Społeczeństwo

Trzeba szczekać

Rozmowa z Elizą Michalik, dziennikarką Superstacji

„Zaczęłam pracować w „Gazecie Polskiej”, bo miałam znajomych w tym środowisku. Moje poglądy w tamtym czasie nie były efektem jakichś głębokich przemyśleń, ale wychowania i otoczenia, w jakim dorastałam”. „Zaczęłam pracować w „Gazecie Polskiej”, bo miałam znajomych w tym środowisku. Moje poglądy w tamtym czasie nie były efektem jakichś głębokich przemyśleń, ale wychowania i otoczenia, w jakim dorastałam”. Stanisław Ciok / Polityka
O ewolucji, zmianie poglądów i wolności słowa - mówi Eliza Michalik.
„Wierzę w to, że ludzie powinni sami decydować o sobie. Cały porządek społeczny powinien zmierzać do tego, by dać ludziom równe szanse i wolność wyboru”.TVN „Wierzę w to, że ludzie powinni sami decydować o sobie. Cały porządek społeczny powinien zmierzać do tego, by dać ludziom równe szanse i wolność wyboru”.

Artykuł w wersji audio

Joanna Podgórska: – Od „Gazety Polskiej” i „Gościa Niedzielnego” do pracy w stacji, którą niedawno ukarano za obrazę uczuć religijnych. To była ewolucja czy rewolucja?
Eliza Michalik: – Zdecydowanie ewolucja. Czasem jednak mam wrażenie, że zmiana poglądów w Polsce jest przestępstwem. Wiele osób się szczyci, że ma stałe poglądy, a mnie to się nie wydaje naturalne. Inaczej człowiek myśli mając lat 20, a inaczej mając 30. Wyszłam z konserwatywnego domu, gdzie panował tradycyjny podział ról i silny antykomunizm. To mnie zbliżało do prawicy. Zaczęłam pracować w „Gazecie Polskiej”, bo miałam znajomych w tym środowisku. Moje poglądy w tamtym czasie nie były efektem jakichś głębokich przemyśleń, ale wychowania i otoczenia, w jakim dorastałam. Mijały lata, obserwowałam rzeczywistość i zaczęłam dostrzegać, że pewne rzeczy są inne, niż mi się wydawało.

Co było inne?
Choćby kwestia praw kobiet. Kiedyś, jako katoliczce, podobał mi się konserwatywny porządek, który w miarę dobrze sprawdzał się w moim domu. Wydawało mi się też, że szklany sufit to wymysł feministek, bo ja w tamtym czasie się z nim nie zetknęłam. Pracowałam w redakcji, pisałam i zarabiałam, tak jak moi koledzy. Dopiero później, gdy chciałam się rozwijać i awansować, zaczęło do mnie docierać, że coś takiego jednak istnieje. Od pewnego momentu zaczynają się problemy. Tak było z moją przyjaciółką. Miała szansę awansować na stanowisko menedżera, ale cały zarząd i wszyscy menedżerowie byli facetami i w końcu awansowali faceta. Mimo że ona miała wyższe kwalifikacje i większe doświadczenie. Przeszkadzałaby w kultywowaniu męskich obyczajów, bo panowie wspólnie oglądali mecze, umawiali się na wódkę czy do klubów go-go.

Oczywiście to nie tak, że w poniedziałek jest się konserwatywną katoliczką, a we wtorek lewicującą feministką. To był proces. W moim życiu też zachodziły zmiany. Rozwiodłam się, a moje środowisko źle na to zareagowało.

Przecież prawicowi dziennikarze często się rozwodzą.
Mężczyznom w tym środowisku wolno więcej. W pewnym momencie przestałam się tam dobrze czuć. W „Gazecie Polskiej” też zachodziły zmiany. Gdy zaczynałam tam pracować, rządził Piotr Wierzbicki. To była inna gazeta niż dziś. Owszem, prawicowa i konserwatywna, ale było tam miejsce na publicystykę promującą liberalizm gospodarczy. To jest mój pogląd, który się nie zmienił. Nawiasem mówiąc, w „Gościu Niedzielnym” pisałam wyłącznie na tematy gospodarcze. Kiedy władzę w „Gazecie” przejął Tomasz Sakiewicz, z którym się zresztą przyjaźniłam, zaczęły się kłótnie, bo zmienił linię redakcyjną i żądał podporządkowania. Wcześniej na przykład razem z Piotrem Lisiewiczem pisaliśmy krytyczne teksty o ojcu Rydzyku. To było dla mnie ważne, a już nie było wolno.

Chciałam odejść w spokoju, ale się nie udało. Z tego środowiska bardzo ciężko się wychodzi, bo ono nie potrafi człowieka tak po prostu wypuścić. Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Zostałam wyrzucona z pracy, poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na warunkach podyktowanych przeze mnie.

 

Przy okazji została pani podobno ruską agentką.
W wypowiedzeniu Sakiewicz napisał, że działałam na szkodę redakcji, będąc rosyjską agentką o pseudonimie Natasza. Nawet sędzia w sądzie pracy był zdziwiony, bo jeszcze się z czymś takim nie spotkał. Brzmi zabawnie, ale to mnie kosztowało wiele nerwów. Środowisko odwróciło się ode mnie z dnia na dzień. Koleżanki, z którymi przez lata spotykałam się przy winie, nie chciały ze mną nawet rozmawiać. Na forach internetowych odsądzano mnie od czci i wiary. Dzwoniono do moich miejsc pracy, żeby ostrzec, że jestem ruską agentką i złodziejką, że wykradłam pieniądze z kasy „Gazety Polskiej”. Telefonowano nawet do moich znajomych, żeby ostrzec, jaka ze mnie szemrana postać. Oskarżenie o działanie w służbach to w tym środowisku chleb powszedni.

Nie chcę z siebie robić męczennicy. Poniosłam po prostu konsekwencje swojego wyboru. I tak miałam więcej szczęścia niż rozumu. Znam kilku dziennikarzy, którzy wcale nie myślą tego, co piszą, ale mają problem, bo tkwią w tym środowisku od lat, za dużo powiedzieli, napisali zbyt wiele książek, są szeroko znani i z tego się utrzymują. Religia smoleńska to potężna biznesowa machina. Na samym jeżdżeniu po Polsce zarabia się krocie. Nie mogą wyjść z tych butów, bo nie będą mieli na życie. To jest pułapka. A druga strona też ich nie przyjmie, bo na to za późno. Nie będą wiarygodni. Ja się, na szczęście, wcześnie obudziłam.

Swego czasu było o pani głośno w kontekście plagiatów. To nie była przeszkoda w szukaniu nowej pracy?
W Internecie trwała potworna nagonka na mnie. Powstała nawet strona Eliza Watch, gdzie fragmenty moich tekstów zestawiano z cudzymi. Bardzo efektownie to wyglądało. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład w moim tekście był fragment książki Jana Fijora. Tak, tylko że pod tekstem był dopisek, że z tej książki korzystałam, ale na to już nikt nie zwracał uwagi. Raz faktycznie się podłożyłam, bo przygotowując tekst o stanie dróg, wykorzystałam fragment raportu NIK. Nie sięgnęłam do źródła, ale do artykułu we „Wprost”, który się na ten raport powoływał. Ale tu chodziło o dane liczbowe, a nie jakąś konstrukcję intelektualną. Każdy z tych przypadków mogę wytłumaczyć, pisałam sprostowania, wydrukowałam duży tekst w „Życiu Warszawy”, gdzie je kolejno omawiam, ale to przeszło bez echa. Nie chcę wchodzić w spiskowe teorie, ale jestem przekonana, że tę kampanię w Internecie urządzili mi koledzy z „Gazety Polskiej”.

Ciągnie się za panią ta historia?
Takie sprawy zawsze się za człowiekiem ciągną na zasadzie, że jak ktoś chce psa uderzyć, to kij znajdzie. Najbardziej doprowadza mnie do szału postawa ludzi, którzy mówią: może i popełniałaś te plagiaty, ale jesteś fajna i inteligentna, więc wybaczamy ci błąd młodości. Wolę skrajności – albo wierzysz w moją niewinność i mnie szanujesz, albo uważasz mnie za plagiatorkę, twoja sprawa.

Pani ewolucja światopoglądowa to był zwrot radykalny.
Nie chcę się do końca deklarować. W Polsce jest problem szufladek, a ja sama ze sobą mam problem, bo nie pasuję do żadnej szufladki. Kiedyś tkwiłam w szufladce „katolicka dziennikarka” i jako taką zapraszał mnie do swojego programu Janek Pospieszalski. Kiedyś zadzwonił i mówi: słuchaj, Eliza, robimy program o legalizacji domów publicznych, może byś przyszła, bo jesteś świetnym batem na feministki. Powiedziałam, że mogę przyjść, problem w tym, że jestem za legalizacją domów publicznych. Po chwili milczenia usłyszałam: to może zatrudnisz się w burdelu. Rzucił słuchawką i nigdy więcej nie zadzwonił.

Teraz jest to samo. Bardzo zbliżyłam się do ruchu feministycznego, zapraszam działaczki do swoich programów, więc trafiłam do szufladki „lewicowa feministka”. Kiedyś w studiu rozmawiałam z działaczką feministyczną o sprawie Alicji Tysiąc. Nie kwestionowałam jej prawa do aborcji, też uważam, że to była skandaliczna sprawa. Spytałam tylko, dlaczego kobieta, która ma tak poważną wadę wzroku, że ciąża grozi jej ślepotą, nie stosowała antykoncepcji. Pani była strasznie zbulwersowana, zapowiedziała, że więcej do mnie nie przyjdzie.

Jeśli mam się jakoś ideowo określić, to powiedziałabym, że jestem wolnościowcem. Mój liberalizm gospodarczy jest tego cząstką. Wierzę w to, że ludzie powinni sami decydować o sobie. Cały porządek społeczny powinien zmierzać do tego, by dać ludziom równe szanse i wolność wyboru. A tak nie jest, bo grupy dyskryminowane, takie jak kobiety czy osoby homoseksualne, mają wybór zawężony.

 

Zmianie światopoglądu towarzyszyła ewolucja religijna?
To wszystko było powiązane i jakoś spójne. Nigdy na przykład nie byłam homofobką, ale drażniło mnie coś, co określałam jako lobby homoseksualne. Liczyło się dla mnie stanowisko Kościoła w tych kwestiach. Zweryfikowało je życie. Miałam znajomego, którego jeszcze jako dziennikarka „Gazety Polskiej” poznałam jako informatora, bo pracował w instytucji rządowej. Zaprzyjaźniliśmy się, bywałam u niego w domu i okazało się, że mieszka z chłopakiem. Tłumaczył, że to kuzyn. Po kilku latach jeden z nich powiedział mi, że są parą. Stanęłam przed wyborem: zrezygnować z przyjaźni albo zaakceptować. Zaakceptowałam. Później okazało się, że gejów w moim otoczeniu jest więcej, niż przypuszczałam. Zrozumiałam, że w konserwatywnym środowisku geje działają jako straszak. Nie zna się żadnego albo się myśli, że się nie zna, ale jest się przekonanym, że to wynaturzone dziwolągi.

Kiedyś na imprezie kolega powiedział, że nigdy nie zatrudniłby geja w swojej firmie, bo to obrzydliwe, co oni robią. Kiedy spytałam, czy zatrudniłby heteroseksualistę, który ma żonę i dzieci, a chodzi do agencji towarzyskich, był zdziwiony. Gdy zaczął mi się zmieniać światopogląd, poczułam też, że nie ma dla mnie miejsca w Kościele katolickim.

Wcześniej była pani ortodoksyjną czy bezrefleksyjną katoliczką?
Raczej bezrefleksyjną. Mama kazała chodzić do kościoła, to chodziłam. Nie znałam Biblii. Ostatnio spytałam znajomego, czy wie, że jako katolik wierzy, że w czasie komunii przyjmuje żywe ciało i krew Chrystusa. Odpowiedział: Nie, no co ty. A zgodnie z doktryną tak jest. To ewangelicy reformowani wierzą, że przyjmują chleb i wino jako symboliczną pamiątkę Ostatniej Wieczerzy. Moja świadoma wiara zaczęła się wraz ze zmianą wyznania. Dokonałam apostazji i przeszłam do Kościoła ewangelicko-reformowanego. To nie było łatwe, bo oni raczej zniechęcają. Przez pół roku musiałam chodzić na kursy przygotowujące, czytać Pismo, poznawać zasady wiary.

Dlaczego zniechęcają?
Sama się dziwiłam i pytałam pastora, dlaczego nie chcą pozyskiwać nowych wyznawców. Wytłumaczył mi, że im nie zależy na liczbie wyznawców, ale na tym, by to byli wyznawcy świadomi. W moim przypadku jednym z głównych powodów odejścia z Kościoła katolickiego był o. Tadeusz Rydzyk. Tłumaczyłam pastorowi, że nie chcę firmować instytucji, w której jest taka osoba, więc wychodzę, tak jak wyszłabym z każdej innej instytucji, w której dzieją się dziwne rzeczy. Pastor się roześmiał i powiedział, że w takim razie jestem świadomą konsumentką religii. Faktycznie jestem i lubię to określenie.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła niedawno na Superstację karę 70 tys. zł za obrazę uczuć religijnych, sama dostawała pani upomnienia od Rady. Włączacie autocenzurę?
Ja nie włączam, nie będę się hamować. Ale prawda jest taka, że Krajowa Rada strasznie się ostatnio uaktywniła. Po programie „Gilotyna”, który prowadzę z Marcinem Tellerem, przychodzą listy od Krajowej Rady, że obrażamy uczucia religijne, bo były skargi od stu widzów z jednej małej miejscowości na Podkarpaciu. Potem prezes musi pisać jakieś tłumaczenia czy sprostowania. Często się spieramy, gdzie jest granica wolności słowa, ale z drugiej strony zatrudnia mnie i pozwala głosić te herezje.

Ja jestem w tej luksusowej sytuacji, że nie muszę pracować w mediach. Uwielbiam to, ale mam też inne pomysły na życie. Wiem natomiast, że są dziennikarze, którzy muszą, bo kredyty, bo rodzina. W takich przypadkach może działać efekt chłodzenia. Gdy grozi im utrata pracy, wolą się ugryźć w język i powiedzieć za mało niż za dużo. Powstrzymują się przed krytyką instytucji publicznych, polityków, Kościoła. I to jest niedobre. Rafał Ziemkiewicz, z którym jesteśmy dziś po przeciwnych stronach barykady, powiedział kiedyś, że dziennikarz to jest pies łańcuchowy demokracji. Jak się coś dzieje, to ma szczekać. I w tym się akurat z nim zgadzam.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ożywianie mózgu po śmierci i transplantacja głowy. Czy istnieją granice neuronauki?

Badaczom udało się wznowić niektóre funkcje mózgów pobranych od świń, a inny naukowiec chciałby przeprowadzić transplantację ludzkiej głowy.

Piotr Rzymski
22.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną