).
Julian Finney/Getty Images/Flash Press Media

Petra Kvitova (Czechy).

Agnieszka Radwańska (Polska).
Julian Finney/Getty Images/Flash Press Media

Agnieszka Radwańska (Polska).

Samantha Stosur (Australia).
Julian Finney/Getty Images/Flash Press Media

Samantha Stosur (Australia).

Agnieszka Radwańska pnie się w górę rankingu WTA. Aktualnie zajmuje czwarte miejsce, najwyższe w karierze. Mniej wyrobieni tenisowi kibice mogą jednak odczuwać poznawczy dysonans, bo awansowi krakowianki towarzyszyło w tym roku tylko jedno turniejowe zwycięstwo – w Dubaju, gdzie zresztą brakowało kilku wyżej notowanych od niej rywalek. W pozostałych turniejach, w których brała udział, docierała co najwyżej do półfinału. Jak to się dzieje, że najlepsza polska tenisistka jest w klasyfikacji WTA coraz wyżej, mimo że wcale nie wygrywa seriami?

Przetasowania na szczycie

Upraszczając sprawę – awans Agnieszki to kombinacja jej stabilnej formy oraz porażek sąsiadek z rankingu. Podstawowa zasada aktualizowanej co tydzień klasyfikacji każe brać pod uwagę wyniki uzyskane w ciągu minionych 52 tygodni. Punkty zdobywane są podczas szeregu turniejów – od najmniej popłatnych (12 pkt za wygraną) do czterech imprez pod szyldem Wielkiego Szlema, gdzie zwycięstwo warte jest 2000 pkt. Ten system prowadzi do sytuacji, która w środowisku funkcjonuje pod roboczą nazwą „obrony punktów”.

W praktyce wygląda to tak: jeśli podczas ubiegłorocznego turnieju w Indian Wells (zaliczanego do kategorii Premier Mandatory, w których zawodniczki z czołówki muszą startować pod groźbą finansowych kar i gdzie wygrana warta jest 1000 pkt) Radwańska odpadła w 1/8 finału i zainkasowała 140 pkt, to podczas tegorocznej edycji ten wynik był dla niej punktem odniesienia do rankingowych zysków lub strat. Ponieważ tym razem dotarła o szczebel wyżej, do ćwierćfinału, zdobyła 250 pkt, więc nie tylko obroniła swoją ubiegłoroczną zdobycz, ale dopisała do rachunku w klasyfikacji dodatkowe 110 pkt. Dunka Karolina Woźniacka, która rok temu w Indian Wells wygrała, a teraz pożegnała się z turniejem w 1/8 finału, straciła aż 860 pkt i zachowała trend spadkowy w rankingu. Obecnie jest szósta, a 2012 r. zaczynała jeszcze jako liderka.

Przy okazji ostatnich przetasowań na szczycie kobiecego tenisa Piotr Radwański, ojciec Agnieszki, wyraził opinię, że w sprzyjających okolicznościach jego córka może zostać nawet liderką cyklu już po Wimbledonie, który uchodzi za jej ulubiony wielkoszlemowy turniej. Swoją prognozę oparł na analizie pozycji, z jakich najwyżej sklasyfikowane aktualnie tenisistki będą startowały w kolejnych turniejach. Radwańska pierwszą połowę ubiegłego roku miała nieudaną, zdarzało jej się odpadać nawet w pierwszej rundzie mocno obsadzonych zawodów, więc zgodnie z przyjętymi zasadami sporządzania klasyfikacji ma mało do stracenia, a dużo do zyskania. Inna sprawa, że obecna liderka Wiktoria Azarenka nie zamierza darmo oddawać pola – w tym roku zwyciężyła we wszystkich turniejach, w których wzięła udział. Radwańską ograła cztery razy, a ostatnio, w Indian Wells, wręcz upokorzyła.

Pokaz mocy

Przyjęty model ustalania kobiecej tenisowej hierarchii niewiele się różni od tego obowiązującego wśród mężczyzn. Tam też bierze się pod uwagę wyniki uzyskane w ciągu ostatnich 52 tygodni, też trzeba bronić punktów. Najważniejsze różnice polegają na tym, że u mężczyzn punktowane są również wyniki z Pucharu Davisa, czyli rywalizacji narodowych reprezentacji, a poza tym turniejowe zwycięstwa dają proporcjonalnie większą zdobycz. Dla przykładu – triumfator któregoś z męskich turniejów Wielkiego Szlema zgarnia 2000 pkt, pokonany w finale – 1200, a półfinalista – 720; wśród pań analogiczne wyniki przekładają się na zdobycze rzędu: 2000, 1400 i 900 pkt.

Taki obrót spraw nie wszystkim się podoba. Podnoszą się głosy, że system obowiązujący wśród mężczyzn jest bardziej sprawiedliwy i zapobiega kreowaniu przypadkowych liderów. Krytycy podpowiadają rozwiązania: dobrą postawę w turniejach Wielkiego Szlema nagradzać jeszcze hojniej punktami, ewentualnie „ściąć” zdobycze w imprezach niższej rangi. Wojciech Andrzejewski, dyrektor sportowy Polskiego Związku Tenisowego, zauważa jednak: – Gdyby tam było jeszcze więcej do zdobycia, tenisistki mogłyby traktować turnieje z niższej półki na „odwal się”. Startowałyby, bo tego wymaga od nich regulamin, by potem pod pretekstem kontuzji się wycofać. To z kolei mogłoby się przełożyć na spadek prestiżu imprezy, co pociągnęłoby za sobą odpływ sponsorów, o których w kobiecym tenisie trudniej niż w męskim. Oni angażują się tylko, jeśli mają gwarancję widowiska na najwyższym poziomie aż do finału.

Dyskusja o tym, że system przyjęty wśród kobiet zamazuje prawdziwy układ sił, na razie ucichła, bo obecna liderka – Azarenka – co rusz daje pokaz mocy. Na początku roku wygrała swój pierwszy wielkoszlemowy turniej w Melbourne, kończąc jednocześnie panowanie królowej bez korony, jak mówili o Woźniackiej tenisowi puryści. Dunka tylko raz grała w finale Wielkiego Szlema – w 2009 r. w US Open, a mimo to utrzymywała się na szczycie rankingu przez 67 kolejnych tygodni. Wcześniej liderkami były Dinara Safina i Jelena Janković, obie również bez żadnego szlema na koncie. Faktem jest, że obecne reguły gry premiują zawodniczki wytrwałe, systematyczne i dobrze przygotowane fizycznie, potrafiące utrzymać równą formę przez cały rok. Do rankingu wlicza się 16 najlepszych turniejowych wyników osiągniętych na przestrzeni 52 tygodni, więc punkty jest gdzie i kiedy ciułać.

Woźniacką, jeszcze jako numer 1, pytano, czy uważa, że jej pozycja liderki cyklu jest uzasadniona? Tuż przed rozpoczęciem Australian Open głos w dyskusji zabrała nawet tenisistka wszech czasów Martina Navratilova, która dość obcesowo stwierdziła, że „oczywiście nikt nie uważa Woźniackiej za prawdziwy numer 1”, uzasadniając swoją opinię nie tylko brakiem wielkoszlemowych triumfów Dunki, ale również jej nie najlepszym bilansem w meczach przeciwko rywalkom z czołówki rankingu. Przy okazji Navratilova zaapelowała o powrót do zasad sprzed 2006 r., wedle których zwycięstwa nad wysoko klasyfikowanymi zawodniczkami były premiowane dodatkowymi punktami. Przywilej ten został skasowany na skutek nacisku tenisistek z nieco dalszych rankingowych szeregów, które podnosiły, że takie zasady konserwują układ „na górze”. Turniejowe drabinki konstruowane są bowiem w ten sposób, że w początkowych rundach zawodniczki z czołówki grają z nisko notowanymi rywalkami, a ze statystyk wynikało, że sensacje są dość rzadkie. Z reguły faworytki zwyciężały, a w końcowej fazie turnieju grały między sobą i w ten sposób „nabijały” sobie ranking. Na razie stanęło więc na tym, że zyski wylicza się wyłącznie w zależności od etapu turnieju.

Przebojowe skoki

Dyskusja o tym, w jaki sposób rankingowy system ulepszyć, jednak nie wygasła. Wręcz przeciwnie – pomysłów nie brakuje, bo tenisowe klasyfikacje prowadzą do wyznaczania granic: pierwszej setki, w której obecność daje prawo gry w najlepiej obsadzonych turniejach bez kwalifikacji, czy pierwszej dziesiątki, co pomaga kusić sponsorów.

Debata obejmuje zarówno pomysł, by każdy rok kalendarzowy zaczynać „od zera”, jak i propozycję, by sporządzając klasyfikacje brać pod uwagę wyniki z ostatnich dwóch lat, a nie roku. Taką opcję mocno forsuje Rafael Nadal, który kilka miesięcy temu stracił fotel lidera na rzecz Novaka Djokovicia. Jak twierdzą złośliwi, Nadal ma w tym swój interes, gdyż według „reguły dwuletniej” wciąż byłby numerem 1, mimo że to Djoković wygrał cztery z pięciu ostatnich turniejów Wielkiego Szlema. Hiszpan twierdzi jednak, że ma na myśli przede wszystkim dobro kolegów po fachu, których zmogły długotrwałe kontuzje i zgodnie z obowiązującymi zasadami osunęli się w rankingu.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną