Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Druga sukienka

Ukrainki z abolicji

Od lewej: Sasza i Asia przed Mazowieckim Urzędem Wojewódzkim w Warszawie. Od lewej: Sasza i Asia przed Mazowieckim Urzędem Wojewódzkim w Warszawie. Tadeusz Późniak / Polityka
Sasza myślała, żeby może napisać jakiś apel. A Lesia, żeby móc spokojnie pojechać do domu i potem wrócić. Nazbierało się ich w Polsce przez te nielegalne lata, nazwali się: Komitet Imigranci na rzecz Abolicji. I ją wywalczyli.
Bądź legalnie - pod tym hasłem rozpoczęło się wydawanie abolicji dla cudzoziemców na Mazowszu. Abolicję odbiera Maryna Tur -  Białorusinka, którą w sierpniu zeszłego roku czekała deportacja do ojczyzny z powodu nielegalnego pobytu w Polsce.Grażyna Myślińska/Forum Bądź legalnie - pod tym hasłem rozpoczęło się wydawanie abolicji dla cudzoziemców na Mazowszu. Abolicję odbiera Maryna Tur - Białorusinka, którą w sierpniu zeszłego roku czekała deportacja do ojczyzny z powodu nielegalnego pobytu w Polsce.

Na Wielkanoc Lesia pojedzie do domu na Ukrainę. Do Przemyśla sześć godzin pociągiem i potem dwie autobusem, do Bonewyczi, do mamy. Zobaczy dworek na wzgórzu, gdzie kiedyś pewien Polak mieszkał, a z sadu w dzieciństwie kradło się jabłka. I nową cerkiew zobaczy. Gdy siedem lat temu wyjeżdżała, to jeszcze nie zaczęli jej budować, a teraz już stoi. Kupi dużo róż i zaniesie do tej cerkwi. Posiedzi w ciszy, pomyśli, popłacze. Wreszcie nikt nie będzie widział. To będzie taki powrót człowieka, który gdzieś się zagubił. Pojedzie, bo już może. Bo jest już w Polsce legalnie. W czwartek, 16 lutego 2012 r., odbierała decyzję. Obudziła się o 5 rano, trochę wcześniej niż zwykle. Nie mogła spać. Tak czy nie? – zastanawiała się. O 6.44 była w autobusie, o 7.50 pod urzędem wojewódzkim, musiała poczekać 10 minut, zanim otworzą. O 8.30 usiadła w pokoju na trzecim piętrze. Urzędniczka przyniosła papier. „Udzielono zezwolenia na dwuletni pobyt”. Spokojnie, nie musi się pani denerwować – powiedziała urzędniczka. Ale Lesi łzy już same płynęły. Do Saszy i Asi napisała esemesa: Odebrałam decyzję pozytywną. 8 marca odbieram kartę pobytu.

Pojedzie do domu. Ale zanim to się stanie, z Saszą i Asią muszą dokończyć to, co zaczęły.

Wyjazd Lesi

We Lwowie były szpilki, papierki, spódnica przed kolano i manicure. Lesia była księgową, miała swój gabinet. Potem, pod koniec lat 90., gdy firma zbankrutowała, było trochę gorzej. Prasowalnia. Ale zawsze miała wyrobione 190 proc. normy. Dwójka dzieci – Jurek i Tatiana. Mąż uważał, że są jej. Nie dawał żadnych pieniędzy. Kiedy syn miał 16 lat, a córka 13, poszła w końcu do sądu, żeby złożyć pozew o alimenty. Przy okienku powiedziała to na głos i rozpłakała się. A facet, który tam siedział, się zdziwił: Co pani, głupia? Wie pani, ile takich kobiet tu przychodzi?

Na ulicy spotkała sąsiadkę. Mówiła, że przyjechała z Polski, koleżanka załatwiła jej pracę – opiekę nad dziećmi, a odwoził ją do Warszawy jakiś facet. Lesia: To podaj mi jego numer. Nie bała się – na Ukrainie każdy każdego zna. Wizę miała na trzy miesiące. 1 listopada 2004 r. przyjechała do Warszawy.

Wyjazd Saszy

Sasza Warszawę już znała. Już drugi raz tu była. Po raz pierwszy w 2001 r. Miała wtedy 20 lat, ale ciężkiej pracy się nie bała. Od 15 roku życia w każde wakacje wyrabiała ozdoby choinkowe. Pieniędzy starczało na następne parę miesięcy, ale żeby pójść na studia – już nie. Kolega załatwił jej pracę w Polsce przy ekipie budowlanej – miała gotować, sprzątać. Ekipa liczyła też na inne rzeczy. Po miesiącu stwierdzili, że gotować to mogą sobie sami. Potem trafiała już lepiej – do rodziny policjantów, gdzie nauczyła się polskiego, i do znanego sportowca, u którego opiekowała się dzieckiem. Ale za tym pierwszym razem głupia była – na granicy przyznała się, że pracuje nielegalnie. Dostała roczną deportację. Gdy wróciła w 2004 r., Polska była już w Unii Europejskiej. Obowiązywały wizy półroczne z maksymalnym pobytem przez trzy miesiące. Cztery dni w tygodniu sprzątała. Już miała wyjeżdżać, gdy dostała propozycję opieki nad dzieckiem. Albo bierze pracę, albo wraca do siebie i czeka do następnej wizy. Tylko co z siostrą, która poszła na studia? No i kto w przyszłości zatrudni nianię, która co chwilę wyjeżdża?

Piwnica

O życiu nielegalnego imigranta Lesia na początku nie wiedziała wiele, ale do podziemia i tak trafiła od razu. W domu na warszawskim Mokotowie. Miała tam swój pokoik w piwnicy, małe okno, na parapecie kwiatek, a nad sobą trzy piętra do sprzątania. Na kolanach ze szmatą, bo pani nie tolerowała inaczej. Trochę ciężko jej było na początku z tą szmatą się przełamać. Była księgową, miała gabinet. Pani nie tolerowała też, żeby Lesia dotykała jej chleba swoimi rękami. Po czterech miesiącach odeszła. Swoje rzeczy zbierała z progu.

Przeniosła się do chorej na raka babci przy Jana Pawła. To była frajda. Babcia wysyłała ją po zakupy do Arkadii. Chodziła też w drugą stronę, zobaczyła Pałac Kultury. Chodziła ulicami, a powietrze wydawało się aż słodkie. Gdy babcia zmarła, Lesia znalazła mieszkanie w Choszczówce na Białołęce. Pracy szukała pukając po domach, dzwoniąc po ogłoszeniach. W końcu zapełniła sobie cały tydzień – sześć domów do sprzątania, codziennie inna rodzina. Strasznie się cieszyła, bo dużo jej płacili: 8 zł za godzinę, ponad 1,5 tys. zł miesięcznie.

Sklep

Okazało się, że dzielił je tylko las. A pośrodku był sklep u pani Ewy. Obie wstępowały tam po pracy na lody. Przez wiele miesięcy tak się spotykały. Gadały o pracy, życiu, rodzinie. O tym, że są nielegalnie nie gadały. O tym w środowisku się nie rozmawia. Zbliżał się sylwester z 2006 na 2007 r., gdy Sasza zapytała: A kiedy ty wyjeżdżasz? Gdzie będziesz na sylwestra? Lesia się zawahała: Wiesz... No i tyle.

Abolicja

Minęło kilka nielegalnych lat. W ciągu takich lat pewnych rzeczy się nie robi. Nie przechodzi na czerwonym świetle, nie wsiada do autobusu bez biletu, nie chodzi do lekarza, nie jeździ do domu. Latem 2009 r. Sasza oglądała telewizję. Janusz Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich, mówił o potrzebie wprowadzenia abolicji dla nielegalnych imigrantów. Lesia, a może dałoby się coś z tym zrobić? – zagadnęła. W styczniu 2010 r. usłyszała o Fundacji Rozwoju „Oprócz Granic”, założonej przez Białorusinkę Ksenię Naranovich, która zajmuje się pomocą imigrantom. Zadzwoniła, została zaproszona na rozmowę. Co właściwie chcecie zrobić? – zapytano. Walczyć o abolicję, skierować apel do władz, wskazać problemy. OK, pomożemy wam, ale to wy będziecie się pokazywać, mówić w swoim imieniu.

Sasza myślała, że ktoś pomoże im napisać apel, to wszystko. A Lesia myślała już tylko o tym, żeby jak najszybciej móc pojechać do domu. Wszystko jedno, niech pokazują w telewizji. Nazbierało się w nich przez te nielegalne lata. Zadzwoniły do Julki, Oksany, Olka, Wiery. Nazwali to Komitet Imigranci na rzecz Abolicji.

Od stycznia 2010 r. wspólnie z organizacjami pozarządowymi zbierali podpisy pod apelem. W cerkwi, przy metrze, u koleżanek. Pani Agnieszka, u której pracowała Sasza, jednego dnia przyniosła 60. W sumie zebrali ponad 1,6 tys. 22 października 2010 r. miały trafić do Sejmu.

Sejm

W nocy Sasza malowała transparenty. Na satynowym prześcieradle napisała: Nikt nie jest nielegalny. Lesia na pożyczonej maszynie uszyła chusty. Zielone. Takie same jak jabłka, które zaniosły w koszu pod Sejm. Takie drobnostki. Miało być tanio, ale w dobrym kolorze. Asia już wtedy z nimi była. Wręczała posłom apel z podpisami. Po siedmiu latach w Stanach i Francji wróciła do Polski. W Bostonie protestowała, gdy z fabryki tkanin wyrzucano nielegalne pracownice z Ameryki Południowej. W Paryżu razem z nielegalnymi imigrantami z Afryki pościła podczas ramadanu. W Warszawie zaczęła pracę w Fundacji Rozwoju „Oprócz Granic”. Lesię i Saszę poznała kilka dni po przyjeździe. Tak właściwie to nikogo tu nie miała. Chłopaka w Brazylii, rodzinę w Opolu. Tak właściwie to najlepiej dogadywała się z dziewczynami.

Esemesy

26 sierpnia 2011 r. Lesia dostała dwa esemesy. Pierwszy z zaproszeniem do Kancelarii Prezydenta na uroczystość podpisania ustawy abolicyjnej. Drugi od mamy: Dziś o 13 żegnamy ciocię. Kilkanaście dni wcześniej rozmawiały. Ciocia mówiła wtedy: Ja już tak na ciebie czekam, tak czekam, że nie masz pojęcia.

Telefony

Od 26 sierpnia do 1 stycznia 2012 r. Lesia skreślała dni w kalendarzu. 2 stycznia mogła pójść i złożyć swój wniosek. Zaczęła też odbierać telefony. Jednej nocy dzwoniła znajoma. Miesiąc tu była, pracowała u rodziny, pięć razy dziennie gotowała, ale nikt tego nie jadł. Nad ranem wyszła z domu, pojechała na dworzec i wróciła do siebie. Odezwała się też koleżanka, z którą nie widziały się od matury. Chciałaby przyjechać. Może coś by się znalazło? A niedawno w sklepie spotkała dziewczynę. Przyjechała jako opiekunka do starszej osoby. Pierwszy raz. Taki dziwny wyraz twarzy miała. Opowiadała, że prawie nie może wychodzić. Lesi przypomniała się piwnica.

Ostatnio dzwonią do niej też w sprawie abolicji. Pani Halina, że już oddała paszport do ambasady i chce się umówić na wypełnianie wniosku. Albo ktoś inny: Czy to prawda? A jak nie dadzą? Lesia wtedy się wkurza: Mieszkacie w kraju demokratycznym, nie za Stalina. Jeżeli jest przepis i się załapujesz, to dostaniesz zgodę.

Stowarzyszenie

W listopadzie 2011 r. w ramach polskiej prezydencji odbyła się w Warszawie konferencja o prawach nielegalnych imigrantów. W panelu zasiedli: szef Frontexu, agencji zarządzającej zewnętrznymi granicami Unii Europejskiej, zastępca podsekretarza stanu z Ministerstwa Sprawiedliwości Danii, przedstawiciel Rady Europy i Sasza z Komitetu Imigranci na rzecz Abolicji.

Asia nie mogła się napatrzeć. Zapytała: Dziewczyny, a może założymy stowarzyszenie? Nie tylko dla Ukraińców, dla Białorusinów, Gruzinów. Dla tych, którzy już tu są, i tych, co dopiero przyjadą. Polacy też będą mogli się dołączyć. Lesia się zgodziła. Ma teraz poczucie obowiązku. I niedosytu. Niedosyt ciągle czuje. Chciałaby organizować zbiórki krwi. Albo pomagać nowym imigrantom w znajdowaniu mieszkań. Albo sprowadzić do Polski dziecięcy zespół tańca z Ukrainy. A może po prostu tej babci z Jana Pawła jej brakuje, bo tak naprawdę nigdy nie miała swojej? Może tego, żeby być komuś potrzebna?

Sasza ciągle wspomina jabłka i prześcieradła pod Sejmem. Też się zgodziła. Bo jakoś coraz mniej jest teraz tych aktywistów, tych z Komsomołu alpinistów, śmieje się. 1 marca 2012 r. złożyły papiery w sądzie rejestrowym. Znów wspólnie wybierały nazwę: stowarzyszenie Solidarni z Migrantami.

Sukienka

Lesia szyje sobie sukienkę. Taką przed kolano. Ale nie za krótką, bo ma żylaki. Ostatnia, którą założyła, to była ta 25 lat temu, ślubna. Teraz jest już legalnie. Zakładają stowarzyszenie. Będzie potrzebować na specjalne okazje.

 

Polityka 15.2012 (2854) z dnia 11.04.2012; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Druga sukienka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną