Wywiad z Piotrem Bałtroczykiem

Tułacz na Tuławkach
Rozmowa z Piotrem Bałtroczykiem, dziennikarzem, artystą kabaretowym, konferansjerem, producentem żywności i melancholikiem, o różnicy między sposobem a sensem istnienia.
Piotr Bałtroczyk: Nie mam ambicji, żeby być twarzą telefonii komórkowej czy banku. Środek na kaca na razie mi wystarcza.
Leszek Zych/Polityka

Piotr Bałtroczyk: Nie mam ambicji, żeby być twarzą telefonii komórkowej czy banku. Środek na kaca na razie mi wystarcza.

Myślę, że gdybym przy tych moich wszystkich neurozach, depresjach wielokrotnych i nieradzeniu sobie absolutnym, przy tym tułaczym zawodzie, jaki wykonuję, nie miał tego odejścia do Tuławek, tobym odjechał - przyznaje Piotr Bałtroczyk.
Leszek Zych/Polityka

Myślę, że gdybym przy tych moich wszystkich neurozach, depresjach wielokrotnych i nieradzeniu sobie absolutnym, przy tym tułaczym zawodzie, jaki wykonuję, nie miał tego odejścia do Tuławek, tobym odjechał - przyznaje Piotr Bałtroczyk.

Piotr Bałtroczyk - poeta, satyryk, konferansjer, piosenkarz i prezenter telewizyjny; z wykształcenia politolog.
Leszek Zych/Polityka

Piotr Bałtroczyk - poeta, satyryk, konferansjer, piosenkarz i prezenter telewizyjny; z wykształcenia politolog.

Piotr Bałtroczyk: – Nie będzie mnie pan pytał, co śmieszy artystę kabaretowego i co śmieszy Polaków?

Piotr Pytlakowski: – Nie będę. Życie lokalne mnie interesuje. Jest pan lokalnym patriotą?
Olsztyn leży mi na sercu, więc chyba jestem. Tu się urodziłem. Każdy z nas ma takie miejsce, które jest jego korzeniem, z którego wypływa potem jakaś siła. Ten Olsztyn w latach 60., kiedy tutaj dorastałem, był jeszcze zupełnie małym miasteczkiem, bez jakichś ambicji metropolitalnych, pełen kocich łbów, a tu, gdzie w tej chwili siedzimy (olsztyńska Starówka, kawiarnia Staromiejska), był takim miejscem magicznym. Ja się wychowałem w miejskim lesie, w domu, który był zbudowany dla pracowników leśnictwa olsztyńskiego przed wojną, w 1928 r., a mój pokój, gdzie mieszkałem przez całe lata, to podobno był areszt dla kłusowników, jeszcze kraty w oknach były. Wielu przyjaciół, mnóstwo fajnych ludzi, którzy potem też porobili jakieś fajne intelektualne kariery. Stąd chyba ważność tego miasta.

Podoba mi się ta figura, że dom niemieckich leśników był pańskim heimatem. Zburzono go pod wielkie bloki?
Ten dom nadal stoi, przy ulicy Radiowej obecnie, kiedyś Lumumby, a jeszcze wcześniej Działdowskiej. Mieszka tam moja siostra. Nie wiem, jak się nazywała Radiowa przed wojną. To była boczna uliczka od Guttstadter Strasse, czyli Dobromiejskiej. Wtedy Olsztyn był niedużym miastem, głównie garnizonowym, bo na 40 tys. mieszkańców ok. 20 tys. to było wojsko.

Młody człowiek mieszkający w celi dla kłusowników to trochę mroczne wspomnienie.
Ta krata w oknie mnie nie dołowała. Ja byłem ukształtowany przez wzory posthipisowskie. W Olsztynie działała wtedy Interdyscyplinarna Placówka Badawczo-Twórcza Pracownia, tak to się nazywało. Ludzie, którzy potem stworzyli teatr Węgajty, stowarzyszenie Tratwa – oni bardzo mnie wychowali, w takim sensie mentalnym. Zresztą mój syn też jest teraz lewakiem.

Był pan lewakiem tylko lokalnym czy w szerszej perspektywie?
W szerszej już nie. Pojechałem do Warszawy na uniwerek, studiowałem nauki polityczne. Pracę magisterską napisałem o niemieckim pisarzu. Nazywał się Ernst Wiechert. Nawet w Niemczech o nim zapomniano, a ja pamiętałem.

Dlaczego o nim?
Bo urodził się i trochę mieszkał pod Mrągowem, w leśniczówce Piersławek. Uważam, że to genialny pisarz. Sięgnąłem po niego w stanie wojennym, kiedy nas wyrzucili z akademika. Przyjechałem do Olsztyna, wziąłem jego książkę z półki i zacząłem czytać. Z jednej strony stan wojenny, czołgi, godzina milicyjna, jedyna możliwość wyjścia to była noc wigilijna w Olsztynie, bo na pasterkę zakaz uchylono, a z drugiej ten Wiechert i jego „Dzieci Jerominów”. To jest książka, która dzieje się poza czasem, poza rzeczywistością, opis wspólnoty niemalże archetypicznej. Wiechert mnie strasznie wciągnął. Miałem zresztą z tego robić doktorat.

Doktoratu pan nie ma. Zamiast nauką, zajął się pan estradą.
Nie tak od razu. Przez kilka lat byłem pracownikiem naukowym, ale przede wszystkim młodym i gniewnym poetą. Wydałem tomik wierszy. Potem przez lata całe, kiedy pisałem te wierszyki, to jakoś nie honor było zajmować się takimi niepoważnymi działaniami jak estrada i jednocześnie się z tym utożsamiać, kiedy sensy są gdzie indziej, wydaje mi się. Estrada to jest po prostu sposób istnienia, natomiast sens jest gdzie indziej.

Gdzie?
Sens jest tu. Sens jest w czytaniu, w miłości, jakiejś wytrwałości, pokonywaniu przeszkód, w tym, żeby godnie żyć. A jak jeszcze zacząłem się psuć zdrowotnie, to też jakby doszły kolejne etapy tego sensu, żeby sobie nie zatruć tych lat. Mam straszne poczucie przemijania.

Wierszy już pan nie pisze?
Żałuję, że nie piszę, bo to było takim nieustannym imperatywem, który teraz zanikł. Dalej potrafię to robić, ale nie ma we mnie takiej wewnętrznej potrzeby. Kilka dni temu usiadłem i na chłodno napisałem taki wierszyk, jak zawsze o przemijaniu, ale nie ma w tym pasji, jaka była kiedyś. Pierwszy wiersz o starości napisałem, gdy miałem chyba 16 lat.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną