Społeczeństwo

Kobiece rewiry

Kobiety z własnymi biznesami

Paulina Wierzbicka-Ruszała wynajęła i wyremontowała duże, 160-metrowe mieszkanie w starej kamienicy z klimatem i otworzyła firmę NOA COWORK. Paulina Wierzbicka-Ruszała wynajęła i wyremontowała duże, 160-metrowe mieszkanie w starej kamienicy z klimatem i otworzyła firmę NOA COWORK. Leszek Zych / Polityka
Szklany sufit, zagrożone kryzysem etaty, problem z połączeniem pracy i macierzyństwa. Kobiety znajdują na to patent – własna firma.
Małgorzata Ćwieluch (z lewej) dopiero startuje, wspomagana przez Alesię Zawodzińską, założycielkę firmy ZOO52.Leszek Zych/Polityka Małgorzata Ćwieluch (z lewej) dopiero startuje, wspomagana przez Alesię Zawodzińską, założycielkę firmy ZOO52.
Ola Sitarska zaliczyła już biznesowe wzloty i upadki, ale pracuje nad kolejnymi produktami.Leszek Zych/Polityka Ola Sitarska zaliczyła już biznesowe wzloty i upadki, ale pracuje nad kolejnymi produktami.

Jeszcze mam pracę, ale jak wrócę z urlopu macierzyńskiego, wiem, że czeka na mnie wypowiedzenie – tak najczęściej rozpoczynają rozmowę z Justyną Kaźmierczak, która prowadzi firmę doradczą, pomagającą przedsiębiorcom w pozyskiwaniu funduszy na start w biznesie. Szukają nisz; wąskich specjalizacji, będących wypadkową pasji i wykształcenia.

Produkcja ekologicznych zabawek, zoofizjoterapia, autorska pracownia biżuterii, fotografia żywności, catering artystyczny – wylicza. – To kobiety, które czują, że nie ma szans na to, by na etacie wykorzystały w pełni swój potencjał. Coraz więcej specjalistek ze szczebla menedżerskiego ma dość korporacji i same rezygnują, zaliczając po drodze krótszą lub dłuższą psychoterapię. Duża grupa zmuszana jest do przejścia na samozatrudnienie.

Obecnie 35 proc. nowo zakładanych przedsięwzięć prowadzą kobiety. Oczywiście, część – jak wspomnieliśmy – jest przymuszona do samozatrudnienia; zdarzają się także, opisywane przez POLITYKĘ (29/10), przypadki zakładania fikcyjnych firm przez kobiety w ciąży tylko po to, by uzyskać zasiłek z ZUS.

Nie zmienia to faktu, że Polki mają przedsiębiorczość w genach. Wojny i powstania sprawiały, że często musiały radzić sobie same. Po 1989 r. w sposób naturalny nastąpił wysyp kobiecych firm. Jeśli chodzi o statystyki, od lat jesteśmy w europejskiej czołówce.

Paulina Wierzbicka-Ruszała pracowała w korporacji zajmującej się reklamą zewnętrzną jako analityk finansowy. I nawet nie wspomina tego źle, ale z czasem coraz więcej rzeczy zaczęło doskwierać: praca niemal wyłącznie przed komputerem, a więc brak kontaktu z ludźmi; procedury, które wymagają odbębnienia stałej liczby godzin w biurze; szklany sufit, bo mimo że była sumienna i efektywna, dawano jej do zrozumienia, że jako osoba, która czasem musi wziąć zwolnienie „na dziecko”, jest pracownikiem niepełnowartościowym. Wreszcie – brak niezależności i realnego wpływu na to, co się dzieje w firmie. Miała własne pomysły i żadnych szans ich realizacji, bo korporacyjne ścieżki są długie i kręte.

Teatr w środku dnia

Zapisała się do projektu „Warszawa stolicą ambitnego biznesu”, w którym najlepsze pomysły mogły liczyć na dofinansowanie. Ona swój znalazła w gazecie. Był to artykuł o rozwijającej się w USA branży coworkingu.

To przestrzeń pracy dla ludzi wolnych zawodów, takich, którzy mogliby pracować w domu, ale to działa na nich demotywująco. Brakuje rytmu pracy i kontaktów z ludźmi – tłumaczy. – Czułam, że to rozwojowa branża, a kiedy zaczynałam w Warszawie, były tylko dwa takie miejsca.

Wynajęła i wyremontowała duże, 160-metrowe mieszkanie w starej kamienicy z klimatem i otworzyła firmę NOA COWORK: 30 stanowisk pracy, sala konferencyjna, kącik wypoczynkowy przy przedwojennym kaflowym piecu. W pracy jest w zasadzie 24 godziny na dobę, bo jak się ma własną firmę, to się z niej mentalnie nie wychodzi. Ale z drugiej strony, może w środku dnia zabrać córeczkę do teatru i nikt jej z tego nie będzie rozliczał. Wystarczy, że dogada się z asystentką.

Obsługa klientów to bardzo kobiecy biznes. Tu się liczy empatia, cierpliwość, umiejętność słuchania i rozładowywania konfliktów – deklaruje.

Zdaniem dr. Piotra Kaczmarka-Kurczaka z Katedry Zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego to stereotyp, bo badania np. w USA wykazują, że gdy stworzyć podobne warunki, nie ma między kobietami i mężczyznami różnic, jeśli chodzi o empatię czy nastawienie na potrzeby klienta. Przy czym jest to jedna z niewielu sytuacji, gdy stereotyp działa na korzyść kobiet. Są postrzegane jako osoby, które ocieplają wizerunek firmy.

Przy czym ten stereotyp popularny jest nawet wśród analityków rynku. Wiele napisano o demokratycznym, kobiecym stylu zarządzania, polegającym na tworzeniu sieci wzajemnych powiązań, w kontrze do autorytarnej, męskiej piramidy władzy.

W idealnym świecie kobiety i mężczyźni działaliby tak samo, w tych samych branżach, bo mają podobne predyspozycje i taki sam dostęp do wiedzy – tłumaczy dr Kaczmarek-Kurczak. – Ale świat idealny nie jest i na kobiety działają presje kulturowe i społeczne.

Podaje przykład Irlandii. To wzór kraju przyjaznego przedsiębiorcom, a jednocześnie liczba firm zakładanych przez kobiety jest dwukrotnie niższa od średniej unijnej.

Tak działa tło społeczne – mówi. – Irlandki nie są nakłaniane do przedsiębiorczości, ale do tego, by poświęciły się rodzinie. Niedocenianym, ale bardzo istotnym czynnikiem jest wsparcie otoczenia. Kobiety nadal mają kompleksy, że sobie nie poradzą, że to nie dla nich. Jeśli z zewnątrz będą motywowane negatywnie, nie odważą się zaryzykować.

Babska solidarność

Z badań Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości wynika, że powody, dla których kobiety i mężczyźni zakładają własne firmy, są te same. Mają też podobne problemy z ich prowadzeniem. Różnica jest taka, że kobiety są ostrożniejsze. Większość firm kobiecych to przedsięwzięcia jednoosobowe. Pracowników zatrudnia około jednej czwartej.

Inwestując stawiamy raczej na bezpieczeństwo i stabilność niż na dalekosiężny rozwój. Staramy się unikać ryzyka. Oczywiście znam liderki w typie przywódczym, myślące strategicznie, ale ja osobiście wolę metodę małych kroków – przyznaje Paulina Wierzbicka-Ruszała.

Jeśli chodzi o kobiecy biznes, to można w nim obserwować pewne pulsowanie – mówi dr Kaczmarek-Kurczak. – W kryzysie wiele mówi się o przedsiębiorczości, a to sprawia, że więcej osób zastanawia się nad tym, by pójść na swoje. Gdy sytuacja się poprawia, część wraca na etaty. Teraz można się spodziewać, że nastąpi kolejny skok.

Zwłaszcza że chyba padła jedna z barier: brak kobiecej solidarności. Miał on nawet swoją nazwę – syndrom Margaret Thatcher. Kobiety, które zaszły na szczyt, nie wspierały innych, twierdząc, że nie ma takiej potrzeby, skoro im się udało. Poza tym to by im odbierało poczucie wyjątkowości. I tu zaszła zmiana. Powstało mnóstwo portali i organizacji kobiecych, w których dzielą się wiedzą i doświadczeniem. Te, które osiągnęły sukces, stają się mentorkami dla początkujących. Paulina Wierzbicka-Ruszała, która dostała wsparcie od Akademii Kobiet Sukcesu, teraz u siebie pomaga organizować ich projekt szkoły liderek. Razem z organizacją Geek Girls Carrots zaprasza także studentki informatyki na spotkania z programistkami, żeby przekonały się, że nawet w tak zdominowanej przez mężczyzn branży może się udać.

Szycie w sieci

„Jak żyjesz? Co szyjesz?” – pytają przez telefon przyjaciółki Alesi Zawodzińskiej. Dziś akurat ubranka dla kotów, które zaczęła szyć poprzedniego dnia. Gdy miesiąc temu założyła firmę ZOO52 produkującą pluszowe zabawki i torby, poczuła, że w branży dziecięcej działa coś w rodzaju kobiecej sieci. Kobiety prowadzące sklepy, wydawnictwa, organizujące dziecięce festiwale szybko się zaprzyjaźniają i wzajemnie wspierają.

Alesia skończyła Akademię Sztuk Pięknych i po urodzeniu synka pracowała jako charakteryzatorka w operze. Gdy musiała wziąć zwolnienie na dziecko z 40-stopniową gorączką, po powrocie usłyszała, że jak takie wybryki będą się zdarzać częściej, to jej nie przedłużą umowy. Nie to nie. Wzięła zaległy urlop, wymyśliła ZOO52. Udało jej się nawet dostać dofinansowanie z urzędu pracy. I pomaga wejść do kobiecej sieci Małgorzacie Ćwieluch, też absolwentce ASP, pracującej jako grafik w dużym wydawnictwie. Małgorzata zainwestowała w maszynę, pracownię, materiały, wymyśliła nazwę „mamamasza” i na razie się przymierza.

Znajomym raczej nie opowiadam, że chcę otworzyć firmę, bo jak tylko o tym wspominam, zaczynają straszyć, że nie dam rady, że się nie uda, że jak mam etat w tych czasach, to się go powinnam pazurami trzymać – opowiada. – A kiedy w tobie jest już decyzja, szukasz kogoś, kto ją potwierdzi. I dziewczyny z sieci kobiecych firm to robią. Przekonują, że warto zaryzykować, zamiast do końca życia być korpo-mrówką. To daje napęd i energię.

Kiedy Małgorzata urządzała pokój córki, stwierdziła, że rynek zawalony jest tkaninami w lalki Barbie czy inne Hello Kitty. Pstre, paskudne i kiczowate. Kupowała gładkie materiały, zlecała zaprojektowane przez siebie nadruki i szyła: poduchy, zasłony, maty. Frajda w porównaniu z rutyną w pracy, bo od pomysłu do wykonania ma się kontrolę nad całym procesem twórczym. Rzeczy spodobały się znajomym. Okazało się, że ludzi, którym oferta rynkowa nie odpowiada, jest więcej. Nisza, którą warto sprawdzić.

Jak się nie przewrócisz...

Według dr. Kaczmarka-Kurczaka kobiety i mężczyzn w biznesie różni nadal podejście do porażki.

Facet się otrzepie i idzie dalej. Kobieta traci pewność siebie i nabiera przekonania, że się do tego nie nadaje – tłumaczy. – W przedsiębiorczości upadek własnej firmy należy potraktować jak ćwiczenie. Kobiety powinny się tego uczyć.

Ola Sitarska już się nauczyła. Zaczęła pracować jako 14-latka. Robiła strony internetowe na zlecenie. Jako 16-latka stworzyła Animili.pl – internetową grę dla dzieci – i od tej pory jest seryjną startuperką (start-upy to nowo powstające przedsięwzięcia z kręgu nowoczesnych technologii, tworzone głównie przez młodych przedsiębiorców. Cechą tych firm są niskie koszty na początku, wyższe od standardowego ryzyko i wyższe od standardowych potencjalne zyski. Jako start-upy zaczynały m.in. Facebook, Google, Nasza Klasa).

Zaraz po maturze przeniosła się do Warszawy i otworzyła własną firmę. Wyszło średnio, bo podpisała niekorzystną umowę i musiała Animili sprzedać.

Dlatego zaczęłam studiować zarządzanie. Wcześniej byłam na informatyce, ale to rzuciłam. Technologia rozwija się zbyt szybko, żeby tracić czas na naukę staroci – tłumaczy.

Następna gra Oli, Fashionstyle.pl, przyjęła się na rynku, ale naprawdę głośno zrobiło się o niej, gdy wymyśliła Guid.ie. To miał być portal pośredniczący między mieszkańcami chcącymi dorobić jako przewodnicy a turystami, których łączą podobne zainteresowania, np. architektura sakralna, kluby nocne czy ekskluzywne butiki. Projekt uznawano za dobrze rokujący, wyceniano na 1,5 mln zł, a o Oli zaczęło się mówić „Zuckerberg w spódnicy”. Ale nie wyszło.

To była porażka – przyznaje Ola. – Ale nic nie uczy lepiej niż porażka. Jak się człowiekowi coś uda, to się nie zastanawia dlaczego, a jak nie wyjdzie, to się siedzi i myśli.

Pracuje nad kolejnymi projektami, zatrudnia 6 osób, właśnie wynajęła biuro przy Krakowskim Przedmieściu. Jeśli chodzi o branżę informatyczną, nie widzi specjalnych różnic wynikających z płci. Tyle że dziewczyn jest mało, ale to atut, bo są w związku z tym bardziej widoczne. No i mają ładniejsze biura; bardziej przytulne.

Polityka 38.2012 (2875) z dnia 19.09.2012; Kraj; s. 37
Oryginalny tytuł tekstu: "Kobiece rewiry"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną