Ukrainki z abolicji

Druga sukienka
Sasza myślała, żeby może napisać jakiś apel. A Lesia, żeby móc spokojnie pojechać do domu i potem wrócić. Nazbierało się ich w Polsce przez te nielegalne lata, nazwali się: Komitet Imigranci na rzecz Abolicji. I ją wywalczyli.
Od lewej: Sasza i Asia przed Mazowieckim Urzędem Wojewódzkim w Warszawie.
Tadeusz Późniak/Polityka

Od lewej: Sasza i Asia przed Mazowieckim Urzędem Wojewódzkim w Warszawie.

Na Wielkanoc Lesia pojedzie do domu na Ukrainę. Do Przemyśla sześć godzin pociągiem i potem dwie autobusem, do Bonewyczi, do mamy. Zobaczy dworek na wzgórzu, gdzie kiedyś pewien Polak mieszkał, a z sadu w dzieciństwie kradło się jabłka. I nową cerkiew zobaczy. Gdy siedem lat temu wyjeżdżała, to jeszcze nie zaczęli jej budować, a teraz już stoi. Kupi dużo róż i zaniesie do tej cerkwi. Posiedzi w ciszy, pomyśli, popłacze. Wreszcie nikt nie będzie widział.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną