Społeczeństwo

Dłubię, bo lubię

Majsterkowanie sposobem na życie

Pisarz Andrzej Pilipiuk i jego skromny warsztat urządzony na balkonie. Pisarz Andrzej Pilipiuk i jego skromny warsztat urządzony na balkonie. Leszek Zych / Polityka
Dla wielu inteligentów praca własnych rąk to już nie tyle przykra konieczność, ile rodzaj terapii, sposób na poszukiwanie sensu, a nawet filozofia życia.
Marta Pacholec chciałaby mieć dobrze wyposażoną pracownię. Na razie zadowala się skromniejszymi warunkami.Leszek Zych/Polityka Marta Pacholec chciałaby mieć dobrze wyposażoną pracownię. Na razie zadowala się skromniejszymi warunkami.
Piotr Polk, aktor i piosenkarz, ma prawo być zadowolony ze zrobionych przez siebie mebli.Grzegorz Kawecki/Puls Biznesu/Forum Piotr Polk, aktor i piosenkarz, ma prawo być zadowolony ze zrobionych przez siebie mebli.

Gdy zaczęliśmy się bogacić, z anteny znikły programy Adama Słodowego, a ze szkół zajęcia praktyczno-techniczne. Zdawało się, że minęły czasy, gdy umiejętność radzenia sobie w domu lub garażu stanowiła wyznacznik męskości. Majsterkowanie zaczęto uważać za zajęcie dla dzieci lub emerytów, bo w porównaniu z poważną pracą intelektualną i karierą wydawało się zbyt trywialne. Gotowe rzeczy dostępne w marketach pozwoliły nam zapomnieć o pracochłonnej dłubaninie, normą stało się też korzystanie z usług fachowców.

Są jednak i tacy, którzy mają pieniądze, ale i tak wolą pewne rzeczy robić sami. W zeszłorocznym konkursie miesięcznika „Majster” na najlepszego majsterkowicza roku nagrody przypadły w udziale prawnikom, przedsiębiorcom, właścicielom firm. Zwycięzca, Jerzy Łoziński ze Szczyglic, zbudował murowaną wiatę z grillem i piecem chlebowym. Co prawda mówi, że zrobił ją sam, bo musiał, ale po chwili przyznaje, że majsterkowanie sprawia mu frajdę. – Smykałkę do niego miałem już w dzieciństwie, dziś mnie odpręża i sprawia, że zapominam o kłopotach zawodowych i dnia codziennego – opowiada. Większość dorosłych majsterkowiczów bakcyla złapało w rodzinnym domu.

Czym skorupka za młodu

Aktor i piosenkarz Piotr Polk relaksuje się robiąc meble. Znajomi pukają się w głowę, gdy podczas urlopu całe dnie ślęczy nad projektem szafy czy kanapy. – A ja uwielbiam zapach drewna, jego fakturę, plastyczność i choć wiele razy chciałem to rzucić, i tak zawsze wracałem do stolarni z nowymi pomysłami. Praca w niej to wysiłek fizyczny, ale taki zdrowy, który czyści głowę i pobudza do życia jak narkotyk, z tym że bez skutków ubocznych – tłumaczy. Pasja pojawiła się dopiero kilkanaście lat temu, ale wzorem był ojciec, złota rączka, który dbał, by w domu wszystko działało. – Chciałem być aktorem, ale on twierdził, że powinienem mieć też fach w ręku, więc skończyłem technikum elektrotechniczne – dodaje Polk. – Tam nauczyłem się rysunku technicznego, który dziś przydaje mi się przy projektowaniu mebli.

Na majsterkującego ojca patrzył również Rafał Kosik, pisarz science fiction i autor serii dla młodzieży „Felix, Net i Nika”. Znajomi się śmieją, że jak będzie koniec świata, to by przeżyć, wystarczy wiedzieć, gdzie mieszka, bo wygląda jak skrzyżowanie Pana Samochodzika i MacGyvera – jeździ własnoręcznie podrasowanym Jeepem, a w uszytym przez siebie specjalnym plecaku zawsze ma zestaw podstawowych narzędzi, latarkę, krzesiwo, scyzoryki, koc termiczny, apteczkę, druty, sznurki, klej. – W piwnicy domu mam gabinet, siłownię i warsztat. Czas spędzony w każdym z tych pomieszczeń dzielę po równo.

Andrzej Pilipiuk, autor poczytnej serii fantasy o Jakubie Wędrowyczu, nie ma aż tak komfortowych warunków. Na pracownię zagospodarował sobie wnękę na balkonie, w której ma kawałek blatu i imadło. – Dziadek powiedział kiedyś, że rolnik musi być po trosze wszystkim: kowalem, szewcem, stolarzem. Wprawdzie nie zostałem chłopem, ale ta nauka głęboko mi zapadła w pamięć – mówi.

Gdy miał 14 lat, stopił w puszce na kuchence koszulkę przedwojennego kabla i odlał figurkę na wosk tracony, potem odlewał medale, chętnie by do tego wrócił, ale na razie stawia na kaletnictwo. – Skóry nie wymagają maszyn, wystarczy wycinek, nóż, szydło, a ozdobne elementy z blachy wyklepuję sobie na balkonie. Ponieważ cierpię na chroniczny brak czasu, dziergam, gdzie popadnie. Ostatnio skórzaną torebkę dla żony szyłem w pociągach, jeżdżąc na spotkania autorskie.

Korzyści moralne i finansowe

Większość znanych osób opowiadających o swojej słabości do majsterkowania nawet nie wie, że wpisują się w popularny na Zachodzie nurt. Kilka lat temu amerykański doktor filozofii Matthew Crawford zamienił dobrze płatny etat w Waszyngtonie na zakład naprawy motocykli (POLITYKA 29/10). W 2009 r. napisał książkę, w której tłumaczy, dlaczego w warsztacie czuje się bardziej szczęśliwy i spełniony niż w biurze. „Shop Class as Soulcraft” nie jest ani poradnikiem, ani politycznym manifestem wychwalającym bratanie się z ludem. Crawford dowodzi, że praca fizyczna może przynosić wymierne korzyści – finansowe, bo fachowa robota jest w cenie; moralne, bo ma się poczucie dobrze wykonanego zadania; ale też intelektualne, bo prace manualne wymagają myślenia i przypominają rozwiązywanie łamigłówek. W warsztacie wszystko jest prostsze, nie trzeba się puszyć i popisywać, by potwierdzić męskość, wystarczy spojrzeć na naprawionego rupiecia i mamy dowód, że radzimy sobie z problemami. Książka Crawforda trafiła na listy bestsellerów i nawet jeśli nie wywołała fali dobrowolnych zwolnień w bankach i biurach, wielu osobom wytłumaczyła przyczyny, dla których tak je ciągnie do dłubania.

W krajach anglosaskich od wielu lat panuje moda na pracę własnych rąk, zgodnie z kulturowym hasłem Do It Yourself (zrób to sam). Ostatnio modny staje się także powrót do natury (majsterkuje się zazwyczaj na wsiach), przeszłości (wraca się do starych narzędzi i zapomnianych rzemiosł). Znaczenia nabiera również aspekt ekologiczny – jeśli coś naprawiamy, zamiast wyrzucać, oszczędzamy zasoby naturalne i chronimy środowisko. Podczas gdy u nas „Zrób to sam” większości nadal kojarzy się z Adamem Słodowym i koniecznością zrobienia tego, czego nie można kupić, DIY jest sposobem na spędzanie wolnego czasu, dającą satysfakcję przygodą, nabywaniem umiejętności i poznawaniem własnych możliwości.

Terraformowanie otoczenia

Rafał Kosik przyznaje, że jego majsterkowanie wzięło się raczej z zamiłowania do gadżeciarstwa. Chciał mieć rower na resorach, wziął z motorynki dwie sprężyny, podciął ramę, zrobił zawiasy i zadziałało. – Przerobiłem też mojego Jeepa na terenówkę, montując stalowe zderzaki i podnosząc zawieszenie. Jeśli chciałbym do tego dorabiać jakąś filozofię, powiedziałbym, że uprawiam terraformowanie otoczenia, czyli robię je takim, by było dla mnie jak najbardziej przyjazne – tłumaczy. Dlatego sam zamontował światło w ogródku tak, by oświetlało drzewo, i dlatego tak ważny jest dla niego plecak pełen gadżetów, które zawsze mogą się przydać.

Już 40 lat temu Alvin Toffler – amerykański futurolog, twórca teorii fal technologicznych determinujących rozwój społeczeństw – napisał, że wyzwaniem XXI w. będzie umiejętność radzenia sobie z problemami życia codziennego, uzależnionego od nowych technologii. W skomputeryzowanym świecie coraz więcej zwykłych spraw wymaga używania skomplikowanych urządzeń. Kosik w swej pierwszej Syrence robił wszystko, w Fiacie 125p i starym Mercedesie dużo, ale kiedy otwiera maskę Jeepa, widzi tylko masę pudełek połączonych kablami. Coraz trudniej być samowystarczalnym, dlatego gdy czasami udaje się coś wykombinować, naprawić, duma jest jeszcze większa.

– Gdy na trasie pękła mi jedna z rurek powrotu dopalania spalin, zatrzymałem się na stacji, kupiłem Red Bulla, po czym blachą z puszki, folią aluminiową odwiniętą z kanapek oraz drutem uszczelniłem przewód na tyle dobrze, że działa już sześć lat – chwali się pisarz.

Piotr Polk, który wiele czasu spędza w bezosobowych hotelach, też udoskonala swoje otoczenie, ale w inny sposób. Przyznaje, że jest estetą. Lubi, gdy w domu są rzeczy, które mu się podobają i które sam zrobił, bo to one sprawiają, że dobrze się w nim czuje. – Zaczęło się od tego, że chciałem mieć stylową konsolkę pod lustro, jednak gdy majster zaśpiewał cenę za tę robotę, włosy stanęły mi na głowie i postanowiłem spróbować sam. Kupiłem wyrzynarkę, klej, blat i tralki do schodów, z których wyciąłem wygięte nóżki. Wyszło średnio, ale sama robota strasznie mi się spodobała. Teraz ma już w swoim dorobku szafy, kredensy, kanapy, krzesła, a nawet bibliotekę w stylu angielskim. Jak już coś robi, stara się, by miało to niepowtarzalny charakter – jego stół ma mieć półkę zawieszoną na łańcuchu, biblioteka jest ozdobiona 170 ręcznie rzeźbionymi elementami, kanapa jest miękka i rozłożysta.

Zobaczyć, dotknąć, powąchać

Ulotność pracy intelektualnej to kolejny powód, dla którego wielu pracowników umysłowych i artystów trafia do warsztatów. – Chwilę występuję na scenie, gram lub śpiewam, ludzie klaszczą i tyle – mówi Polk. – Zabawa w meble wzięła się stąd, że potrzebuję też czegoś trwalszego, namacalnego i tylko mojego, bo jako aktor jestem odtwórcą, a jako stolarz wszystko robię sam. Rozmowy telefoniczne, wysłane maile czy tabelki wypełnione w komputerze też nie zostawiają materialnego śladu. Ci, którzy chcieliby zobaczyć, dotknąć i powąchać wyniki swoich wysiłków, czują pustkę i niedosyt. Prace manualne doskonale wypełniają tę lukę.

Najnowsze badania potwierdzają, że wysiłek fizyczny przy majsterkowaniu i satysfakcja z wykonanej roboty mają dobroczynny wpływ na zdrowie mężczyzn. Według prof. Alana White’a z Leeds Metropolitan University, eksperta od zdrowia mężczyzn, wbijanie gwoździ, malowanie, sklejanie czy każdy inny rodzaj warsztatowej dłubaniny jest rodzajem terapii. W przydomowych pracach jest wszystko, czego mężczyźnie potrzeba do zachowania zdrowia – ruch, intelektualne wyzwanie, dążenie do celu, satysfakcja z wykonanej roboty i dbanie o własne otoczenie. Profesor podkreśla, że majsterkowanie w znaczny sposób przyczynia się do obniżenia ciśnienia tętniczego, poprawia samopoczucie i podnosi samoocenę, jest zatem prostym sposobem na przedłużenie życia. I nie ma co czekać na emeryturę, bo im wcześniej mężczyźni trafią do przydomowych warsztatów, tym lepiej.

Niektórzy wzięli sobie tę radę do serca. Kosik zasadę DIY wprowadził nawet do życia zawodowego – nie tylko pisze, lecz także samodzielnie rysuje ilustracje i zajmuje się składem swoich książek (odpuszcza jedynie redakcję i druk). Polk nie miesza pracy z hobby, dlatego meble robi tylko dla siebie i najbliższych. Gdy przyjaciele proszą go, by im coś zrobił, wykręca się mówiąc, że pierwszy termin ma pod koniec 2019 r. – Wraz z pierwszym przyjętym zamówieniem na meble warsztat przestałby być moim azylem, a ja zacząłbym się zadręczać tym, czy mi się uda, czy to, co robię, będzie się podobać. Teraz nieudany mebel mogę porąbać i spalić, co nadal mi się zdarza, bo choć bawię się w stolarza od lat, wciąż jestem tylko amatorem.

Praktyczna pani

Pilipiuk nie stara się dorabiać do swojego majsterkowania żadnej filozofii. Twierdzi, że nawet wykształcenie archeologa, który zajmuje się wytworami ludzkich rąk, nie ma wpływu na to, że lubi pracę rąk własnych (choć wyroby dawnych rzemieślników bywają inspirujące): – Dłubię, bo lubię, umiem, a czasami też i muszę. W liceum, jak potrzebowałem regału na książki, to go skleciłem z kilku desek. Brzydki był, ale solidny, i stopniowo rozbudowywany służył mi 10 lat. Jak brakuje mi przypinanej do paska saszetki na drobiazgi, to sobie ją szyję, jak muszę mieć oprawiony notes, to go robię, odtwarzając z pamięci kolejne etapy rekonstrukcji dawnych opraw, które podpatrzyłem na wystawie w Bibliotece Narodowej.

Majsterkowanie może być sposobem na oderwanie się od ludzi albo wprost przeciwnie – służyć odbudowie kontaktów. Wspólne chwile przy naprawie samochodu mogą pomóc w tworzeniu międzypokoleniowych więzi. Kosik stara się wciągać syna. Zaczął od kupienia zestawu klocków Lego, gdy tylko dowiedział się, że będzie miał chłopca. Jednak według socjologów majsterkowanie nie ma dziś płci i kobiety też chętnie się za nie biorą, z tym że kierują nimi trochę inne pobudki. Nie muszą dowodzić za wszelką cenę, że radzą sobie ze wszystkimi technicznymi tajnikami tego świata, biorą się do prac ręcznych, gdy chcą zrobić coś pięknego lub ze względów praktycznych – gdy oferta sklepów jest niezadowalająca lub wymarzony przedmiot zbyt drogi.

Dla majsterkującej krakowianki Marty Pacholec ważne są obydwa te czynniki, choć – jak podkreśla – z tym oszczędzaniem różnie bywa, gdyż dobre materiały bywają drogie. – Od momentu kupienia pierwszej wiertarko-wkrętarki, oprócz samej przyjemności pracy w drewnie, liczy się dla mnie oryginalność wykonanego przedmiotu. Podobnie jak Pilipiuk nie ogranicza się do jednego rodzaju rzemiosła (właśnie myśli o zrobieniu metalowych lamp) i ma kłopoty lokalowe, więc marzy się jej dobrze wyposażona pracownia, dla której najchętniej rzuciłaby obecną pracę i w której zamknęłaby się na stałe, tak jak to zrobił Matthew Crawford. – Musiałabym zatrudnić wykwalifikowanego stolarza, sama pewnie zajęłabym się projektami, ale chętnie sięgałabym także po maszyny – zastanawia się. – Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie wiem, czy gdy majsterkowanie stałoby się sposobem na zarabianie pieniędzy, nadal byłoby taką samą przyjemnością.

Polityka 37.2012 (2874) z dnia 12.09.2012; Ludzie i style; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Dłubię, bo lubię"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną