Społeczeństwo

Królowie Wisły w środkowym biegu

Samotne życie z Wisłą w tle

Dworzec wodny w Porcie Praskim - zanim spłonął. Dworzec wodny w Porcie Praskim - zanim spłonął. Jan Brykczyński / Polityka
Po praskiej stronie Warszawy codziennie rano dwaj mężczyźni wychodzą popatrzeć na rzekę. Cumują parę kilometrów od siebie, ale nigdy się nie spotkali, każdy lubi swoją samotność.
Stefan, były rybak i król życia...Jan Brykczyński/Polityka Stefan, były rybak i król życia...
...mieszka na barce, zakotwiczonej w basenie zimowym Portu Żerańskiego,Jan Brykczyński/Polityka ...mieszka na barce, zakotwiczonej w basenie zimowym Portu Żerańskiego,
Bogdan, były mechanik na pchaczu wiślanym Żubr.Jan Brykczyński/Polityka Bogdan, były mechanik na pchaczu wiślanym Żubr.
Bogdan na swej barce w Porcie Praskim.Jan Brykczyński/Polityka Bogdan na swej barce w Porcie Praskim.
Stan obecny pchacza Żubr, legendu wiślanej żeglugi.Jan Brykczyński/Polityka Stan obecny pchacza Żubr, legendu wiślanej żeglugi.

Stefan, 66 lat

Jestem narażony na to, że przy większej wodzie pójdę na dno – napisał Stefan do sądu, gdy postanowił rozwieść się z żoną zamieszkałą w bloku na Bródnie z nowym panem. To już od dawna nie miało sensu, to małżeństwo, od jakichś 30 lat, kiedy on i tak nocował na Wiśle, a w domu rozgościł się nieznany mu gość, a potem drugi, natomiast żona zdzieliła Stefana żelazkiem – stąd zwichrowany nos. Mógł być wręcz trup, gdyby się Stefan nie odwrócił twarzą w kierunku żony, bo celowała na zabój, w potylicę. Zimą barka stoi stabilna w lodzie portu przy elektrociepłowni Żerań, ale wiosną zacznie się przybór, wycie stalowych lin, miauczenie kotów, wiosenna melancholia i Stefan może pójść na dno, jak każdy człowiek.

***

A bywało się królem. Jakiś ubrany w garnitur mężczyzna o ekranowej urodzie pozuje z sumem gigantem w drzwiach restauracji Pod Niedźwiedziem na Pradze. Brunet z baczkami, pod krawatem, o oczach pogromcy – taki był Stefan z Bródna.

***

Od szczeniaka chowany na Wiśle, w oczekiwaniu na powrót ojca z pracy nakopał już do puszki robaków, gapił się w nią, nie mógł się doczekać. Szli we dwóch łowić, na całe dnie. Dużo chłopaków z Pelcowizny wtedy łowiło na rzece, dla relaksu i na stół, jeśli któryś był przy pieniądzach, przynosił wino siarczanowe, z jabłek; ale to była całkiem inna Wisła, rano aż woda się gotowała, bo ryba dzióbkowała, aby się zaopatrzyć w tlen.

W chłopakach się gotowało. Wędkarze z Bródna jechali na osiedle Praga II pobawić się, a potem ci, którzy przetrwali, chodzili do białołęckiego więzienia odwiedzać tych, którzy wpadli. W latach 60. Stefan dostał dwa lata, mówi, że za cichy chód po ulicy, bo tak należy mówić, ale poszło o fakt, że milicjant bił go pałą, to Stefan przejął pałę i pobił milicjanta. W więzieniu mu się śniła Wisła, łódka pychówka przycumowana w żerańskim porcie do barki inżyniera Jarosza, woda wypełniona rybą. Dwa lata to nie był wyrok w porównaniu z kolegami, którzy potłukli milicjanta w cywilu pod kinem Mewa – dostali dwóch po 15 lat, jeden dożywocie, a Buchol nawet kaes, ale niewykonany, bo ojciec pracował w FSO i udało się dojść kanałami do kogoś ważnego.

***

Tyle o młodości. Większość chłopaków już nie żyje. Co i rusz dochodzi do Stefana na barkę wieść, że znowu któregoś wódka pokonała. Śmierć wyciąga chłopaków jak rybę z podbieraka. A Wisła przełowiona przez kurwów kormoranów, bo ptak zmienił zwyczaje opisane w encyklopediach i sto tysięcy nie odlatuje do ciepłych krajów na zimę. Po co ma lecieć, jak w Polsce jest pod ochroną i może żreć rybę aż do wymiotów; sto ton ryby na dzień wychodzi z polskiej wody przez tego gada.

***

Stefana bolą plecy, leży całe dnie w kajucie i ogląda telewizję, wnętrze ma jak skład starych ubrań i mebli. Barka dołem pordzewiała, nie popłynie, nie nadaje się nawet do przemieszczenia. Inżynier Jarosz w latach 60. barkę przerobił z przedwojennej pogłębiarki na warsztat szkutniczy, robił żaglówki omegi; potem sprzedał inżynierowi Goliszewskiemu, bo na Wiśle na Pradze obrót jednostkami pływającymi był zawsze ożywiony, inżynier z kolei kupował z żerańskiej fabryki fiatowskie silniki, przerabiał na strugowodne. Stefan na barce mieszka od 20 lat, inżynier przerzucił się na technologię suchą i poszedł w suche miejsce zostawiając barkę Stefanowi.

***

Jako król życia Stefan był ślusarzem, galwanizerem i manewrowym na kolei. Ale w każdym człowieku siedzi coś wielkiego i niespodziewanego, a w nim siedziała rzeźba – zwłaszcza frasobliwe Chrystusy. Przez 20 lat siedział z Chrystusami na Barbakanie. Rzeźbił na barce, jechał na Starówkę jak do pracy. Chrystusy szły. Miało się kolegę kataryniarza, właściciela tresowanej papugi. Ale za artystów wzięło się Ministerstwo Kultury i najpierw wysłało ich na Mariensztat, dla zwiększenia jego atrakcyjności. Więc całymi dniami moczyli nogi w fontannie tego martwego miejsca, bo nie było komu wróżyć papugą ani nikt się nie zjawiał po Chrystusy. Następnie władza przypięła im podatek i Stefan, z tym swoim talentem do smutnych twarzy, wycofał się całkiem na barkę, rybaczyć. A papuga kataryniarza, słyszał, robi teraz w szoł biznesie, bo władza podciągnęła jej działalność pod gry losowe.

***

Wyłowił przy niskim stanie Wisły kilka końskich czaszek. Z którejś wojny widocznie, jak się kawaleria rzucała w rzekę uciekając albo goniąc – jak to zawsze w Polsce.

***

W telewizji program wędkarski, pokazują jak łowić rybę. Dobry wędkarz – nawiązuje Stefan – ustawia się na konkretną rybę, bo w tej robocie, jeśli człowiek z tego żyje, nie może być losowości. Wędką łowi, ale i elektronarkozą, bo przystawka do agregatu prądotwórczego to legalne narzędzie rybackie – ale złowi, co chce. Na burcie barki wypisał: licencjonowane rybactwo śródlądowe. Latem rano idą nad Wisłę amatorzy z bloków Bródna łowić jak dawniej, ale nic nie złowią, wracają spaleni słońcem, wstępują do Stefana kupić ryby dla podratowania honoru. Tak było do niedawna, teraz Stefan zawiesił działalność jako śmiechu wartą, bo woda w rzece niska, ryba przełowiona, licencja za droga, dwa czterysta na rok za dwa dni łowienia w tygodniu, zakazy połowu ryby szlachetnej, no chyba, że się znajdzie zdechłą szlachetną, ale wówczas należy napisać protokół o naturalnych przyczynach śmierci.

***

Nie opłaca się rybaczyć. Przez ekologię Wisła stała się masową hodowlą bobrów i kormoranów. A jeszcze tyle się mówi w telewizji, że ludziom nie należy dawać ryby, tylko wędkę – idiota jakiś to wymyślił. Przecież jak każdy pójdzie z wędką na rzekę, to populację ryby zlikwidują raz dwa, denerwuje się Stefan. Ryba mu nie smakuje, łowi już tylko dla swoich kotów. Tego patałajstwa nałowi i niech koty żrą. A tu w telewizji poławiają rybę. Syn Stefanowi przysłał z Bułgarii pocztówkę w kształcie ryby. Kolega na Boże Narodzenie przyniósł mu rybę w galarecie z supermarketu. W sumie, gdzie człowiek spojrzy, wszędzie, mać, ryba.

Bogdan, 60 lat

Było się królem, mechanikiem na wiślanym pchaczu Żubr, za Gierka woziło się zboże do Gdańska, 20 dni pracy, 10 wolnego. Ale jakoś nikt z pchacza nie schodził do domu albo dekowali się chłopcy na nabrzeżach, tak rzekę kochali. Albo swoje twarde towarzystwo, gdy się po pracy siadało w pakamerze przy alkoholu i pod sufit strzelały racjonalizacje, na przykład jak przebudować szuflę do węgla. Całe życie na barce robię, podliczał jeden stary szyper, i przez ten czas raz w domu byłem na święta – mówił z pewnym zdziwieniem. Ale to były czasy, kiedy Wisła była socjalistyczną bajką, zanosiło się, że będzie nawet lepiej, że Gierek Wisłę pogłębi i Bogdan będzie już zawsze królem Wisły.

***

Tymczasem komuna się skończyła i woda na Wiśle się skończyła, mówi Bogdan. O dwa metry opadł przeciętny stan, z trzech metrów do jednego. Również w ludziach opadło, wrócili na ląd pić, pchacza Żubra kupiła prywatna firma, ściągnęła na brzeg w jakichś zamiarach, nawet pożyczkę z banku wzięła na to konto, ale właściciel firmy umarł tak nagle, że nie wiadomo, o co mu chodziło. Obrót jednostkami pływającymi zawsze był na Wiśle w Warszawie duży, Żubra ktoś kupił, ale zorientował się, że dno przerdzewiałe, stracił zapał i tak Żubr trafił do Bogdana. Inne statki szły na żyletki lub do Kazimierza Dolnego spławiać turystów.

***

Bogdan pozostał na rzece. Ponieważ jest w Wiśle coś wciągającego. Bogdan sprzedał Żubra na złom i kupił kuter w Płocku, osiem lat tam stał ten kuter, podobno harcerze realizowali na nim marzenia o rejsie, beztrosko spawali blachy różnej grubości, a zapomnieli o stępce, aż zrozumieli cały bezsens. Bardzo dobrze, mówi Bogdan, boby się utopili. Bogdan siedział w Porcie Praskim, mieszkał w hangarze i spawał sam, fachowo, bo też miał marzenie popłynąć w Polskę, ale mu w ostatniego sylwestra nieznani sprawcy podprowadzili agregat. Bogdan nie odpuścił i zarabia na nowy agregat jako palacz piecowy w kamienicy przy porcie. Teren kupił deweloper i zamienia przedwojenną rzeźnię bydła na luksus zamieszkania.

***

Co takiego jest w Wiśle wciągającego nikt się, k...wa, nie orientuje, ale musi być coś wielkiego, mówi Bogdan. Urodzony jest na ulicy Ząbkowskiej, w sercu Pragi, matka była dozorczynią, mieszkanie mieli tak usytuowane, że połowa, do której docierało słońce, była sucha, a druga zawilgocona. W dzielnicy
liczył się honor przez samo h, nie ten przez ch, mówi Bogdan, nie zdarzało się tak, żeby się napić i obić mordę za nic. Zawsze za coś. Stawało naprzeciw siebie po 15 zawodników i robili młyn. A wśród tych chłopaków byli przyszli ślusarze, frezerzy, tokarze, potentaci z Bazaru Różyckiego. Większość już nie żyje – gdyby jeszcze pili wódkę, ale oni odeszli przez wynalazki takie jak perfumy męskie i płyn do chłodnic samochodowych. Był tam też jeden przyszły marynarz wojenny i to był właśnie Bogdan.

***

Chodził do zawodówki na Pradze, dni się dłużyły, aż tu naraz święto – przyjechał nieznany tata kolegi, prawdziwy marynarz. Kolega poszedł na morze za tatą, pływał zawodowo, wypadł za burtę i się utopił. Sztorm go wypchnął – jakie to było piękne w swojej straszności. Bogdan orientował się w tamtym czasie, że jego kraj leży nad morzem, ale morze zobaczył w wieku 17 lat, bo pojechał na egzaminy do szkoły Marynarki Wojennej w Ustce. Marwoj, mówi, nic tylko Marwoj. Na dłoni nosi z dumą wytatuowaną kotwiczkę, wizytówkę z Marwoju. Dźwiga szuflę, aby w kotłowni na Pradze, przy Porcie Praskim, gdzie stoi jego niedokończona barka, sypać węgiel do pieca centralnego ogrzewania.

***

W Porcie Praskim, budując swą barkę, przeżył cały Jarmark Europa na pobliskim Stadionie Dziesięciolecia. W czasach, kiedy Rosjanie jeszcze nie byli bogaci. Rozniosło się po stadionie, że jest taki Bogdan spawacz, i spawał im za litr wódki połamane resory autokarów, którymi wozili towar. Widział, jak pali się w nocy zacumowany w porcie zabytkowy dworzec wiślany – przyszło kilku gówniarzy z rozweselaczami, weszli do dawnej kasy biletowej, rozpalili sobie ognisko i tyle. Widział także akcję powodziową w 2007 r., kiedy ludzie się skrzyknęli bronić osiedla Jagiellońska przed Wisłą, biegali z workami piachu, aż nagle, na ich oczach, w cudowny sposób rzeka opadła. Bo się okazało, że odpłynęła niezaznaczonym na planach kanałem burzowym, który wylot miał aż na Żeraniu. Woda wpadła do portu przy elektrociepłowni, Stefanowi rybakowi podtopiła barkę nie pierwszy raz i nie ostatni.

***

Ten kanał burzowy był szeroki na sześć metrów, a wysoki na trzy, prawdopodobnie po to, żeby w jakiejś wojnie kawaleria mogła nim spokojnie uciekać przed wrogiem albo gonić go – jak to często w Polsce bywało.

***

Bogdana bolą plecy, reumatycznie – od wody. Krzyż mnie trzepie, mówi, ale kładę na to. Kupię sobie maści i wsmaruję. Albo taki pas znajdę, biodrowy, który złe prądy ściąga. I w kotłowni odwraca uwagę od pleców, pokazuje na mapę ścienną z czasów ZSRR, mapę żeglugi, na której zaznaczono nieaktualne szlaki morskie. To gdzie jest ten żeglarz? – pyta Bogdan. Bo jakiś żeglarz znowu samotnie płynie przez świat i Bogdan go stracił z oczu, kiedy tamtemu stery urwało czy też maszty. Mapę ktoś wyrzucił na śmietnik, że nieważna, a Bogdan wziął do siebie do Portu Praskiego i ma już ze 20 lat przy sobie. Zawsze, jak się topił na barce przez wiosenne i letnie przybory rzeki, to przed wyjściem na ląd szukał tej mapy i ją ratował, dla niego jest ważna. Mapa poplamiona wiślanym szlamem wisi nad stołem w kotłowni.

***

Barka najważniejsza. Na barce Bogdan zarabiał nie będzie. Ma tylko takie marzenie popłynąć nią na Mazury, sprawdzić, czy nie zatonie. W związku z tym planem ważne jest, żeby temu złodziejowi, który rąbnął agregat do spawarki, uschły jego złodziejskie ręce. Ostatnio Bogdan miał przypadkowo windę towarową na zbyciu, więc zamienił się z kolegą, który miał przypadkowo silnik strugowodny. Barka ma silnik, marzenia Bogdana, mimo utraty agregatu, nie pójdą na dno.

***

A co niby miałbym robić? – pyta Bogdan. – Chodzić w cymbergaja grać? Zaraz by się zaczęły zbiórki 60-latków na podwórku, alpażki i wódka. Wiecie, jaka jest ładna Wisła w Warszawie, jak się spojrzy rano?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną