Nauka jazdy statkiem morskim

Wielkie manewry w małej skali
Katastrofy morskie w skali 1:24 uczą nie gorzej niż prawdziwe. Tylko ofiar jest mniej. Dlatego warto odbyć tę naukę na błędach tutaj, na jeziorze Slim na Mazurach.
Na placu manewrowym na jeziorze Slim nie ma łatwych odcinków.
Jacek Marczewski/Polityka

Na placu manewrowym na jeziorze Slim nie ma łatwych odcinków.

Wejście w kopię śluzy w Antwerpii jest równie trudne jak w rzeczywistości.
Jacek Marczewski/Polityka

Wejście w kopię śluzy w Antwerpii jest równie trudne jak w rzeczywistości.

Jarosław Kukiełko (w kabinie) w ośrodku szkolił się, by móc wprowadzać do Portu Gdańskiego statki o długości powyżej 200 m.
Jacek Marczewski/Polityka

Jarosław Kukiełko (w kabinie) w ośrodku szkolił się, by móc wprowadzać do Portu Gdańskiego statki o długości powyżej 200 m.

„Blue Lady”, pieszczotliwie zwana przez kursantów krową, do portu wchodzi dobre 20 minut. A ponieważ jest w skali 1:24, w realu trwałoby to jakieś dwie godziny. I czasami tyle właśnie trwa. „Blue Lady” uczy cierpliwości. A tych, którym jej zabraknie, uczy jeszcze pokory. W rzeczywistości statek ma ponad 300 m i jak zgodnie twierdzą osoby, które na podobnych pływały manewrowość trochę lepszą niż góra lodowa. Dopóki płynie po oceanie, problemu nie stanowi nawet jego 10-kilometrowy tor zatrzymania. Ale w czasie wchodzenia do portu zaczynają się schody. Bo to trochę tak, jakby kazali ci wpłynąć do portu wieżowcem Empire State Building i jeszcze zgrabnie zaparkować na wstecznym.

Tego właśnie uczą na małym jeziorze pod Iławą. I sądząc po zainteresowaniu kapitanów z całego świata, jest się czego uczyć.

Zapomniana manewrowość

– Można przyjąć roboczą hipotezę, że nasz sukces zawdzięczamy chciwości – mówi Jacek Nowicki, dyrektor Fundacji Bezpieczeństwa Żeglugi i Ochrony Środowiska. Ale nie chodzi o chciwość osobistą, ale tę uniwersalną, międzynarodową, która na początku lat 70. XX w. rozpętała oceaniczny wyścig zbrojeń. – Budowano statki coraz większe i stawiano im coraz trudniejsze zadania. Zapomniano tylko o takim drobiazgu, jakim jest manewrowość – tłumaczy Nowicki. Szukając analogii, wskazuje na próbę sprzedawania superszybkiego samochodu bez wspomagania sprzęgła, hamulców, kierownicy i ABS. Do tych superwielkich i supertrudnych statków wstawiano średnio przygotowanych kapitanów, bo technika zmieniała się dużo szybciej niż ludzka mentalność. W branży w tym momencie mówią: A pamiętasz „Torrey Canyon”?

Poza branżą katastrofa sprzed 45 lat to już prehistoria. Przykryta zresztą przez dziesiątki podobnych (np. „Exxon Valdez” u wybrzeży Alaski w 1989 r.). Mało kto już pamięta, jak w 1967 r. cała Europa zastanawiała się, co zrobić z gigantycznym tankowcem, z którego ropa wyciekała dziesiątkami tysięcy ton. Sytuację rozwiązano na miarę możliwości i wyobraźni ludzi z tamtych czasów. Na statek, którego nie dało się ściągnąć z podwodnych skał Seven Stones, między wyspami Scilly a wybrzeżem Kornwalii, zrzucono 42 bomby z napalmem. A ropę, której nie udało się spalić, usuwano tak toksycznymi środkami, że zabiły więcej zwierząt niż sam wyciek. Wszystko dlatego, że włoski kapitan chciał skrócić sobie drogę do portu. A przy małej manewrowości statku zadanie go przerosło.

Dlatego Francuzi otworzyli pierwszą szkołę manewrowania statkami. W rok po katastrofie „Torrey Canyon” na jezioro pod Grenoble wypłynęły pierwsze miniaturki tankowców i masowców. Kapitanów wielkich statków wsadzono na kopie jednostek pływających, wykonane w skali 1:25, żeby na katastrofach w podobnej skali uczyli się, jak sterować statkiem, który zaczyna reagować dopiero, kiedy już tracisz nadzieję, że kiedykolwiek wykona zadany mu manewr.

W latach 70. Polska również miała rozbudowane ambicje. Po zakupie pierwszych 100-tysięczników, kapitanów wysłano pod Grenoble, żeby nauczyli się pływać na polskich jak je nazywano titanikach (były o kilka metrów dłuższe od feralnego liniowca). – Bardzo się wszystkim tam podobało. A jeszcze bardziej spodobała się myśl, że taki ośrodek możemy sami sobie zrobić. Na dewizach się oszczędzi. A może nawet jakieś zarobi – wspomina Jacek Nowicki.

Slim jak ocean

W 1980 r. na bazie ośrodka badawczego Politechniki Gdańskiej zaczęto tworzyć polską szkołę manewrowania. Zaplecze ośrodka stanowiła kadra naukowa z PG i Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni. Była kadra, była wiedza. Zaczęto budować pierwszy model. Wybrano zbiornikowiec „Zawrat”, najdłuższy statek, jaki pływał pod polską banderą (293 m). Naukowcy siedzieli nad deskami kreślarskimi i głowili się, jak zmniejszyć supertankowiec do wymiarów i warunków jeziora.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną