Społeczeństwo

Naturalne, czyli jakie?

Prawo naturalne - czym ono jest?

Tryptyk Hieronima Bosha „Ogród rozkoszy ziemskich”, 1480-90 r. Tryptyk Hieronima Bosha „Ogród rozkoszy ziemskich”, 1480-90 r. Corbis
W dyskusjach ideowych na temat in vitro, antykoncepcji, aborcji czy związków partnerskich prawica i hierarchia kościelna często odwołują się do prawa naturalnego. Problem w tym, że nie bardzo wiadomo, co to jest.
Ilustracja Gustawa Dora „Mojżesz rozbija tablice z przykazaniami”, 1866 r.Chris Hellier/Corbis Ilustracja Gustawa Dora „Mojżesz rozbija tablice z przykazaniami”, 1866 r.

Kardynał Stanisław Dziwisz żąda, by prawo stanowione przez Sejm było zgodne z prawem naturalnym. Papież Benedykt XVI proponuje, by było ono płaszczyzną dialogu ze świeckim społeczeństwem obywatelskim. Brzmi dobrze: prawo naturalne, a więc oczywiste, niekwestionowalne, jakoś powszechne. W każdym razie bez religijnej domieszki. Tylko co to dokładnie znaczy? Takie jak w przyrodzie?

Aborcję zna natura bardzo dobrze. Dokonuje jej tysiącami, także z przyczyn społecznych (są gatunki, które ronią podczas stresu spowodowanego przegęszczeniem). Podobnie homoseksualizm, obserwowany u wielu gatunków zwierząt i we wszystkich niemal znanych kulturach. Antykoncepcja? Pigułka w naturze nie występuje, ale transplantacje także nie, a przecież nie słyszymy, żeby były niezgodne z prawem naturalnym. Powiedzmy więc sobie od razu: nie o naturę w biologicznym znaczeniu tu chodzi, ale o pewien filozoficzno-kulturowy konstrukt.

Prawo natury biblijnej

Autor książki „Klasycy praw natury” Roman Tokarczyk pisze, że jest to termin wyjątkowo wieloznaczny. Każdy niemal myśliciel, który się nim zajmował, nadawał mu własne znaczenie. Najogólniej mówiąc, ma ono łączyć wszystkich ludzi, bez względu na różnice kulturowe czy religijne. Nie zmienia się pod wpływem przemian historycznych. Nie można go człowiekowi odebrać, bo wynika z jego natury. Dla jednych filozofów starożytnych tą naturą była równość wszystkich ludzi. Przeciwstawiali ją prawu stanowionemu, które wprowadza różnice między nimi. Ale inni już widzieli w prawie naturalnym źródło nierówności, bo rozumieli je jako oparte na instynkcie panowanie silnych nad słabymi. Dla Arystotelesa treścią prawa natury były wspólne wszystkim ludziom oceny tego, co dobre, a co złe. Przy czym nie przeszkadzało mu to aprobować niewolnictwa jako naturalnego panowania obdarzonych większym rozumem (Greków) nad stojącymi niżej (barbarzyńcy).

Filozofia naszej ery przejęła z prawa naturalnego przede wszystkim złotą regułę, czyli nakaz, by człowiek wobec innych zachowywał się tak, jak chciałby, by postępowano wobec niego. W nurcie świeckiej filozofii – mówiąc skrótem – ta idea ewoluowała w prawa człowieka. W filozofii chrześcijańskiej utożsamiono ją z wezwaniem: miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Przynajmniej na początku.

Św. Paweł twierdził, że natura wypisała prawa w sercu człowieka mocą Boga. Mogą je poznać wszyscy, także poganie, bo źródłem poznania jest sumienie. Św. Tomasz, który do dziś pozostaje najwyższym autorytetem w Kościele katolickim, też formułuje zasadę ogólną: dobro należy czynić, a zła unikać. Odróżnić je pozwala ludzki rozum. W ramach prawa naturalnego mieści się Dekalog. Przy czym, jak pisze Tokarczyk, Tomasz popełnia pewien błąd logiczny. Uznaje system wartości chrześcijańskich za zgodny z naturą, aby z takiego pojęcia natury wyprowadzić system wartości chrześcijańskich. Granice między argumentami biblijnymi i argumentami z prawa naturalnego się zacierają. Można to zresztą obserwować i we współczesnych dyskusjach. A powoływanie się na Pismo Święte w debatach etycznych może być niebezpieczne. Tam są naprawdę zapisane różne rzeczy. Na przykład żądanie kary śmierci za seks podczas menstruacji, czy wymóg, by ukamienować zaręczoną kobietę, która została zgwałcona w obrębie murów miejskich...

Poszukując konkretnych treści prawa naturalnego wskazuje Tomasz nakaz mówienia i poszukiwania prawdy, zwłaszcza prawdy o Bogu, zakaz samobójstwa i zabójstwa, nakaz małżeństwa i wychowania potomstwa. Przy czym zakazu zabójstwa nie traktował ze szczególnym rygoryzmem. Uznawał na przykład, że skoro kacerze uparcie zachowują niewiarę, to dla ochrony wiary przed zaraźliwym przykładem można ich skazać na śmierć. Podobnie argumentował Zakon Krzyżacki: prawo naturalne zakorzenione jest w Bogu, dlatego jeśli poganie oddają cześć swoim bożkom, to łamią prawo naturalne i należy ich zwalczać. W niewolnictwie też nie widział Tomasz problemu; to naturalny rezultat grzechu pierworodnego. Po prostu, niektórzy z powodu słabości rozumu przeznaczeni są do służenia innym jako obdarzone duszą narzędzia. Prawdę mówiąc, z małżeństwem również miał pewien kłopot. Bo skoro prawo naturalne wymaga założenia rodziny, to co z dziewictwem, co z celibatem? I tłumaczy, że dziewictwo stoi wyżej od małżeństwa, bo to dobro duchowe.

Właściwie to miał kłopot przede wszystkim z kobietami. Nie bardzo mógł zrozumieć, skąd się biorą. Jak z czegoś tak doskonałego jak męskie nasienie – a wierzono wówczas, że wystarczy ono do zapłodnienia – może powstać byt tak wadliwy jak kobieta. W końcu wytłumaczył to sobie wpływem południowych wiatrów, które niosąc deszcze, powodują rodzenie się dzieci o większej zawartości wody, a więc dziewczynek. Związek duchowy z kobietą jest niemożliwy. Do przyjaźni czy rozmowy lepiej nadaje się inny mężczyzna. Jak zachwalają autorzy „Młota na czarownice”, Tomasz był tak nieskazitelnie czysty, że bez przymusu nawet nie mógł rozmawiać z kobietami. W końcu uznał, że kobieta potrzebna jest do rozrodu i pomocy w gospodarstwie domowym. Przy czym, ze swej natury, ma trwać w stanie podporządkowania wobec męża. Małżeństwo jest sakramentem, ale poślednim, bo zawiera minimum duchowości.

Śladem słonia

W historii Kościoła katolickiego używanie argumentacji z prawa naturalnego dotyczyło wielu różnych dziedzin. Gdy w 1905 r. Francja wprowadziła rozdział Kościoła od państwa, Pius X grzmiał: „mocą wzniosłej pełni władzy, przekazanej nam przez Boga, potępiamy i odrzucamy ustawę (...) albowiem traktuje ona Boga w najgłębszej swej istocie pogardliwie i odrzuca go całkiem publicznie, ustalając, że Republika nie uznaje żadnej określonej formy nabożeństwa, gdyż narusza to prawo natury, prawo międzynarodowe i powszechne zaufanie do umów”. Wcześniej Grzegorz XVI potępiał wolność sumienia jako obłęd, a Leon XIII twierdził, że nigdy nie wolno domagać się wolności myśli, wolności prasy ani też wolności religii „jak gdyby wszystko to były prawa dane człowiekowi z natury”. Ten sam papież w encyklice zwanej „robotniczą”, będącej odpowiedzią na rozprzestrzeniający się ruch socjalistyczny, zadekretował, że własność prywatna jest prawem natury. Choć wieki wcześniej Jan Chryzostom uznawał, że taki charakter ma wspólnota dóbr. Wielu teologów optowało za utrzymaniem kary śmierci, jako zgodnej z prawem naturalnym, do czasu gdy Jan Paweł II nie rozstrzygnął tego sporu.

Współcześnie argument prawa naturalnego używany jest przede wszystkim w debatach dotyczących seksualności. Ale i tu ma wielowiekową tradycję. Kościół katolicki, powołując się na prawo naturalne, głosi świętość rodziny i twierdzi, że małżeństwo jako instytucja zawsze pozostawało czymś niezmiennym. To nie do końca prawda. I nie chodzi nawet o to, że w Starym Testamencie monogamia nie jest niczym oczywistym. Nie była oczywista także dla św. Augustyna, innego klasyka prawa naturalnego w tradycji katolickiej. „Pochwalam raczej wykorzystywanie płodności wielu kobiet dla niesamolubnego celu, niż ciała jednej ze względu na nią tylko. (...) W drugim (przypadku) chodzi jedynie o zaspokojenie lubieżności skierowanej na ziemską przyjemność”. Lubieżność to będzie słowo klucz przez całe wieki historii Kościoła.

 

Św. Paweł głosił, że najlepiej, aby człowiek trzymał się z dala od kobiet, ale skoro już nie może nad sobą zapanować, trudno, niech się żeni. „Małżeństwo nie jest zatem celem samym w sobie, tylko rozwiązaniem ostatecznym, praktycznym wybiegiem w celu uniknięcia cudzołóstwa” – komentuje Dag Oistein Endsjo, autor książki „Seks i religia”. Pożądliwość i rozkosz są czymś nienaturalnym, seks jest grzechem, wymaga zatem usprawiedliwienia – dziecka. Każdy, zgodny z naturą, akt ma mieć na celu prokreację. Dlatego współżycie starszych małżonków określano jako haniebne. „Kto zbyt namiętnie kocha żonę, narusza dobro małżeństwa i może być nazwany cudzołożnikiem” – przekonuje św. Tomasz i przywołuje przykład zwierząt, które spółkują tylko dla prokreacji. Ulubionym wzorem, który jako godny naśladowania przedstawiano małżonkom, był zapożyczony od Pliniusza słoń, który współżyje tylko co dwa lata, zawsze w ukryciu, a potem idzie oczyścić się w rzece.

Przy czym seks jest jednak niezbędny i Kościół zalecał żonom, by zawsze ulegały pragnieniom swych mężów, bo inaczej mogą ich wpędzić w nierząd lub cudzołóstwo. Można powiedzieć, że to naturalne prawo do gwałtu małżeńskiego. Bez względu na okoliczności. „Raczej żona musi się pogodzić, że zginie, niżby jej mąż miał zgrzeszyć” – zalecał arcybiskup Langton, XIII-wieczny prymas Anglii. Zdarzało się, że podobną uległość zalecano mężczyznom, ale raczej powinni „postami i rózgą poskromić tę bezczelność”. Akt seksualny jest dziś niezbędny do stwierdzenia ważności małżeństwa. Jeszcze niedawno zdarzały się przypadki, że ślubu kościelnego odmawiano niepełnosprawnym. Ale przez wieki trwał w Kościele spór między teorią konsensu (wystarczy wola małżonków) i teorią kopulacyjną. Zakończył się kompromisem. Zgodnie z prawem kanonicznym obowiązującym od 1983 r. małżeństwo nieskonsumowane jest ważne, ale dopiero po konsumpcji staje się nierozerwalne. Przy czym – w świetle prawa naturalnego – nie jest to takie proste. Stosunek z pigułką się liczy. Przerywany – nie, bo nasienie nie trafiło do pochwy. A z prezerwatywą? Tak motywowane wnioski o unieważnienie małżeństwa są przez Watykan odrzucane, bo nie ma całkowitej pewności, czy prezerwatywa była szczelna i jakaś kropelka się nie przedostała.

Drabina nierządu

„Wszystko to, co wykracza poza seksualne ramy narzucone przez dane wyznanie, zostaje uznane za coś sprzecznego z naturą” – pisze Dag Oistein Endsjo i dodaje – „Nic nie angażuje Kościoła tak mocno, jak sprawy życia płciowego innych ludzi”.

Uta Ranke Heineman, która jako pierwsza kobieta otrzymała profesurę i katedrę teologii katolickiej (której zresztą szybko ją pozbawiono), nazywa duchownych kontrolerami alkowy i policjantami pożycia. Faktycznie, od chwili, gdy Kościół uznał, że stosunek, który nie służy zapłodnieniu jest sprzeczny z naturą, wziął się żarliwie za dopracowanie szczegółów. Według św. Tomasza, także sposób spółkowania przepisany jest przez naturę. Tylko pozycja klasyczna, reszta jest contra naturam. Anonimowa Summa z XIII w. stwierdza, że przyzwolenie kobiety na odstępstwo od pozycji normalnej jest grzechem równie ciężkim jak morderstwo, a Bernard ze Sieny w XV w. przekonywał, że jest rzeczą występną, gdy mężczyzna obcuje z własną matką, ale rzeczą jeszcze gorszą, gdy obcuje z własną żoną w sposób przeciwny naturze.

Średniowieczne kodeksy skrupulatnie dzieliły części ciała na przyzwoite, mniej przyzwoite i całkiem nieprzyzwoite, przy czym nawet częścią przyzwoitą można było śmiertelnie zgrzeszyć. Wyznaczano dni, w które uprawianie seksu jest zakazane: podczas menstruacji, ciąży, karmienia piersią, podczas postu i świąt kościelnych, bywało, że także w środy, piątki, niedziele i sobotnią noc. Biskup Cezariusz z Arles w VI w. straszył, że tym, którzy nie potrafią we właściwym czasie powstrzymać się od współżycia, urodzą się dzieci trędowate, epileptyczne lub opętane przez diabła. Masturbacja, jako nienaturalna, jest oczywiście grzechem śmiertelnym. Jeszcze współcześnie ks. prof. Tadeusz Ślipko, autor książki „Granice życia”, argumentując przeciwko in vitro nadmienia, że dodatkowy cień na tę metodę rzuca „niezgodny z moralnym ładem sposób uzyskiwania męskiej spermy”. To i tak postęp w porównaniu ze św. Tomaszem, który był przekonany, że spermę masturbujących się mężczyzn kradną demony, by następnie zapłodnić nimi kobietę. Klasyfikował onanizm jako bardziej naturalny od seksu analnego czy oralnego, ale mniej naturalny od niewierności, gwałtu i kazirodztwa. Mnich Gracjan na podstawie pism św. Augustyna, wypowiadając się o przeciwnym naturze obcowaniu w małżeństwie, ustala „drabinę nierządu”. Stosunek przerywany, wszelkie formy antykoncepcji, seks analny i oralny są gorsze od cudzołóstwa. Ba, gorsze nawet od stosunku z własną matką, jeśli jest otwarty na prokreację.

Karl Deschner w książce „Krzyż pański z Kościołem” opisuje podręczniki teologii moralnej, w których roztrząsa się kwestię, czy użycie języka w pocałunku małżeńskim może być dozwolone, i formułuje instrukcje, na ile milimetrów może on wniknąć w jamę ustną współmałżonka, żeby nie było grzechu. Mistrzem detalu był Alfons Liguori, który w 1732 r. założył zakon redemptorystów, kanonizowany patron spowiedników i moralistów. Ustalał „najwłaściwszą pozycję przy wytrysku męskiego nasienia i jego przyjęcia przez srom niewieści”, roztrząsał nierząd ze zwłokami, zastanawiał się, czy jest grzechem śmiertelnym odmowa czwartego stosunku tej samej nocy. Teolodzy moralni mieli fantazję. Nie każdemu przyszłoby do głowy rozpatrywać stopień grzeszności wprowadzenia do pochwy dzioba kury lub kawałka chleba, aby nakłonić psa do lizania części sromowych.

Księgi pokutne ustalały czas kościelnej pokuty za poszczególne przestępstwa seksualne. Przy czym kary za seks analny, oralny czy stosunek przerywany bywały wyższe niż za umyślne zabójstwo. Nasienie ma trafić do pochwy.

Próg moralnie właściwy

W tym kontekście nienaturalność aborcji i antykoncepcji jest rzeczą oczywistą. Przy czym jeśli chodzi o aborcję, stanowisko Kościoła nie zawsze było tak rygorystyczne jak dziś. Nie uznawano jej za zabójstwo, dopóki embrion nie został ożywiony duszą, a więc – jak wierzono w czasach św. Tomasza – do 40 dnia w przypadku płodów męskich i 80 dni w przypadku płodów żeńskich. A ponieważ płci płodu nie dało się odróżnić, mogło to oznaczać niekaralność usunięcia ciąży do 80 dnia. Dopiero pod koniec XIX w. Kościół definitywnie uznał, że płód otrzymuje duszę w momencie poczęcia i zakazał aborcji nawet w sytuacji zagrożenia życia matki.

Zapobieganie ciąży od początku zrównano z morderstwem, choć Chryzostom, ojciec Kościoła, uznawał je nawet za gorsze od morderstwa. Szczególne oburzenie budziły prezerwatywy, bo nie dość, że ułatwiają bezkarną rozpustę, to jeszcze – jak głosi papieskie brewe z 1826 r. – „utrudniają działanie Opatrzności, która zamierzyła karać stworzenia na tych członkach, którymi zgrzeszyły”. Chodziło o to, że mogą chronić przed syfilisem. Tak jak dzisiaj przed wirusem HIV.

Kościół długo był nieugięty. „Żadna przyczyna, nawet najpoważniejsza, nie usprawiedliwia zapobiegania ciąży” – głosi Pius XI w encyklice Casti Connubi z 1930 r. i nazywa antykoncepcję „zbrodniczą wolnością”. Chociaż w stosunku Watykanu do małżeńskiego seksu nastąpiła pewna korekta. W adhortacji Familiaris Consortio Jan Paweł II akceptuje fakt, że małżonkowie mogą pożądać rozkoszy seksualnej. Przestała być uznawana za grzech, ale stosunek, który ma na celu jedynie rozkosz – nadal tak. Wolno już nie myśleć o poczęciu, ale nie wolno go wykluczać.

Jeśli chodzi o antykoncepcję, do hierarchów Kościoła nie trafiały żadne argumenty: bieda, głód, zagrożenie życia kobiety – trudno, „umrze w pobożności”. „Żadna bieda nie może być tak przygniatająca, żadna korzyść tak wielka, żadna żądza tak dojmująca, by mogła usprawiedliwić tego rodzaju postępowanie przeciw naturalnemu, boskiemu prawu moralnemu” – głosili biskupi niemieccy w przedeniu I wojny światowej. Dopiero Pius XII wyraził zgodę na stosowanie metod naturalnych, uznając je za moralnie usprawiedliwione, o ile „istnieją poważne wskazania”. Wielu duchownych porównywało te metody do onanizmu i ostrzegało, że będą skutkować szerzeniem się egoizmu i ochłodzeniem miłości małżeńskiej. Jan Paweł II stwierdził, że przeciwnie – służą ociepleniu, przy czym zalecił, by ich nie nadużywać. Bo małżonkowie z „nierzetelnych powodów” mogliby zacząć utrzymywać liczbę dzieci „poniżej progu moralnie właściwego dla danej rodziny”. Wierni mogą mieć kłopot z połapaniem się w tej moralnej akrobatyce, ale to i tak rewolucja w prawie naturalnym. Św. Augustyn prototyp współczesnej metody kalendarzykowej nazywał bezpardonowo „nierządem w małżeństwie”.

Wytrych

„O tym, co jest naturalne, decyduje w teologii stara tradycja, a tradycji tej strzegą pieczołowicie starzy, dalecy od spraw małżeństwa mężczyźni” – pisała Uta Ranke-Heinemann. Problem w tym, że nie chcą poprzestać na pouczaniu wiernych, ale dążą do tego, by poprzez prawo stanowione mieć wpływ na życie całego społeczeństwa. Religia reguluje wiele obszarów życia codziennego: co i kiedy jeść, jak się ubierać, jak zachować w czasie nabożeństwa. Przy czym, jak zauważa Dag Oistein Endsjo, rzadko się zdarza, by ktoś został skazany za naruszenie tych zasad, ale wielu ludzi straciło życie w wyniku zachowań seksualnych, niezgodnych z przekonaniami współwyznawców.

W tym obszarze pokusa kierowania życiem innych jest szczególnie silna. Od czasu, gdy w IV w n.e. chrześcijaństwo stało się religią państwową, Kościół mógł wpływać na treść prawa stanowionego. Już Konstantyn zabronił wszystkich stosunków poza waginalnymi. Zrównał cudzołóstwo z zabójstwem. Karano je zaszyciem w worku razem z wężem, małpą, kogutem i psem, a następnie zatopieniem w morzu. Zamierzchła przeszłość? Oczywiście, ale jeszcze w połowie ubiegłego wieku we Włoszech za zdradę można było trafić na rok do więzienia. Jeśli się było żoną, bo wedle teologii moralnej, cudzołóstwo kobiety waży więcej. Śmiercią karano za stosunek podczas menstruacji, spędzanie płodu czy podawanie napojów sterylizujących. Według wielu badaczy był to jeden z głównych motywów polowania na czarownice. Jeśli chodzi o homoseksualizm, religijny zakaz także był egzekwowany z całą stanowczością i okrucieństwem: tortury, kastracja, stosy, zakopywanie żywcem, wieszanie głową w dół. To były kary dla przyłapanych na grzechu sodomii. Ostatni wyrok wykonano w 1863 r. Gdy potem w koloniach angielskich karę zmieniono na chłostę, więzienie lub prace przymusowe, wielu duchownych protestowało, bo bezbożność należy karać śmiercią. W krajach europejskich Kościół protestował przeciwko zniesieniu nielegalności stosunków homoseksualnych. W krajach afrykańskich robi to do dziś. Z dużą determinacją próbował też torpedować prawną dopuszczalność rozwodów.

W zlaicyzowanych społeczeństwach argumenty religijnej natury przestają być skuteczne. Między innymi dlatego Kościół częściej sięga po bardziej uniwersalne narzędzie w postaci prawa naturalnego. Z całą szczerością opisuje to diakon Franciszek Girjatowicz na stronie katolik.pl: „W trakcie polemik wierzący często powołują się na Biblię jako kryterium dobra i zła moralnego. Są to argumenty dla wierzących, ale nie dla tych, co nie wierzą lub utracili wiarę. Dla takich ludzi tylko argumenty płynące z prawa naturalnego mogą być przekonujące. Prawo natury ze względu na to, że wszyscy mamy tę samą naturę, jest wspólne dla wszystkich ludzi, wierzących i niewierzących”. Czy aby na pewno? Większość ludzi pewnie byłaby skłonna zaakceptować złotą regułę. Ale jeśli chodzi o sferę związaną z seksualnością różnorodność postaw w wielu kulturach i społecznościach pokazuje, że nie ma tu żadnego ostatecznego, naturalnego wzorca. Nawet historia Kościoła wskazywałaby, że zwrot „prawo naturalne” należy odczytywać po prostu jako „aktualne stanowisko Watykanu”.

Trudno o bardziej niejednoznaczne i nadużywane pojęcie. Jeszcze nie tak dawno argumentu prawa naturalnego używano przeciwko zniesieniu zakazu małżeństw między czarnymi i białymi. Ostatnio zaś ojciec Tadeusz Rydzyk grzmiał, że wyrok skazujący go na karę grzywny za nielegalną zbiórkę pieniędzy jest niezgodny z prawem naturalnym.

Polityka 22.2012 (2860) z dnia 30.05.2012; Kraj; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Naturalne, czyli jakie?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Dlaczego Donald Trump nie zatańczy na TikToku?

Gdy jedni prezydenci pokazują się na TikToku, inni próbują go zbanować. Popularna wśród młodzieży – i nie tylko – aplikacja już została usunięta z Indii. Następne będą USA?

Michał R. Wiśniewski
12.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną