Czy łosoś wyprze karpia z wigilijnych stołów?

Ości zostały rzucone
Karp to ryba waleczna. Dobrze się adaptująca. Ale w kapitalizmie wiedzie mu się tak sobie. Łosoś napiera.
Karp jest ostatnim towarem w całej Unii, który trafia do klienta w formie żywej.
Getty Images

Karp jest ostatnim towarem w całej Unii, który trafia do klienta w formie żywej.

W wolnej Polsce za kilogram karpia trzeba było zapłacić 4454 zł, rok później już ponad 15 tys. zł i jego cena ciągle rosła.
Stanisław Ciok/Polityka

W wolnej Polsce za kilogram karpia trzeba było zapłacić 4454 zł, rok później już ponad 15 tys. zł i jego cena ciągle rosła.

Rybne żniwa w Przerębie pod Piotrkowem Trybunalskim.
Stanisław Ciok/Polityka

Rybne żniwa w Przerębie pod Piotrkowem Trybunalskim.

Przez lata karp był żelaznym punktem wigilijnej wieczerzy. Ale przestał. Branża zmaga się z nowymi trendami, trudno jej zapomnieć dawno minione czasy, kiedy po karpia stało się w kolejkach. Z perspektywy hodowców Polak okazał się klientem niewdzięcznym. Szybko zapomniał, że dzięki karpiowi uzupełniał braki gospodarki planowej. Zaczęło się wybrzydzanie, eksperymentowanie z innymi gatunkami i sprzedaż poleciała o 25 proc. A konkurencja wytoczyła regularną wojnę. Właśnie rozpoczyna się billboardowa kampania pod hasłem „Mamo, zmień karpia na łososia”. Zdaniem hodowców, w tej wojnie karp na szczęście nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Last Christmas

W Przerębie listopad zawsze był miesiącem wyjątkowym. Karpiowe żniwa wchodziły w decydującą fazę i ludzie odkuwali się za cały rok. Były nagrody, trzynaste pensje, a i na boku można było coś sprzedać. O małej wsi pod Piotrkowem Trybunalskim nagle przypominali sobie miastowi. Przed bramą gospodarstwa ustawiały się kolejki po rybę. Każdy się podlizywał, bo karp miał dobrą relację podaży z popytem.

Paweł Woźniak wychował się kilka wiosek dalej. Stawy mu zawsze się podobały, więc poszedł na ichtiologię. Przynętą do powrotu w rodzinne strony było mieszkanie, praca i stypendium fundowane przez PGR. W Przerębie zastała go zmiana systemu. Namawiał ludzi na spółkę pracowniczą, ale pegeerowi bali się wziąć sprawy we własne ręce. Tak się porobiło, że sam został dzierżawcą. I poczuł, jak to smakuje.

Gospodarstwo miało lepsze i gorsze momenty. Tyle że te lepsze z czasem się wyczerpały. Woźniak musiał zwalniać pracowników. To, co kiedyś obrabiał w pięciu ludzi, zaczął robić w większości sam. Z czasem sprzedał nawet traktor, bo generował koszty i tańsze było wynajęcie na godziny. Ostatnio Agencja Nieruchomości Rolnych zaproponowała mu odkupienie gospodarstwa za milion złotych. Stwierdził, że chyba pomylili go z Kulczykiem, i musiał przełknąć gorzką pigułkę utraty szans na kupno stawów. Dalej na nich pracuje, ale już jako poddzierżawca. Przynajmniej śpi spokojnie. Od początku października do końca roku tradycyjnie krócej, bo zaczyna się kampania rybna. Moment, na który pracował cały rok.

Punktualnie o siódmej rano przy spustowym mnichu ustawia się kolekcja twarzy, jak z obrazów Bruegla Starszego. Autochtoni. Ludzie z cyrkową niemal zdolnością łączenia pracy z paleniem papierosów. Życie ich nie oszczędzało. Poorało twarze zmarszczkami, przerzedziło uzębienie. Ale dziś wszyscy są w dobrych humorach. Józek twierdzi, że kontakt z rybą uspokaja. Na pewno uspokaja wizja zarobku. Na ostatni weekend października Woźniak zaplanował jeden z finalnych odłowów. Grunt był przygotowany, bo wodę spuszczał wcześniej sam. Ale odłowu sam nie zrobisz, bo to praca ręczna. Przez ostatnie 150 lat właściwie niewiele się w tym względzie zmieniło. Konia zastąpił traktor. Drewniane nosidła – plastik i aluminium. I to by było tyle.

Spuszczana woda ciągnie ze sobą rybę. A ta wpada do kanału spustowego nazywanego odłówką. Odłówka zakończona jest kratą. Tu kończy się rybia podróż. A zaczyna odłów kasarkami, czyli czymś w rodzaju podbieraka. Dwóch ludzi brodzi w stawie i goni w kierunku mnicha bardziej oporne ryby. Reszta uwija się przy odłówce, żeby ryba nie męczyła się na kracie. Odłowioną pakuje się do zbiornika z wodą i dotlenianiem. To dotlenianie to też zdobycz naukowa. Z poważnych badań wyszło, że ryba bez dodatkowego dotleniania nie tylko jest podatna na śnięcie, ale też traci walory smakowe. Stres uruchamia produkcję hormonów, które pogarszają smak mięsa.

Woźniak już od kilku lat stosuje produkcję mieszaną. Oprócz karpia ma jeszcze szczupaka, amura, okonia, karasia i króla ryb słodkowodnych – sandacza. W ten sposób broni się przed wahaniami w cenie karpia. Ryba mu się w tym roku udała, bo ludzie z trudem dźwigają więcej niż trzy karpie w kasarku. Zresztą karp nie zamierza się łatwo poddać i walczy do końca. Szczupak prędzej się poddaje. Amur właściwie nie walczy. A karp nie daje za wygraną. Józek, który przy rybach przepracował całe życie, tłumaczy im jak dzieciom, że nie ma co się rzucać. Że życie już tak ma, że się kończy. I niech się cieszą, że nie są kurczakiem z sąsiadującej z gospodarstwem kurzej fermy. Tam by pożyły góra sześć miesięcy i hyc na stół. A w stawie karp się tuczy trzy lata. No, trochę się tuczy, a później trochę głoduje i znów się tuczy i głoduje, bo taki ma cykl. Całe życie mógł sobie spokojnie w mule buszować. A jak wyżarł wszystko z dna, to na gospodarskim zbożu się pasł.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną