Uczmy rodziny patologiczne normalności!

Okno na naszą stronę
Możemy ponure doniesienia o katowanych, zabijanych, podrzucanych, niechcianych dzieciach traktować jako wieści z nie naszego, obcego moralnie świata. Ale ta obojętność się zemści.
Tysiące osób na państwowych posadach i w organizacjach niepublicznych prowadzi gigantyczną robotę na rzecz niechcianych dzieciaków i ich niewydolnych rodzin. Syzyfową.
Mirosław Gryń/Polityka

Tysiące osób na państwowych posadach i w organizacjach niepublicznych prowadzi gigantyczną robotę na rzecz niechcianych dzieciaków i ich niewydolnych rodzin. Syzyfową.

Możemy trwać w przekonaniu, że 100 tys. dzieci, które i tak trzeba zabrać z rodzin, to stała liczba, trudno.
Frédéric de Villamil/Flickr CC by SA

Możemy trwać w przekonaniu, że 100 tys. dzieci, które i tak trzeba zabrać z rodzin, to stała liczba, trudno.

W rodzinnych domach dziecka wychowuje się 2,5 tys. dzieci, w rozmaitych rodzinach zastępczych niespokrewnionych z dzieckiem ok. 15 tys.
jpcolasso/Flickr CC by SA

W rodzinnych domach dziecka wychowuje się 2,5 tys. dzieci, w rozmaitych rodzinach zastępczych niespokrewnionych z dzieckiem ok. 15 tys.

Rozpoczyna się proces przeciw rodzicom zastępczym z Pucka oskarżonym o zabicie dwojga powierzonych im dzieci. Do tak zwanego okna życia w Stargardzie Szczecińskim trafiło kolejne, tym razem dwuipółletnie dziecko. Ruszył proces przeciw Katarzynie W., matce beatyfikowanej przez tabloidy Madzi. Gotowy jest akt oskarżenia przeciw kobiecie z podlaskiego Hipolitowa, której kilkoro dzieci odnaleziono – jak to określa kryminologiczny żargon – jako materiał biologiczny w stanie posuniętego rozkładu, pozakopywany i pochowany gdzieś po strychu i całym gospodarstwie.

Z pozoru – ponura kronika kryminalna, pasza raczej dla tabloidów i rozpaplanego Internetu. Łatwo się wzburzyć, też nasycić swoje poczucie odrębności od tego świata moralnej pustki, czasem psychicznej aberracji, zwykle materialnej biedy. To jednak za mało. Wszystkie te przypadki czytać trzeba jako dramatyczny sygnał, że jako społeczeństwo z czymś groźnym nie dajemy sobie rady. Chodzi o – by tym razem odwołać się do żargonu pedagogicznego – rodziny niewydolne wychowawczo. Czyli o tysiące domów, gdzie rodzą się niepotrzebne ich rodzicom dzieci.

Możemy się pocieszać, że te wszystkie przypadki uduszenia plastikowym workiem, utopienia w stawie, porzucenia w osiedlowym kontenerze na śmieci to ewenementy. Fakt, większość tych niechcianych żyje. Tyle że to los naznaczony krzywdą, biciem, poniewieraniem. Często doprowadzane są do stanu współczesnych Kasparów Hauserów – niekarmione jak należy, niemyte, nieleczone, nie mówią i nie chodzą do wieku przedszkolnego, nie załatwiają higienicznie potrzeb fizjologicznych. Niekiedy są obłędnie agresywne, nierzadko rozbudzone do jakiegoś chorego, bo nie wypada powiedzieć zboczonego, seksu. Nie znają żadnej bliskości, więc nawet nie tyle się do międzyludzkiego ciepła nie garną, ile uciekają przed nim jak przed poparzeniem. Z bidula trafiają do rodziny zastępczej, ale z niej wracają, bo nikt nie daje rady, i znów gdzieś trafiają, i tak do dorosłości, do przytułku dla bezdomnych, do poprawczaka, do więzienia.

Ich nędza, nasze fiasko

Zabójstwo dziecka jest w naszej kulturze – i całe szczęście – zbrodnią szczególnie piętnowaną. Porzucenie – już nie. Od tygodni tli się dyskusja wokół okien życia, co do których ich animator – Kościół – nie ma żadnych wątpliwości (choć takich podrośniętych maluchów to już jednak nie przyjmuje). Przeciwnie – widzi w nich miłosierny mechanizm napędzany tym samym „szacunkiem do życia”, który wyklucza rozmowę o aborcji z powodów społecznych, o antykoncepcji, o wychowaniu seksualnym.

Podobnie, niestety, rzecz się ma z państwem. Też ma swoje okna życia, ba, szeroko otwarte wrota – domy dziecka, czyli placówki socjalizacyjne i wielofunkcyjne opiekuńczo-socjalizacyjno-interwencyjne, jak się je teraz zgrabnie określa w urzędniczej nomenklaturze. I mówi dziś wielu: całe szczęście, bo przecież na puckim przykładzie widać, do czego prowadzą pomysły z jakąś tam zastępczą opieką rodzinną.

A więc fiasko? Fiasko całej tej od lat z takim trudem krzewionej idei, by przywrócić dzieciom domy, by pootwierać przed nimi rzeczywiste okna do normalnego życia? POLITYKA była w awangardzie rewolucji (drukowaliśmy cykl „Zamknijmy domy dziecka”) proklamowanej przed 15 laty, która zaczęła wkrótce pełzać, a właściwie się rozpełzać. Osiągnięcia są, czego specyficznym świadectwem jest nawet wspomniana eufemizacja nazewnictwa – oficjalnie domów dziecka nie ma.

Ale przez rozmaite placówki przewija się albo utyka tam na stałe wciąż ok. 23 tys. dzieci rocznie. (Przed 10 laty liczba pensjonariuszy domów dziecka oscylowała wokół 20 tys.). W rodzinnych domach dziecka (też inaczej nazwanych) wychowuje się 2,5 tys. dzieci, w rozmaitych rodzinach zastępczych niespokrewnionych z dzieckiem ok. 15 tys. Najwięcej – 47 tys. – pozostaje pod opieką rodzin zastępczych spokrewnionych, czyli najczęściej u babci, zwykle niewiele wydolniejszej od mamy.

Najszybciej ze wszystkich instytucji mnożą się okna życia – w 7 lat powstało 50, ponad 40 – katolickich, przydiecezjalnych. W innych krajach, np. w Niemczech, od tego pomysłu się odchodzi; niemiecka Rada Etyki wypowiedziała się w tej sprawie bardzo ostro – że okna wręcz generują cierpienie ludzi ograbionych z prawa do własnej tożsamości.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną