Społeczeństwo

Nabrani na rany boskie

Kierowniczka poczty naciągała na kredyty

Wszyscy poszkodowani wstydzą się tego, że tak po dziecinnemu dali się nabić w butelkę. Wszyscy poszkodowani wstydzą się tego, że tak po dziecinnemu dali się nabić w butelkę. Henryk Sawko / PantherMedia
Ludzie byli poruszeni, że osoba na niebotycznym stanowisku kierowniczki poczty przyjeżdża w ich skromne progi prosić o pomoc. Więc brali te pożyczki w bankach na swoje nazwiska, nawet współmałżonkom nic nie mówiąc.
Zofia Sz. wybierała chorych, bezrobotnych, emerytów, którzy sami wiedzieli, co to nieszczęście.Łukasz Rayski/Polityka Zofia Sz. wybierała chorych, bezrobotnych, emerytów, którzy sami wiedzieli, co to nieszczęście.

Do Krystyny Ch., emerytki, lat 63, przyjechała Zofia Sz. Na miłość boską, mówiła, proszę wziąć pożyczkę na swoje nazwisko. Potrzebuję pieniędzy na bajpasy dla męża. Pani weźmie, ja spłacę w ratach co do grosza.

Kto by nie pomógł na „miłość boską” tudzież „rany Chrystusa”? – mówi Dariusz F., szanowany w całej okolicy emerytowany policjant, który stał się niepisanym rzecznikiem ofiar Zofii Sz. Do niego Zofia Sz. nie pojechała po pożyczkę – za wysokie progi. Wybierała chorych, bezrobotnych, emerytów, którzy sami wiedzieli, co to nieszczęście.

Katarzyna K. też dostała prośbę z półki „mąż”: mąż jedzie za granicę, żeby tam zarobić, bierze bezpłatny urlop, a Zofia Sz. zostaje bez jego finansowego wsparcia. Obecność męża przy tej rozmowie uwiarygodniała prośbę.

Do Marii N., emerytowanej nauczycielki przedszkolnej, Zofia Sz., wówczas kierowniczka urzędu pocztowego, przyszła z koleżanką. Pracownica dodaje powagi i rzetelności. Maria znała Zofię, bo kiedyś była ona druhną na ślubie jej chrześniaka. Kiedy Zofia do niej przyjechała, nawet się przed wzięciem pożyczki wzbraniała. Ale w końcu się zgodziła. I tylko ona jedna zażądała od Zofii Sz. pokwitowania.

Józef K. natomiast jej nie znał. Tyle co z poczty, skąd brał emeryturę. Była zawsze bardzo miła i ładnie ubrana. Zaprosiła go do gabinetu i zapytała, czyby nie wziął. Pojechali do Getin Banku. Józef K. wziął 40 tys. i dał Zofii. Bo czasem trzeba człowiekowi pomóc w potrzebie. Prosiła tylko, żeby nikomu o tym nie mówił. Dobrocią nie ma co się chwalić przed innymi.

Dobroczyńcy

Zawsze miało być szybko. Katarzynę K. Zofia z mężem podwieźli samochodem najpierw do jednego banku. Zawsze wszystkich podwozili mąż albo syn, uczeń technikum. Potem do Eurobanku. Był wieczór, przed samym zamknięciem. Katarzyna spytała urzędniczkę, czy to bezpiecznie, że ona weźmie pożyczkę na swoje nazwisko, ale naprawdę na rzecz Zofii Sz.? Ludzie biorą pożyczki jeden na drugiego – stwierdziła urzędniczka. Katarzyna się uspokoiła.

Dorota C. znała Zofię od dzieciństwa. Zosiu, powiedziała Dorota, kiedy Sz. do niej przyjechała, nie mam czasu zajmować się pożyczkami, mam na głowie wesele syna. Ale Zofia prosiła i błagała. Pojedziemy do banku. Tam będzie wszystko przygotowane, nie zajmie ci to dużo czasu. No dobrze. Nazajutrz pojechali do banku w Jarosławiu.

 

Dorota nigdy dotąd nie brała pożyczek. Stanę z boku, powiedziała Zofia, a ty podejdź do tego pana. Chcę wziąć 20 tys., powiedziała Dorota przy okienku. No to piszemy – odrzekł pan. W rubryce zawód pan kazał mi napisać – mówi Dorota – przedszkolanka. Nigdy nie pracowałam w przedszkolu ani nigdzie. Mam dwa hektary i z tego żyję. Wzięłam pożyczkę i nawet tych pieniędzy nie przeliczyłam przed oddaniem Zofii. Ona odliczyła z nich 500 zł i powiedziała: Daję ci, żebyś sobie kupiła sukienkę i pantofle na wesele syna. Ale ja powiedziałam, że 500 zł to za dużo, więc dała mi 300 zł.

Dorota była spokojna, bo Zofia spłacała pożyczkę – 10 rat. A potem przestała. Teraz Dorocie zostało 14 rat po 912 zł miesięcznie. Nie ma z czego ich spłacać. Groziła Zofii adwokatem, ale ona wie, że na adwokata Doroty nie stać. Ma jedną krowę i tyle dochodu co z mleka, które oddaje do mleczarni.

Potem Zofia wzięła jeszcze pożyczkę w Banku Pocztowym – 5 tys. zł. Podrobiła mój podpis – mówi Dorota. Złożyłam oświadczenie, że nie brałam z tego banku żadnych pieniędzy i bank uznał, że mówię prawdę. Nie żąda ode mnie spłaty długu.

Katarzyna K. też ma dług w Pocztowym, choć w ogóle pożyczki nie brała. Zofia podrobiła mój podpis – twierdzi Katarzyna, a w rubryce zawód napisała – mgr inżynier, dochód – 3,7 tys. zł emerytury.

W końcu „dobroczyńcy” zaczęli się przyznawać przed najbliższymi. Starszy syn Doroty C. bardzo to przeżył. Postanowili oboje z żoną, że wyjadą do Włoch, żeby matce pomóc. Dorota spłaca teraz raty długu pieniędzmi, które oni tam zarabiają.

Józef K. też się odkrył przed swoimi. Początkowo spłacała raty, tak robiła prawie ze wszystkimi dłużnikami. Józef dowiedział się, że zalega w banku na sumę 100 tys. zł. Musiała – mówi – podrobić podpisy pod kolejnymi pożyczkami na moje nazwisko. Poszedł do prokuratury. Zainteresował sprawą Dariusza F., policjanta na emeryturze. Wiadomość zaczęła roznosić się po okolicy. Policjant mówi, że poszkodowanych może być około setki.

Józef K. bieduje. Płaci 2 tys. zł miesięcznie. Ma głęboką depresję. Był u psychologa. Prawie wszyscy mają myśli samobójcze.

Elżbieta B. mówi, że te myśli są szarego koloru. Raz odwiozło ją pogotowie. Śnią się jej co noc telefony z Eurobanku. Nie daje sobie z tym rady. Dlaczego w banku nie zażądali zgody od jej męża? Powyżej sumy, którą Elżbieta wzięła, potrzebna jest taka zgoda. Chce o to skarżyć Eurobank.

 

Maria N. tylko płakała. Latem zbiera jagody, grzyby i sprzedaje. Ale zimą? 830 zł emerytury na wszystko. Miała czworo dzieci. Jedna z jej córek umarła. Pozostałe dzieci są w Stanach, ale nie wiedzie im się za dobrze. Coś się stało z okiem Marii. Lekarze powiedzieli, że to od płaczu. Potrzebna była operacja. Maria prosiła bank, żeby jej odroczył spłatę raty na miesiąc–dwa. Ale bank się nie zgodził. Lekarz powiedział, żeby Maria starała się nie płakać. Ksiądz okazał zrozumienie: to jedna nitka łez, która się nie przerywa, powiedział.

Tylko sznur

Niektórzy – mówi Dariusz F. – dosłownie nie mają na chleb. Krystyna Ch. przyznaje wprost: biedę klepiemy. Teraz zostaje jej z emerytury 680 zł. Syn i córka są bezrobotni, na jej utrzymaniu. Nawet już nie wie, ile tych długów jest. Bardzo boi się, że komornik zabierze jej dom.

Bo Zofia Sz. wszystkich oskarżyła o zniesławienie. Od każdego żąda 50 tys. zadośćuczynienia. Dariusz F. każe im trzymać buzie na kłódki, żeby na nią za bardzo nie pomstowali, bo jeśli będą musieli jeszcze płacić takie straszne pieniądze, to już po nich. Tylko sznur.

Wstyd – mówi Krystyna Ch. Ludzie współczują, ale i mówią: gdzie ty oczy i rozum miałaś? Wszyscy się tego wstydzą, że tak po dziecinnemu dali się nabić w butelkę.

Ale, mówi Maria N., ona ma coś takiego w sobie, że nie można się jej oprzeć. Jakiś dar, jakąś moc. Wierzyłem jej bardziej niż własnej żonie – przyznaje Józef K.

Teraz Zofia Sz. – mówi Krystyna Ch. – chodzi po świecie, szpilki kupuje i śmieje się wszystkim w oczy. Ale jeździ do kościoła do innego miasta, bo do naszego pewnie się boi. Mówi, że jeszcze jej płacić będą za jej krzywdę, za to, że ją do gazet podali. Tyle że ją z pracy na poczcie wyrzucono.

Bo jestem skrzywdzona – mówi Zofia Sz. Media na naszym terenie mnie sponiewierały. Pełno kłamstw. Nie życzę sobie, żeby o mnie pisać, bo jestem niewinna. Każdy ma prawo wziąć pożyczkę na swoje nazwisko. Więc oni brali, a mnie nic do tego.

Prokuratura w Przeworsku zleciła grafologowi zbadanie podpisów na tych dokumentach bankowych, które zakwestionowali pożyczkobiorcy, twierdząc, że ich nigdy nie składali.

Polityka 03.2013 (2891) z dnia 15.01.2013; Kraj; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Nabrani na rany boskie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną