Nowa rewolucja za progiem: bunt staruszków

Nadciąga srebrne tsunami
Starzejące się pokolenie wyżu zmienia tradycyjne modele przeżywania starości. „Bunt staruszków” to nowe wyzwanie dla kultury, gospodarki i państwa.
Starość przestaje oznaczać umieranie. Oznacza nową pełnię, która musi być inna, ale nie chce i nie musi być gorsza od poprzednich.
Cathy Yeulet/PantherMedia

Starość przestaje oznaczać umieranie. Oznacza nową pełnię, która musi być inna, ale nie chce i nie musi być gorsza od poprzednich.

Krystyna Mazurówna i Olga Kora Jackowska z impetem przekraczają granice między pokoleniami.
Karol Kątny/Kapif.pl

Krystyna Mazurówna i Olga Kora Jackowska z impetem przekraczają granice między pokoleniami.

Dziś bycie starym jeszcze upośledza, jak pół wieku temu upośledzało bycie młodym. Ale już widać, jak pokolenie wyżu odwraca tę sytuację.
Wavebreakmedia ltd/PantherMedia

Dziś bycie starym jeszcze upośledza, jak pół wieku temu upośledzało bycie młodym. Ale już widać, jak pokolenie wyżu odwraca tę sytuację.

My ze spalonych snów,

My z głodujących jaw.

Za strach i lęk, za lata łez,

Już zemsty nadszedł czas.

Więc zarepetuj broń

i w gołowąsa mierz!

Słychać już stuk lasek o bruk,

Brzmi geriatryczny śpiew.

Więc naprzód, starcy, marsz.

Świat ignoruje nas.

Lecz zadrży młódź i zginie młódź

Z ręki wiekowych mas.

W wydanej sześć lat temu powieści „Rebelia” (z której pochodzi przeróbka Marszu Gwardii Ludowej) nominowany do Paszportu POLITYKI olsztyński pisarz Mariusz Sieniewicz opisał rewoltę staruszków. Krew leje się w niej obficie, ale główna ofiara nie ma skóry ni kości. Jest nią kulturowy owoc rewolty lat 60. Dogorywający dziś bożek młodości, który rządził Zachodem przez pół wieku.

Sześć lat temu wizja Sieniewicza błądziła na pograniczu fantasy i nadrealizmu. Dziś jest to metafora procesu, który zachodzi w większości rozwiniętego świata. Bo najliczniejsza generacja w historii wkracza w starość z impetem podobnym do tego, z jakim 50 lat temu wkraczała w dorosłość. Jak wtedy dzięki swej liczebności i determinacji bezwzględnie upomniała się o przyznanie równych praw młodości, tak dziś bezwzględnie, choć inaczej, upomina się o prawa starości. Pod wieloma względami stoimy więc w obliczu procesu na miarę Paryskiej Wiosny à rebours. A może będzie to raczej jej kolejny etap.

Za siedem lat w Łodzi będzie dwa razy więcej emerytów niż dzieci. W warszawskiej dzielnicy Śródmieście już teraz tak jest. Zdaniem demografów za kilkanaście lat cała Polska będzie miała takie międzygeneracyjne proporcje jak dziś centrum Warszawy. Nawet jeżeli nieśmiała polityka demograficzna rządu da jakieś efekty, tendencja najwyżej zwolni.

Świat miał być ich

O zmianie, która idzie, mówimy sporo w kontekście problemów z emeryturami. Ale to tylko jeden z wierzchołków problemu. Nie chodzi tylko o to, że przybywa staruszków, ale też o to, że mamy do czynienia z pokoleniem, które idzie przez historię jak walec i – jak żadne inne – zmienia świat wedle własnych potrzeb, nie licząc się z nikim i z niczym.

Pół wieku temu to pokolenie (powojenny wyż albo babyboomersi) wkraczając w dorosłość, walcząc na ulicach Paryża, Rzymu, San Francisco, Sydney, narzuciło Zachodowi nie tylko kult młodości, ale też kulturę przyjemności, rozrywki, luzu, indywidualnego szczęścia i samorealizacji. Taką, jakiej potrzeba nastolatkom. Po początkowym oporze starsze pokolenia przyjęły nowe reguły i wartości. Profesorowie – a po nich biznes i politycy – zapuścili włosy, pozdejmowali krawaty i zamiast Beethovena zaczęli nucić „Let it be”.

Kiedy boomersi dorośli i stali się częścią establishmentu, zafundowali światu drugą rewolucję. Byli młodzi, wykształceni, pewni siebie i przekonani, że im się należy. Świat miał być ich. Najpierw więc kupili, a potem uznali za swoje, hasła rewolucji neoliberalnej, która dostosowała porządek do potrzeb sprawnych, zdrowych, wydajnych, samodzielnych. Stworzyli świat dla ludzi w wieku średnim, którym nie potrzeba pomocy ani bezpieczeństwa, ale przestrzeni dla osobistej ekspansji i samorealizacji. Czyli znów dostosowali świat do potrzeb swojego pokolenia. Ich idolami byli Clinton, Blair, Schröder, a w Polsce Kwaśniewski. Ikony lat 60. – Fischer, Havel, Michnik – odnalazły się w nowej rewolucji bez trudu. Serce wciąż mieli po lewej stronie, ale – jak mówił o sobie Michnik – odkryli znaczenie portfela, który nosili po prawej.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną