Społeczeństwo

Studiuj i rób, co chcesz

Studencie – po studiach pracy może nie być

70–80 proc. Polaków chce dla siebie lub swoich dzieci wyższego wykształcenia. Niektórymi kierują intelektualne i cywilizacyjne aspiracje, większością – wiara, że to się opłaca. 70–80 proc. Polaków chce dla siebie lub swoich dzieci wyższego wykształcenia. Niektórymi kierują intelektualne i cywilizacyjne aspiracje, większością – wiara, że to się opłaca. Tatiana Jachyra / Forum
Wybierasz studia z myślą o przyszłej pracy? Błąd. Ta strategia od lat jest nieskuteczna.
Około 2000 r. przestały rosnąć różnice wynagrodzeń między osobami po studiach i tymi z niższym wykształceniem. Dziś zarobki tych z dyplomami są wyższe już półtora, a nie dwa razy.Mirosław Gryń/Polityka Około 2000 r. przestały rosnąć różnice wynagrodzeń między osobami po studiach i tymi z niższym wykształceniem. Dziś zarobki tych z dyplomami są wyższe już półtora, a nie dwa razy.

Artykuł w wersji audio

Marta w 2009 r. zrobiła licencjat z niemieckiego w nauczycielskim kolegium językowym w Toruniu. Wybrała taki kierunek, ponieważ zdawało jej się, że dla nauczyciela zawsze będzie praca. Nie miała sprecyzowanych oczekiwań co do programu studiów. Po obronie pojechała do Anglii składać komputery.

Anna ze Skierniewic w 2010 r. skończyła zaoczne studia administracyjne na Uniwersytecie Łódzkim. Była przekonana, że urzędnicy dobrze zarabiają. Za naukę – 800 zł miesięcznie – płaciła mama. Anna dorabiała to tu, to tam. W jej okolicy szukali ludzi do skarbówki, ale tylko na zastępstwo.

Aneta obroniła się w 2011 r., po zaocznych studiach na Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Poszła na nie siłą rozpędu – wcześniej wybrała liceum ekonomiczne, ponieważ miała blisko. Na III roku zdecydowała się na specjalizację gospodarowanie kapitałem ludzkim i rynki globalne. Myślała, że skoro utworzono taką specjalizację, to jest zapotrzebowanie na takich specjalistów i gdzieś ją potem przyjmą do pracy. Przyjmowali tylko na staż w sekretariacie, płatny 400 zł miesięcznie. Studia kosztowały 1,9 tys. zł za semestr. Płaciła mama.

***

Jeśli jesteś tegorocznym maturzystą, zapewne wkrótce będziesz składać papiery na wybrany kierunek studiów. Może nawet już zalogowałeś się w internetowym systemie rekrutacji którejś z wyższych uczelni. Jeśli jesteś ojcem lub matką maturzysty, z pewnością także angażujesz się w ten wybór (według badań naukowców z UŁ aż 85 proc. rodziców podpowiada dzieciom, na jakie studia pójść). Ku przestrodze i refleksji polecamy więc następujące dane:

Studia - czy to się opłaca?

5 mln absolwentów opuściło polskie uczelnie od początku transformacji. 70–80 proc. Polaków chce dla siebie lub swoich dzieci wyższego wykształcenia. Niektórymi kierują intelektualne i cywilizacyjne aspiracje, większością – wiara, że to się opłaca. Rzeczywiście, na początku transformacji, gdy absolwentów było około 50 tys. rocznie, każdy z nich miał widoki na przyzwoity etat. Dziś, gdy uczelnie kończy co roku prawie pół miliona osób, bezrobocie wśród magistrów nadal jest mniejsze niż wśród gorzej wykształconych, już jednak nie dziesięć razy, lecz tylko dwa. I coraz szybciej rośnie. Według szacunków prof. Mieczysława Kabaja z Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej, około miliona młodych magistrów i licencjatów w ogóle nie odnalazło się na naszym rynku. Część z nich emigrowała, inni zarejestrowali się jako bezrobotni, jeszcze inni pracują jako telefoniści, recepcjonistki, ochroniarze.

Około 2000 r. przestały rosnąć różnice wynagrodzeń między osobami po studiach i tymi z niższym wykształceniem. Dziś zarobki tych z dyplomami są wyższe już półtora, a nie dwa razy. Zysk gospodarki z edukacyjnego boomu też okazuje się umiarkowany. Jak wynika z raportu Bilans Kapitału Ludzkiego, od dwóch lat przygotowywanego na UJ pod kierunkiem prof. Jarosława Górniaka, trzy czwarte pracodawców nie może się doszukać w morzu magistrów i licencjatów narybku, który nadawałby się do pracy.

Wysyp nauczycieli

1 mln magistrów z ostatnich 20 lat to absolwenci różnego rodzaju kierunków nauczycielskich. Z punktu widzenia młodego człowieka studia nauczycielskie wyglądają na pomysł idealny – dając dyplom, zaspokajają potrzebę prestiżu oraz zapewniają konkretny fach. Dziś w szkołach pracuje pół miliona nauczycieli (jeden na 11 uczniów, wśród krajów OECD mniej jest tylko na Islandii). Ale przeciętnie pedagog ma ponad 40 lat – czyli musiał kończyć studia kilkanaście lat temu. Młodsi w większości nie znaleźli więc miejsca w zawodzie. Jednocześnie ponad 90 proc. dyrektorów szkół i ośrodków wychowawczych szukających pracowników wyznało autorom wspomnianego Bilansu, że ma trudność ze znalezieniem pracowników. W 60 proc. przypadków dlatego, że kandydaci nie spełniają ich oczekiwań. Są mało komunikatywni i mało twórczy, niesamodzielni, niechlujni, a do tego kiepsko u nich z dyspozycyjnością.

Menadżer z poprzedniej epoki

700 tys. Polaków zrobiło dyplomy z zarządzania, 600 tys. z innych kierunków ekonomicznych. Zarządzanie, marketing, finanse; jak się wydawało, gospodarka rynkowa wchłonie każdą liczbę speców od mechaniki kapitalizmu. Gdy w 2000 r. działało 1,77 mln przedsiębiorstw, absolwentów studiów ekonomicznych i podobnych wciąż przybywało, po 100 tys. rocznie. Dziś w Polsce działa 1,67 mln firm, a specjalistów od zarządzania i finansów nadal przybywa. Według Bilansu, aż 60 proc. pracodawców uważa, że zgłaszający się kandydaci są za słabi, żeby dać im pracę. Przerasta ich takie zadanie jak ocena kondycji finansowej przedsiębiorstwa, nie znają przepisów podatkowych, prawa zamówień publicznych, zagadnień procesu rozliczania, a nawet narzędzi marketingowych. Monika Zakrzewska, ekspertka PKPP Lewiatan, podkreśla, że dzisiejsze firmy potrzebują menedżerów wychowanych inaczej niż kiedyś. – Umiejętność zarządzania, podobnie jak znajomość języków obcych, to obecnie nie zawód, a narzędzie. I pracownikom, i firmom, i gospodarce bardziej opłaca się ścieżka: chemik pracujący w firmie kosmetycznej robi studia podyplomowe z zarządzania i zostaje menedżerem, niż absolwent zarządzania przychodzi do firmy chemicznej i usiłuje kierować zespołem, o którego pracy nic nie wie. Zwłaszcza jeśli o zarządzaniu też wie mało.

Dyplom być musi - nieważne jaki

330 tys. osób ukończyło studia z administracji. To trzecia pod względem wielkości grupa absolwentów. Na początku transformacji wiadomo było, że z pewnością będą potrzebni – do instytucji tworzonych po zmianie ustroju, reformie samorządowej, integracji europejskiej. Urzędy centralne i samorządowe zatrudniają obecnie ponad 440 tys. pracowników. W ustawach zapisano, że ci na stanowiskach kierowniczych muszą mieć dyplomy. Prof. Patrycja Suwaj ze Stowarzyszenia Edukacji Administracji Publicznej ocenia, że studia są przydatne wszystkim urzędnikom, którzy wydają decyzje administracyjne (a uprawnionych do tego jest 60 proc. ogółu polskich urzędników). W praktyce raczej nie spotyka się ogłoszeń o naborze do instytucji bez warunku „wyższe wykształcenie”. Cztery lata temu dyplomu zaczęto wymagać od pracowników sekretariatów sądów i prokuratur. Kto nie miał i nie chciał uzupełnić – tracił pracę, kto miał – zostawał, choćby to był dyplom magistra inżyniera rolnictwa.

Prof. Michał Kulesza, jeden z twórców reformy administracyjnej, powiada, że to myślenie kwitem – chodzi wyłącznie o zgodność z procedurą. – Ponadto na studiach administracyjnych, zwłaszcza prowadzonych przy wydziałach prawa, nikt nie uczy ludzi, którzy mają planować rozwój miasta, jak rozumieć miasto, jak choćby czytać mapy, lecz tylko jak nie naruszyć prawa. Z drugiej strony studenci nie dostają wiedzy wystarczającej, żeby pracować w orzecznictwie, na przykład jako miejscy architekci, bo do tego trzeba znać się i na prawie, i na architekturze. Uczą się za to o koncepcjach administracji i doktrynalnych problemach państwa. Dlatego nie znajdują pracy. Absolwentów administracji z lupą szukać też na wyższych piętrach zarządzania państwem. Słuchacze Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, której dyplom ułatwia drogę do bardziej znaczących stanowisk, na ogół kończą stosunki międzynarodowe, politologię, prawo, nie administrację.

"Zawody przyszłości" to mit

2,5 mln młodych Polaków, połowa wszystkich, którzy tworzyli słynny edukacyjny boom, zainwestowało zatem niezbyt fortunnie. Ich wykształcenie – niczym przeszacowane akcje – właśnie ujawnia prawdziwą wartość.

A jednak, mimo przestróg specjalistów od rynku pracy, pracodawców, a nawet przedstawicieli uczelni, szturm na pedagogikę, zarządzanie i administrację trwa.

Niedawno w naszej redakcji minister nauki Barbara Kudrycka, prezydent Lewiatana Henryka Bochniarz, filozof prof. Jan Hartman z UJ, prezes PZU Andrzej Klesyk i inni goście ze świata nauki i gospodarki dyskutowali o przyczynach dramatycznej przepaści między tym, kogo i jak uczą szkoły wyższe, a tym, czego potrzebuje rynek pracy. Odpowiadają za ten stan rzeczy po trosze wszyscy: młodzi i ich rodzice szukający – nie zawsze rozsądnie – sposobu na prestiż i łatwiejsze życie. Władze uczelni i wykładowcy starający się – nie zawsze uczciwie – sprzedać wiedzę za pieniądze. Wreszcie państwo usiłujące – nie zawsze skutecznie i mądrze – zreformować system edukacji i szkolnictwa wyższego.

Dyskutanci w POLITYCE zgodzili się co do jeszcze jednej konstatacji. Zasadniczej. Tak naprawdę nie ma dziś sposobu, nie ma takiego mądrego, nie ma takiej procedury naukowej, która pozwoliłaby przewidzieć, kto z jakimi dokładnie kompetencjami i wiedzą będzie na rynku pracy potrzebny choćby za kilka lat (nie mówiąc już o perspektywie dziesięcioleci). Wszelkie listy zawodów przyszłości – nawet te formułowane przez najznamienitszych ekspertów w USA czy Europie Zachodniej – dotychczas słabo się sprawdzały. Postęp technologiczny wymusza tak błyskawiczne zmiany, gwałtowny upadek jednych branż, rozkwit innych, że jedynym na pewno oczekiwanym walorem przyszłych absolwentów staje się elastyczność.

Co z tego wynika dla tych, którzy teraz, w czerwcu 2012 r., decydują o swojej przyszłości? Powinni sobie zadać co najmniej trzy pytania i poszukać na nie szczerej odpowiedzi.

Jedź w świat - studia nie zając

Czy na pewno jesteś już gotów na studia? – Zróbcie maturę i jedźcie w świat, do Afryki, Ameryki, zobaczcie, co chcecie robić – zachęca Henryka Bochniarz. Polacy dużo rzadziej, niżby mogli, testują sprawdzone przez Anglosasów rozwiązanie gap year, czyli roku przerwy między szkołą a studiami lub między studiami a pracą. Dziesiątki organizacji pozarządowych szukają wolontariuszy do udziału w zagranicznych projektach. Na takie podróże nie musisz wydawać wielkich pieniędzy, możesz za to zrobić coś pożytecznego dla innych, a przy okazji zrozumieć, co cię naprawdę w życiu obchodzi.

Dlaczego w ogóle chcesz studiować? Jeśli wyłącznie po to, żeby mieć papier, który ułatwi znalezienie lepszej pracy, uczciwie podpowiadamy: to nie działa.

Niewygodna to prawda, ale studia nie są dla wszystkich. Prof. Wojciech Łukowski, socjolog, w każdej grupie studentów zauważa takich, którzy zawsze przed wykładem pędzą, by zająć miejsce w ostatnim rzędzie. – Na tych, którzy przychodzą na uczelnię wyłącznie po jakikolwiek dyplom, lata studiów nie wpływają pozytywnie. Przeciwnie – studiowanie na niby nasila w nich nawyk robienia wszystkiego na niby, życia na niby. Stają się takim materiałem konsumującym, emigrującym, fluktuującym. Są wyrzucani z pracy albo sami odchodzą, ich dni są wypełnione grą komputerową, serialem, balangą.

Istnieje także druga trudna grupa – ci idą do szkół zdeterminowani, by – jak to sami widzą – nadrobić własne braki kulturowe. – Ale ich kapitał początkowy jest za mały. Choć staram się mówić zrozumiale, nie mogę im przekazać podstawowej wiedzy, której oni nie przynieśli ze swoich gimnazjów i liceów. Fenomen popularności takich studiów, jak pedagogika, zarządzanie czy administracja, polega na tym, że zwykle łatwo się na nie dostać i łatwo przez nie przejść (zwłaszcza w trybie zaocznym). Łatwiej jednak nie dać się odsiać uczelnianemu situ, niż potem przechytrzyć pracodawcę. Henryka Bochniarz zauważa, że często kandydat do pracy ze świeżutkim dyplomem sądzi, że od razu zasługuje na lepsze traktowanie, nawet jeśli jest bardzo słaby. A gdy tego lepszego traktowania nie dostaje, od początku jest sfrustrowany. Kierowca, który studiował, bo chciał być dyrektorem, czuje się w pracy gorzej i pracuje mniej wydajnie niż ten, który chciał być po prostu kierowcą.

Kalkulacja nic ci nie da

Co cię naprawdę ekscytuje? – Zasadniczy cel edukacji to nie znalezienie pracy, tylko rozwój i poznanie kultury – uważa prof. Jan Hartman. W latach 80. pewna łódzka studentka filozofii do znudzenia słuchała pytań, czy ma bogatych rodziców, bo ze swoim wykształceniem nigdy przecież nie znajdzie pracy. „Uczę się tego, co lubię, i wierzę, że reszta jakoś się ułoży” – odpowiadała. 20 lat później została jedną z najmłodszych polskich profesorek na Cambridge. Nazywa się Katarzyna Jaszczołt, niedawno opowiadała o swoim życiu POLITYCE. Własna głowa, własna pasja to najlepsi doradcy zawodowi nie tylko dla geniuszy. W dzisiejszych chaotycznych czasach to jedyne, czemu warto zawierzyć. Porzuć więc rachunki opłacalności edukacyjnych inwestycji i ucz się tego, czego chcesz. Pedagogiki? Finansów? Administracji? Jak najbardziej, pod warunkiem, że naprawdę cię to wciąga. Czy będzie potem praca? Któż to wie, ale rozwiniesz się, dojrzejesz, poćwiczysz myślenie.

***

Marta, licencjat z pedagogiki, dziś chodzi po urzędach pracy, rozsyła CV. Kilka razy była na rozmowach kwalifikacyjnych. Każda kończyła się konkluzją, że potrzebny jest ktoś z doświadczeniem.

Spośród 30 kolegów z roku Anny, magistrów administracji, nikt nie znalazł posady w urzędzie. Ona jest pierwsza. Właśnie dostała pracę w Warszawie jako pomoc w sekretariacie.

Po roku od dyplomu Aneta, absolwentka zarządzania kapitałem ludzkim, ciągle składa podania, najchętniej do instytucji państwowych. Ale próbujących tam się dostać odpytują z ustaw. A ona uczyła się tylko, jak zajmować się pracownikiem w firmie od etapu rekrutacji do zwolnienia. Liczy, że w końcu i ją zrekrutują. Np. na sprzedawczynię. Też zawód, też praca. A studia? Wysiłek finansowy, stres związany z egzaminami, radość, gdy się udawało, gorycz porażek? Całkiem pokaźny kapitał życiowych doświadczeń jak na 25 lat ludzkiej egzystencji. Cenny, ale bez rynkowej wyceny.

Polityka 25.2012 (2863) z dnia 20.06.2012; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Studiuj i rób, co chcesz"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną