Społeczeństwo

Sąsiedzi

Przesiedleniec z kresów tworzy muzeum własnej wsi

August Czyżowicz wśród swoich zbiorów w stodole. August Czyżowicz wśród swoich zbiorów w stodole. Anna Musiałówna / Polityka
Gustek od zawsze miał zbierackie skłonności. Papierek do papierka. Dokumenty na kupkę. Zdjęcia i negatywy w worki. I w końcu całe Sąsiadowice ma w swojej stodole.
Jedno ze zrobionych przez Augusta Czyżowicza zdjęć we wsi Brzózka.Augustyn Czyżowicz/Archiwum prywatne Jedno ze zrobionych przez Augusta Czyżowicza zdjęć we wsi Brzózka.
August Czyżowicz dokumentował przemiany całej wsi i okolic.Augustyn Czyżowicz/Archiwum prywatne August Czyżowicz dokumentował przemiany całej wsi i okolic.

Żona Basia wszystko pod kuchnię by wrzuciła, spaliła i spokój. A Gustek nie. Zupełnie jak ojciec. O tych zbiorach dopiero po ślubie się dowiedziała. Nie wie sama, jak mogło się tego aż tyle nazbierać. Nagle on zaczął mówić, że muzeum będzie robił w starej szopie. Kto ci to będzie oglądał, załamała ręce. Ale Gustek dalej zbierał.

Z szopy powoli rzeczy się wylewały, więc przeniósł je do wiejskiej świetlicy. A w końcu do stodoły. Na stodole zawiesił szyld: „Śladami ojców naszych. Wystawa kresowa w Dolinie Łachy”. Teraz, gdy do jego szkółki drzewek we wsi Brzózka, 60 km od Wrocławia, klient z Polski przyjedzie po krzew czy choinkę, Gustek prowadzi czasem podchwytliwą rozmowę. Podpytuje. Czy klient ogród sobie urządza, a jak sobie urządza, a co ma ciekawego, drabinę czy pług, czy go to interesuje. Podpytuje, żeby wyczuć, czy warto otworzyć stodołę. Jak otworzy i klient zrobi „Yyy!”, to Gustek już wie, że było warto. Bo chodzi przecież o to, żeby relikwie przodków ocalić od zapomnienia, szanować i pokazywać.

Warsztat

Na wprost wejścia do stodoły – warsztat kołodziejski ojca Władysława Czyżowicza. Świadectwo wyzwolenia z nauki uzyskał w 1923 r. Wisi teraz nad warsztatem, opatrzone pieczęcią. Gustek, urodzony w 1939 r., pamięta, jak w budynku przy domu tato toczył koła. Dom stał w Sąsiadowicach w obwodzie lwowskim.

Wieś bez prądu jeszcze wtedy, 400 numerów, na siedem kilometrów rowu z rzeką Strwiąż długa. Trzy tysiące mieszkańców, większość spokrewniona. Ojciec Władysław miał 51 kuzynek i kuzynów. W całych Sąsiadowicach może ze dwie żydowskie rodziny i jeden Ukrainiec, który się wżenił i go przechrzcili na Polaka, katolika. Tak to Gustek zapamiętał.

Obraz z wojny Gustka: do ojca pod warsztat przychodzili Niemcy. Na kręgle. Ojciec miał kulę zawieszoną na sznurku. Tak grali. Żeby się nie wałęsał, w 1945 r. rodzice zapisali go do szkoły. Co rano, już po ukraińsku, odmawiał dziękczynną mowę do Stalina. Aż pewnej niedzieli wraca z tatą z kościoła. Stoją rosyjskie wojska. Gustka puścili do domu, ojca zabrali do gminy, wtedy już Salirady. Ojciec wraca, jedziemy do Polski, mówi. Próbował się odwoływać. Pisał: „Prosimy o skreślenie nas ze spisów rejestracyjnych na wyjazd do Polski, gdyż chcemy pozostać w Radzieckim Związku. 13 czerwca 1946 r.”. Jak inaczej można było napisać? Trójka dzieci, dom ledwo co wybudowany i uciekaj? Ale Kartę Ewakuacyjną już i tak wydano.

Obywatel Czyżowicz Władysław przewoził ze sobą: rogacizny dwie, żniwiarek jedną, produktów żywnościowych czternaście, przedmiotów użytku domowego sześć oraz narzędzia stolarskie. Czyli warsztat kołodziejski. Załadowali do bydlęcych wagonów i wyruszyli transportem na Wrocław. To wszystko Gustek wie z dokumentów. Skserował i odwołanie, i Kartę. Przytwierdził taśmą klejącą w zeszycie w kratkę – kronice rodzinnej.

Zeszyty

Ten pomysł z zeszytem kroniką Gustek wziął po ojcu. Władysław zapisywał każdy dzień – od kiedy wysiedli na stacji kolejowej w Wińsku, dotarli do Brzózki, zamieszkali w domu u stryja Franciszka, razem z Niemką i jej dwiema córkami, które po pół roku musiały pakować walizki, a oni odważyli się swoje wreszcie rozpakować. Ministerstwo Ziem Odzyskanych wręczyło im Akt Nadania 10 hektarów, domu ze stodołą i stajnią.

Władysław pisał na przykład: „16 maja 1949 r. Na półkolonie dla dzieci – 30 zł. Ksiądz nie przyjechał odprawić mszy św. 17 maja. Wysłałem arkusz fenologiczny. Od rana sadziliśmy ziemniaki u Augustyna, pomagała i Helka, plewiliśmy owies i jęczmień. Pasłem krowy”. Z arkuszami obserwatora fenologicznego, czyli roślinnego, które wysyłał do Państwowego Instytutu Hydrologiczno-Meteorologicznego, spacerował po wsi. A może widzieliście już bociana, a może czeremcha już zakwitła, rozpytywał. Tak go zapamiętała Basia.

W Sąsiadowicach Basia mieszkała obok babci Gustka. Jeszcze przed Czyżowiczami wyjechała w poznańskie. W czasie wojny ojciec Basi był w partyzantce AK. A po wojnie szybko już jego i mamy nie było. Basię z rodzeństwem przygarnął stryjek z Brzózki. Znowu z Gustkiem byli z jednej wsi. Chodził za nią Gustek i jakoś mu było szkoda tej dziewczyny, piękne włosy miała. No i swoja. Z Sąsiadowic. Aż w końcu się pobrali.

Ojciec Władysław w tym czasie rozwijał jeszcze jedną umiejętność. Uczył się esperanto. Gdy pasł krowy, siedział na stołeczku, a na kolanach zawsze trzymał książkę lub zeszyt. Tak go zapamiętał mały Bronek Pietruszka, sąsiad zza płotu. Czytał Bronkowi pan Czyżowicz przy tych krowach w esperanto, a on nic nie rozumiał. Dzisiaj Gustek próbuje zrozumieć, skąd się w ojcu wzięła ta potrzeba gromadzenia. Może stąd, że wcześniej tyle musiał zostawić? Różnych zeszytów nazbierał w sumie kilkadziesiąt. Oprócz kilku, które uratował Gustek, ojciec przed śmiercią wszystkie spalił.

Gabloty

Przyloty i kwitnienia opisywał ojciec Władysław, a Gustek dokumentował przemiany całej wsi i okolicy. Na ścianach w stodole wiszą gabloty własnoręcznie wykonane przez Gustka, czyli antyramy ze zdjęciami. W 1956 r. Gustek pojechał z tatem do Wrocławia i kupili Belfocę. Wsiadał z aparatem na rower i cała okolica była jego. Lata 50., 60. Dzieci i dorośli, zima i żniwa, chrzty i pogrzeby. Jak ksiądz w kościele ogłaszał zapowiedzi, to Gustek już wiedział, że będzie fotografem na weselu. Zdjęcia legitymacyjne, do dowodu, prawa jazdy, na tle muru. Lata 80. Kolejki pod sklepami. Jak to były takie ludzkie, ich sprawy, to sam mu się aparat otwierał. Co innego te oficjalne. 1 Maja, 22 Lipca. Jakoś się wstydził. Tak jakby pamiątkę sobie z nimi robił. Do tej pory się wstydzi, że fotografował Pałac Kultury w Warszawie.

Dokumentował tak Gustek to życie ówczesne i nagle zobaczył, że grunt się osuwa pod nogami. Starzy sąsiadowiczanie z Brzózki odchodzą. Domy pustoszeją. Tak się złożyło, że zaczynał mieć kłopoty ze zdrowiem, mniej pracował na roli. Wziął więc zeszyt w kratkę i odwiedzał te domy. Tu rodzina coś zapamiętała, tam ktoś co innego. Gustek zapisywał. Macie może jakieś zdjęcia, w szufladach dokumenty, pytał. Zeszyt w kratkę pęczniał, zamieniał się w kronikę rodzinną, więc zanim nastała moda na drzewa rodowe, Gustek swoje już miał. Nad głowami kuzynek i kuzynów ze starych zdjęć stawiał numerki.

Mapa

A stryj Franciszek przygotował dla Gustka jeszcze coś innego. Odręcznie wyrysował mu na kartce wszystkie domy wzdłuż sąsiadowickiej drogi, kto i pod którym numerem mieszkał. Mapę Sąsiadowic od stryja przykłada teraz Gustek do tej, która wisi w stodole na ścianie. Okazało się, że stoją jeszcze te domy.

W 1990 r., gdy otworzyły się granice, Gustek zabrał niepełnosprawną córkę Jadzię i pojechali. Przydała mu się wtedy ta mapa. Domy stały, tylko mieszkańcy już inni. U niego – stary Ukrainiec o nazwisku Kocur. Gustek podchodzi, staje na podwórzu. No i się rozpłakał. Kocur jakby wystraszony. Nie bój się, ja tu nie wracam, powiedział mu Gustek. Co jakiś czas jednak wracał. Z wycieczkami. Sąsiadowiczanie z Polski organizowali autokary z darami i zbiórki datków na odbudowę kościoła ojców karmelitów. Chodziły słuchy, że w Sąsiadowicach robili onuce z kościelnych chorągwi, że cerkiew mają budować, a jedna gospodyni przystroiła swojego cielaka stułą. Wszystkich można było wtedy spotkać na tych wyjazdach, nawet tych nieurodzonych w Sąsiadowicach.

Gustkowi sentyment kazałby jeszcze pojechać, ale rozum już nie. Nie ma co się narzucać. Tylko ten jeden raz w Sąsiadowicach się rozpłakał. Potem już w ogóle. Jak się często chodzi na pogrzeby, to też już się nie płacze.

Zdjęcie

Oni jeździli na wschód, a do nich przyjeżdżali Niemcy. Kiedyś pod dom Gustka w Brzózce podjeżdża wóz kempingowy. Ciemno, noc, coś na migi pokazują. Kobieta wychodzi z samochodu. W jednej ręce trzyma zdjęcie. Na zdjęciu pałac, w którym kiedyś mieszkali. Po wojnie PGR, a potem ferma gęsi. W drugiej ręce pomarańcze. Przyjeżdżali potem jeszcze parę razy. Gustek zrobił zdjęcie przy wspólnym stole.

Stodoła

W tamtym czasie Sąsiadowice Gustek miał już właściwie u siebie. Ale od starej szopy do muzeum w stodole nie poszłoby tak łatwo, gdyby nie Krzysio. Sąsiad ze wsi Trzcinica, 5 km dalej. Prowadzi stowarzyszenie przyrodnicze, opiekują się rezerwatami w okolicy. To Krzysio ośmielił Gustka, żeby rzeczy wstawił do świetlicy i wszystkim pokazał. Sąsiedzi pomagali je rozkładać – wachlarzyk z grabi, pługi na ścianach, zbili płot i powiesili garnki. Zawisł też pień z kartkami z datami wydarzeń. Tu Powstanie Styczniowe, tu papież przyjechał, a pomiędzy – tu się urodził Bronek Pietruszka. Kim jest Bronek Pietruszka, pytali potem odwiedzający. Coraz więcej ich było. Autokary, wycieczki dzieci ze szkół, antropolodzy z uniwersytetu we Wrocławiu.

Ale we wsi zaczęło się gadanie. Świetlica to jednak jest potrzebna, nie ma gdzie wyprawić stypy. A może on na tym zarabia? Wkurzył się Gustek. To nie jest rzecz do zarabiania, nigdy nie wystawił ani nie wystawi skarbonki. I zabrał rzeczy do stodoły. Od roku znowu ma je u siebie.

Łóżko

Dębowe, przywiezione w wagonie bydlęcym z Sąsiadowic. Gustek podejrzewa, że to łóżko mamy, które we wianie wniosła do małżeństwa z tatą. Gdy nastanie gorące lato w Brzózce, Gustek wymknie się z domu po obiedzie. Pójdzie do stodoły. Tam chłód. Położy się na tym łóżku z dębiny z sąsiadowickich lasów. Pod Gustkiem 100-letnia haftowana kapa rodziców, na antresoli kufer drewniany z podróży babci Wiktorii. I tak Gustek zaśnie.

 

Korzystałam z książki „Śladami fotografii Augustyna Czyżowicza”, red. I. Topp, M. Barbaruk, P. Fereński, K. Konieczny, Wrocław 2011

Polityka 51-52.2012 (2888) z dnia 19.12.2012; Kraj; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Sąsiedzi"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną