Społeczeństwo

Hamburgery narodowe

Wątpliwa estetyka sztuki narodowo-religijnej

„Smoleńsk” Zbigniewa Dowgiałły, ongiś naprawdę dobrze zapowiadającego się artysty z nurtu Neue Wilde. „Smoleńsk” Zbigniewa Dowgiałły, ongiś naprawdę dobrze zapowiadającego się artysty z nurtu Neue Wilde. Zbigniew Dowgiałło / materiały prasowe
Dlaczego sztuka narodowo-religijna tak głęboko nurza się w kiczu, banale, przewidywalności? Czy ideologiczna żarliwość odbiera artyście zdolności twórcze?
Na wystawie „Nowa sztuka narodowa” dominują artystyczne hamburgery: emocjonalnie pożywne, składnikowo nieskomplikowane, intelektualnie ciężkostrawne.Bogusław Zen i Małgorzata Koronkiewicz/materiały prasowe Na wystawie „Nowa sztuka narodowa” dominują artystyczne hamburgery: emocjonalnie pożywne, składnikowo nieskomplikowane, intelektualnie ciężkostrawne.
Zaskakująco interesujące są projekty graficzne okładek pisma „Fronda”.Jan Grzegorz Zieliński/materiały prasowe Zaskakująco interesujące są projekty graficzne okładek pisma „Fronda”.

Wiara i patriotyzm towarzyszyły sztuce przez stulecia. Dziś jako artystyczne tworzywo traktowane są na ogół z dystansem. Zaś „prawicowy artysta” brzmi równie dziwacznie jak uczciwy polityk czy szalony Szwajcar.

W oficjalnym obiegu współczesnej sztuki, gdzie tak bardzo dba się o polityczną poprawność i często dopomina o prawa gejów, emigrantów, kobiet czy bezdomnych, wytworzono równocześnie kilka, ściśle ze sobą powiązanych, obszarów wykluczenia i pilnie się przestrzega, by nie przekraczać ich granic. Te obszary to religijność, patriotyzm, budowanie narodowych więzi itp. Oczywiście, można do nich zaglądać, ale tylko w ściśle określonym celu, na przykład by skrytykować. Można spierać się z Bogiem, obnażać formy religijności, analizować osobowość prawicowo-autorytarną, dekonstruować wzorzec patrioty itd. Odbywały się nawet całe wystawy (np. „Irreligia”), które za cel stawiały sobie krytyczny ogląd owych wartości we współczesnym świecie.

Można też wybierać z bogatego zestawu symboli na zasadzie czysto estetycznej zabawy, manipulacji, gry pozbawionej jakichkolwiek emocji (także tych negatywnych). Tak jak to czynił od czasu do czasu Piotr Uklański z logo Solidarności, orłem, biało-czerwoną flagą czy wizerunkiem Jana Pawła II. I wreszcie można sobie „robić jaja”, a symbolem tego nurtu stał się rysownik Marek Raczkowski, wsadzający polskie flagi w psie kupy.

To właściwie nic nowego. Już w drugiej połowie XIX w. sojusz sztuki i narodowo-religijnych wartości zaczął się u nas kruszyć. Wprawdzie nadal wielu artystów – szczególnie w zniewolonej Polsce – tworzyło prace zaangażowane, ale tylko nielicznym owo zestawienie dobrze wychodziło. Tak jak Jackowi Malczewskiemu, który na szczęście potrafił swój patriotyzm nasycić sporą dawką metafory i liryki. Na drugim końcu pomieścić wypada Wojciecha, a później Jerzego Kossaków z ich, ocierającą się o kicz, narodowowyzwoleńczą ułańską fanfaronadą. Ale też te wszystkie omdlewające lub z martwych powstające Polonie Jana Styki, Kaczora-Batowskiego, Wlastimila Hofmana i wielu innych. Skądinąd nawet tak utalentowanym malarzom jak Artur Grottger, Henryk Rodakowski czy nawet mistrz Matejko zdarzały się prawdziwe artystyczno-patriotyczne knoty. Tak, najwyraźniej patriotyzm kochał się w sztuce bez wzajemności.

Modernizm dopełnił dzieła zniszczenia. Na niemal cały XX w. wziął w nawias sztukę odwołującą się do tradycyjnych narodowych wartości, narzucił imperatyw, wedle którego patriotyzm jest kiepskim tematem, a jeszcze gorszym – świadectwo wiary lub przywiązanie do tradycyjnych wartości społecznych. Co jednak ciekawe, nawet upadek paradygmatu nowoczesności niewiele tu zmienił. Postmodernizm wprawdzie szerzej dopuścił do sztuki emocje i sięganie do przeszłych form, ale nadal bez tych spod hasła „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

 

Sztuka po traumie

Po 1945 r. mieliśmy praktycznie tylko jeden taki moment, gdy sztuka sięgnęła do tych tradycyjnych wartości masowo, w sposób pozbawiony dystansu i – co najciekawsze – z zaskakująco dobrymi rezultatami artystycznymi. To czas stanu wojennego. Powstało wówczas wiele prac, które z powodzeniem wytrzymały próbę czasu, by wspomnieć choćby instalacje Jerzego Kaliny i Krzysztofa M. Bednarskiego czy obrazy członków Gruppy, Leszka Sobockiego lub Łukasza Korolkiewicza.

Okazuje się, że zestawienie: głęboka trauma plus wyrazisty, wywodzący się z jądra ciemności wróg, zaprocentowało wartościową sztuką. A dziś, gdzie wypatrywać przeciwnika, który by motywował do patriotycznej sztuki? W liberalnym rządzie Tuska? W Brukseli? W nihilistycznych skeczach Palikota? W „Krytyce Politycznej”? Czy z takim horyzontem po drugiej stronie barykady ideowa twórczość jest w ogóle możliwa?

Oczywiście, był w ostatnich latach moment wielkiej narodowej traumy, który mógł stać się okazją do tworzenia sztuki pełnej prostych wartości, a przy tym wychodzącej poza standard kiczu. To tragedia smoleńska. Tak się jednak nie stało. Praktycznie wszyscy hołubieni przez oficjalny obieg sztuki artyści mainstreamowi zignorowali owo wydarzenie, nie mieli ochoty przekładać go na język sztuki. Zresztą Smoleńsk został bardzo szybko zawłaszczony przez skrajnie prawicowe środowiska i szansa, że stanie się tematem wartościowych twórczych działań, zmalała do zera.

Dziś hasło „Smoleńsk a sztuka” kojarzy się narodowi jedynie z dwoma pracami. O pierwszej – „Hołdzie smoleńskim”, kwintesencji kiczu niejakiego Stanisława Koziełły-Wolskiego (pseudonim?) – głośno było przed rokiem. Wokół drugiej hałas zrobił się całkiem niedawno. To „Smoleńsk” Zbigniewa Dowgiałły, ongiś naprawdę dobrze zapowiadającego się artysty z nurtu Neue Wilde.

Była też jedna próba przyjrzenia się tej tragedii przez pryzmat współczesnej polskiej sztuki, acz z prawicowych pozycji (wystawa „Thymos – sztuka gniewu”, Toruń 2011). Próba całkowicie nieudana, bo nadinterpretująca zebrane dzieła, co zresztą skończyło się skandalem, protestem części artystów, którzy z takim kontekstem nie chcieli mieć nic wspólnego i wycofywali prace z ekspozycji.

Drugi drugi obieg

Dlatego sporą sensację wywołała ostatnio wystawa „Nowa sztuka narodowa”, zorganizowana w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Jej kuratorzy nie próbowali nawet poszukiwać narodowo-katolickich wątków w oficjalnym obiegu sztuki. Słusznie bowiem uznali, że niewiele tam znajdą. Skupili się więc na tym, co egzystuje poza muzeami i galeriami, czego nie dostrzegają krytycy sztuki i kuratorzy, o czym nie poczytamy sobie w uczonych esejach i książkach. Nazywają tę sztukę „drugoobiegową”, wywołując zaskakujące, ale i intrygujące skojarzenia z czasami stanu wojennego. Ta sztuka wcale nie ukrywa, że budowana jest w całości na bazie silnych emocji i patriotyczno-religijnych wartości.

 

Z socjologicznego punktu widzenia do tego pomysłu trudno się przyczepić, a logika pokazu jest wyrazista: jest to twórczość, z którą identyfikuje się niemała część narodu i w związku z tym powinna znaleźć się w kręgu obserwacji państwowej instytucji, zajmującej się sztuką za pieniądze podatników. Dodać trzeba – obserwacji obiektywnej, akceptującej, lecz niepozbawionej oceny czy nawet ironii.

W ten sposób, w dotychczas zwartym aksjologicznie oficjalnym obiegu sztuki w Polsce nastąpił przełom. I postawione zostało pytanie, nad którym już od dawna głowią się przedstawiciele, także finansowanych z publicznych pieniędzy, teatru czy filmu: czy za pieniądze podatnika powinniśmy wyłącznie kształtować jego gusty czy też mamy obowiązek wychodzić im naprzeciw? Pytanie o fundamentalnym znaczeniu.

Wszelako z artystycznego punktu widzenia wystawa ta nie powinna się znaleźć nawet w pobliżu Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zobaczyć na niej można przede wszystkim artystyczne hamburgery: emocjonalnie pożywne, składnikowo nieskomplikowane, intelektualnie ciężkostrawne. Swoją drogą to najciekawsze pytanie, do jakiego prowokuje ta wystawa: jak to się dzieje, że patriotyzm, wiara, narodowa solidarność i wspólnota stały się walorami, które trudno wyrazić językiem współczesnej sztuki? Tak czy inaczej, ze świecą szukać w Polsce (ale i na świecie) znanych twórców, którzy otwarcie deklarowaliby prawicowe poglądy. Natomiast do postaw lewicowych przyznaje się wielu i chętnie.

Dziewczynka z samolotem

Wyjątki od reguły zdarzają się rzadko. Na wystawie całkiem nieźle prezentuje się zwycięski minimalistyczny projekt pomnika pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej (Sołyga–Śmiechowski–Komorek), szczególnie w zestawieniu z innymi pracami konkursowymi, przepełnionymi tak bezbrzeżnie kiczem, że aż bolą zęby (mój faworyt to postać dziewczynki trzymającej w dłoniach przełamany samolot pary Zen–Koronkiewicz). Zadziwia dojrzałość i symbolika Grobu Pańskiego, przygotowanego przez parafian z Rumi. Zaskakująco interesujące są też projekty graficzne okładek pisma „Fronda” i „Pressje”. Gdyby ich autorzy koncypowali je, jak choćby Twożywo, z lewicowym wektorem, zapewne byliby już twórcami zauważonymi przez artystyczny mainstream.

W ogóle wystawa uświadamia, jak często ideologiczny kontekst decyduje o postrzeganiu dzieła. Ot, choćby szalik narzucony na świebodzińskiego Chrystusa jest tylko wygłupem kibiców Falubazu Zielona Góra. Ale gdyby narzucił go artysta – Althamer lub Żmijewski – stałby się natychmiast interesującym i wieloznacznym performansem. Gdyby obraz Dowgiałły nosił inny tytuł, zapewne mówiono by o „ciekawej, wywodzącej się z nurtu tzw. malarstwa dzikiego, grze z kalkami pop-kultury”.

Nowe malarstwo narodowe praktycznie nie jest w stanie (ale i nie chce) zaadaptować dla swych potrzeb języka współczesnej sztuki. Za to bezbłędnie wykorzystuje możliwości, jakie daje dzisiejsza kultura masowa. Kibicowska oprawa imprez sportowych, komiksy typu „Biały Orzeł”, gigantyczny Chrystus w Świebodzinie i „Patriota” w Stalowej Woli, łzawo-patriotyczne obrazki sprzedawane przez Internet, Groby Pańskie i stajenki w kościołach, dzikie graffiti, sacro polo, narodowe przyśpiewki itd. Po uznaną współczesną, posługującą się międzynarodowymi kodami sztukę trzeba wybrać się do pustawych galerii. By spotkać nową sztukę narodową, wystarczy rozejrzeć się dokoła.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Ukraińska kelnerka o swojej pracy w polskich hotelach

Kobiety traktują nas jak powietrze, mężczyźni często proponują nam seks, a dzieci uważają za służące, którym nie należy się szacunek – opowiada Ukrainka, która od czterech lat pracuje na polskim wybrzeżu.

Katarzyna Zdanowicz
17.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną