Społeczeństwo

Beznadziejni

Faceci są do niczego

Czyżby kobiety pogrążały się w przekonaniu, że jeśli chodzi o odpowiedzialność, spolegliwość i długoterminowe planowanie, „faceci są beznadziejni”? Czyżby kobiety pogrążały się w przekonaniu, że jeśli chodzi o odpowiedzialność, spolegliwość i długoterminowe planowanie, „faceci są beznadziejni”? Mirosław Gryń / Polityka
Dlaczego Polki tak bardzo nie chcą dziś rodzić dzieci – niemal najbardziej ze wszystkich kobiet na świecie? Oprócz powszechnie wymienianych przyczyn materialnych powtarza się jeszcze jedna: bo nie wierzą w mężczyzn. Nie mogą trafić na solidnych partnerów.
Młode matki na pytanie, dlaczego nie planują dzieci poza swoim jedynakiem, odpowiadają (ponad 80 proc. w świeżym, marcowym badaniu CBOS): bo już mam.Mirosław Gryń/Polityka Młode matki na pytanie, dlaczego nie planują dzieci poza swoim jedynakiem, odpowiadają (ponad 80 proc. w świeżym, marcowym badaniu CBOS): bo już mam.
62 proc. Polaków w wieku 18–34 lat, pytanych przez CBOS o cel życiowy na najbliższy czas, powiada: przede wszystkim aktywność zawodowa. 19 proc. – rodzina.Mirosław Gryń/Polityka 62 proc. Polaków w wieku 18–34 lat, pytanych przez CBOS o cel życiowy na najbliższy czas, powiada: przede wszystkim aktywność zawodowa. 19 proc. – rodzina.

Artykuł w wersji audio

Polki znalazły się w demograficznej ariergardzie. Nie chcą dzieci, a właściwie nie chcą tyle, ile by naprawdę chciały. Bo w deklaracjach marzą o dwójce. A w praktyce wychodzi 1,34 dziecka na kobietę. 208 miejsce na 220 krajów w tzw. wskaźniku dzietności. Młode matki na pytanie, dlaczego nie planują dzieci poza swoim jedynakiem, odpowiadają (ponad 80 proc. w świeżym, marcowym badaniu CBOS): bo już mam.

Nastąpiła taka faza w życiu współczesnych społeczeństw Zachodu, że dzietność jest życiową przeszkodą – konstatuje Irena Wójcicka, prawa ręka prezydenta od spraw społecznych. Marzy o dojściu Polski choćby do wskaźnika 1,5, bo o duńskim obecnym 2,1 myśleć – wobec twardych danych demograficznych – byłoby absurdem. Dotrzeć choćby do brytyjskiego 1,91, holenderskiego 1,78, szwedzkiego 1,67.

Dlaczego Polki uważają dzieci za przeszkodę nie do pokonania? We wspomnianym sondażu CBOS kobiety, oczywiście, uskarżały się na brak żłobków i przedszkoli oraz bardzo kosztowną opiekę prywatną (68 proc. odpowiedzi). Oczywiście – na trudności w pogodzeniu ról zawodowych i macierzyńskich: co trzecia kobieta zrezygnowała z pracy po urodzeniu, a co dziesiątą po prostu po macierzyńskim zwolniono. Nie przeszkadza natomiast w posiadaniu dzieci ani wykształcenie (te z wyższym chcą nawet rodzić więcej), ani życie w wielkim mieście. Pojawiła się też w wynikach tego sondażu bardzo interesująca koincydencja: zapytano kobiety, czy przy wychowywaniu dzieci mogą liczyć na pomoc partnera. Te, które odpowiedziały „tak”, aż trzy razy częściej od pozostałych zapewniły, że chcą i planują dziecko.

Z badań SGH (program Famwell, dotyczący kondycji polskiej rodziny) wynika, że aż połowa bezdzietnych młodych Polek nie spotkała dotychczas nikogo, z kim mogłaby planować obiecujący, dzieciodajny związek. Nie ma z kim tych dzieci począć, a cóż dopiero wychowywać. Ćwierć populacji w wieku 24–32 lata żyje dziś w pojedynkę; GUS wróży, że przy dzisiejszym tempie wzrostu singielstwa w 2030 r. będzie ich w Polsce nawet 7 mln. (Jak wynika z opublikowanych właśnie danych ostatniego spisu powszechnego, aż 60 proc. kobiet i 76 proc. mężczyzn przed trzydziestką to osoby stanu wolnego). Dlaczego nie wchodzą w związki? Bo to w sumie fajniejszy i dostatniejszy model życia, odpowiadają w badaniach. Ale na pierwszym miejscu króluje odpowiedź: obawiam się nieudanego małżeństwa (62 proc., SMG/KRC).

Więc tu byłoby sedno sprawy? Czyżby kobiety nie decydowały się na dzieci, bo nie wierzą w męską pomoc? Czyżby pogrążały się w przekonaniu, że jeśli chodzi o odpowiedzialność, spolegliwość i długoterminowe planowanie, „faceci są beznadziejni”?

Zima w postkomunie

Kanoniczny zestaw przyczyn, dla których w Europie Zachodniej już pół wieku temu nastała demograficzna zima, to: antykoncepcja, wejście kobiet na rynek pracy, emancypacja w sensie kulturowym, politycznym, mentalnym. Teraz zima nastała we wszystkich (poza Rosją) europejskich państwach postkomunistycznych, bo gdy spojrzeć na dolne rejony „dzietnościowej” tabeli, to lekko przed nami albo za nami sytuują się Łotwa, Litwa, Białoruś, państwa pojugosłowiańskie, Słowacja, Czechy. Wniosek nasuwa się sam: musi nas w tej byłej demoludowej rodzinie łączyć jakieś wspólne doświadczenie społeczne i kulturowe. Rozmaite zjawiska społeczne, owszem, docierają na wschód Europy z opóźnieniem. Lecz tu z kobietami coś osobliwego stało się w emancypacyjnej sztafecie. Bo przecież nie zaczęła się ona 10 czy 20 lat temu, ale zaraz po wojnie. Tyle że w naszych okolicach własnymi ścieżkami szła i antykoncepcja, i awans, i przemiana psychologiczna. A przede wszystkim – układanie się na nowo z mężczyznami. Zaś mężczyzn dotknął zapewne też odmienny od zachodniego rodzaj kryzysu, załamania się ich tradycyjnej patriarchalnej roli.

Powojenne pokolenie kobiet (dziś dożywające starości) emancypowało się kulawo. Bo nic sobie z tradycyjnej kobiecej roli nie ujęło, a wszystko, co było do dołożenia, dołożyło. Kobiety pracowały bardziej z ekonomicznego przymusu niż z przekonania. Do roboty zmuszała bieda. Socrealistyczna paraemancypacyjna propaganda z kobietami na traktorach – to akurat irytowało i odstręczało. Pracowały – jak to określa socjologia – przylepione do podłogi, najczęściej na nisko płatnych stanowiskach salowych, pielęgniarek, szeregowych urzędniczek, robotnic. Młode kobiety w latach 50., 60., 70. budowały praktycznie całą swoją tożsamość na mężu i rodzinie. Na samym fakcie posiadania męża i rodziny. Byle nie zostać starą panną. (Społeczne ciśnienie na ożenek dotyczyło też mężczyzn). Antykoncepcja? Skrobanka raz na rok: szło się z koleżanką, stawało w kolejce przed szpitalnym gabinetem zabiegowym. Taśma. Mężczyzna był poza tym.

Mężczyzna zresztą był też poza umyciem szklanki po własnej herbacie, gotowaniem, w końcu – kolejkami, kartkami na mięso.

Marek Kochan, pisarz, autor m.in. „Placu zabaw”, powieści o ojcostwie, tak niedawno mówił na łamach naszego „Pomocnika Psychologicznego”: „Pokolenie mężczyzn, które dorastało po wojnie, było w dużej części upośledzone, skarlałe. Komunizm ukatrupiał męskość, odbierał mężczyznom moc, chyba że ktoś był partyjnym dygnitarzem lub ubekiem. W domach panował fikcyjny patriarchat – ponieważ ci mężczyźni nie mogli odnosić realnych sukcesów. Świat naznaczony był małością”.

Imitacja awansu

Jeśli tamte kobiety się buntowały, to już na konto córek – dziś 50-, 40-latek. One musiały być perfekcyjne: ciasto na święta musi być, ale najważniejsze jest wyższe wykształcenie i prestiżowy zawód (w latach 80. rzeczywiście proporcja kobiet i mężczyzn na studiach wyrównała się). Mąż? Oczywiście, przecież komuś perfekcyjnemu musi przydarzyć się stosowny mąż. Wielu dzisiejszym 40-, 50-latkom życie upływa z tym zaindukowanym „muszę”.

Grono biznesmenek, prawniczek, korporacyjnych menedżerek niedawno zebrało się w Krakowie na konferencji „Nie wystarczy być kobietą. Kobieta, praca, sukces”. Można dodawać: dom, dzieci, pieniądze… Wiele kobiet osiągnęło to wszystko. I wiele wpadło w poczucie, że ich życie jest imitacją. Że same są imitacją siebie, zewnętrznym wizerunkiem idealnej kobiety-kombajnu. Kariera jest imitacją kariery: owszem, aż dwie trzecie małych firm w Polsce prowadzą panie, ale w zarządach spółek giełdowych stanowią zaledwie 6 proc. składu. Najchętniej powierza się im role lojalnych, poręcznych, łagodnych zastępców do ciężkiej roboty. Same wierzą w stereotyp, że kobieta do tego jest stworzona, choć często z politowaniem obserwują, jak szefowie imitują kompetencję.

Badacze społeczni zaraz po transformacji orzekli, że mężczyźni gorzej od kobiet odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Kobietom przeszkadza męski brak ambicji, narzekają na emocjonalną pustkę, lenistwo, na umysłowy zastój. Mężczyźni rzadko są już w domu władcami, ale też nie zostali jeszcze partnerami.

Co się dzieje zatem z mężczyznami, tymi 40-, 50-, 60-latkami? Samce alfa, które znakomicie się czują u biznesowych i politycznych sterów, tacy, którzy potrafią zarobić na komfortowe utrzymanie rodziny, to znikomy (2–3) procent populacji. Zorganizowany wedle „męskich”, ostro rywalizacyjnych reguł świat pracy wielu mężczyzn mieli na swoje ofiary (w USA podawano, że aż 80 proc. mężczyzn uważa swoją pracę za pozbawioną sensu i uciążliwą, w Polsce ok. 40 proc. mówi, że są z niej średnio zadowoleni lub w ogóle nie). Ostra walka (teraz również ze świetnie wykształconymi i ambitnymi kobietami) sprawia, że słabną w sensie ścisłym: żyją średnio 7 lat krócej od kobiet, częściej podejmują próby samobójcze, częściej pokonuje ich rak i zawał, nawet różnice w zarobkach między kobietami i mężczyznami stopniowo się wyrównują. I doznają tego, co w ich mniemaniu męskość kwestionuje najboleśniej: kłopotów z potencją.

Jacek Masłowski, filozof, terapeuta, prezes coraz aktywniejszej fundacji Masculinum, która zapowiada walkę z feministycznymi stereotypami, mówi w wywiadach, że dla wielu mężczyzn praca stała się złudnym sposobem na zbudowanie własnej wartości. Alibi na nieobecność w domu, azylem. Bo też nie mają oni własnego miejsca w domu. Nie wiedzą nawet, jak ta męska przestrzeń miałaby wyglądać.

Wzory na makatce

Socjolog prof. Tomasz Szlendak na łamach „Ja My Oni” tak opisuje dramaturgię standardowych relacji domowych: „Irytuje mnie ta ustawiczna praca kobiet nad kształtowaniem i zmienianiem facetów. Jak tylko zakłada się obrączkę na palec, to kobieta zaczyna mozolnie wyżymać cechy, które wcześniej w facecie się podobały. Efektem jest zamiana partnera w papciowego misia tyjącego przed telewizorem. Aż pewnego dnia patrzą i myślą sobie, gdzie ja oczy miałam?”.

Masłowski wtóruje: „Kiedy role przestały być oczywiste, mężczyzna nie wie, do czego się uruchomić. Wielu uruchamia się do tego, żeby było przyjemnie, albo w ogóle się nie uruchamia”. Uruchamia ich nowy samochód, nowy komputer, nowa młoda partnerka.

Obserwując te – opisane w socjologicznych analizach – postpeerelowskie wzorce papciowego, półobecnego mężczyzny i neurotycznej, nadaktywnej kobiety, rosło pokolenie wchodzące dziś w dorosłe życie. Często młodym kobietom matka i babka wpoiły, że małżeństwo to nie jest taki dobry interes. I nie jest konieczne. Masłowski twierdzi, że także zagubiony facet uległ pokusie, by odpowiedzi na pytanie, jak być ojcem i partnerem, szukać u kobiet – matek, ciotek, babć. Ale Zofia Milska-Wrzosińska twardo stawia sprawę: matka rzadko myśli altruistycznie i perspektywicznie; mało ją interesuje, czy syn będzie ciepły, empatyczny i wrażliwy wobec innych kobiet. Wszystkie cechy, których jej brakuje w mężu, chętnie wzbudzi w synu, ale wobec siebie.

Wzory płynące z popularnej kultury są marne. Marek Kochan o mężczyznach: „Najczęściej modelem jest celebryta, reprezentujący męskość kuriozalną. Karykatura męskości. Posiada atrybuty męskości – bogactwo, sławę, wianuszek kobiet, ale jest pusty w środku, niedojrzały, nieukształtowany jako człowiek. Forma pozbawiona treści”. Także kobiety otrzymują przekaz pełen zafałszowań i sprzeczności. Z jednej strony, ukazywane są jako istoty słabe i zagubione w świecie mężczyzn. Z drugiej – dziesiątki zdobywczyń świata, a każda wygląda jak milion dolarów.

Dr Mariola Kosowicz, psycholog i terapeutka, tak rekonstruuje stan, w który ten wylukrowany obraz wprawia przeciętną pacjentkę jej gabinetu: „A ja? 38 lat, straciłam pracę. Jak pojechać do małego miasteczka, spotkać się z beznadziejnym ojcem, który wydziwiał na moje studia, na całą tę Warszawę i powiedzieć, że przegrałam? Jak mam się pokazać bez makijażu facetowi?”. Te wyłącznie zajmujące się domem pod wpływem tzw. archetypu wyzwolonej kobiety często wstydzą się swej roli. Ciągle słyszą: musisz się rozwijać, wyjść z domu, być piękna, wszechstronna, realizować się w pracy. Mieć świat pod kontrolą, siebie pod kontrolą, mężczyzn pod kontrolą.

Rośnie dystans i napięcie między kulturowymi wzorcami a życiowymi realiami. Bo ani model tradycyjny nie daje się uchwycić (gdzie ci mężczyźni utrzymujący dom?), ani nowoczesny (dam sobie radę) wypełnić. Zdaniem psychoterapeutki, to obecne, dramatyczne rozejście się młodych kobiet i mężczyzn (i w sensie wzorców, i praktyki życiowej) ma też jeszcze dodatkowe, historyczne tło, nasilające lęk przed posiadaniem dzieci.

Polacy nie od pokolenia czy dwóch, ale od stuleci muszą budować swoją psychologiczną tożsamość na lichym korzeniu społecznym i kulturowym. Ciąg wojenno-zaborowy i czasy PRL sprawiły, że raz po raz wywracała się u nas struktura społeczna. Pokolenie po pokoleniu – ludzie z awansu. Z kompleksem niższej wartości, z wyobrażeniem ja idealnego i z chroniczną potrzebą potwierdzania swojej wartości zewnętrznymi oznakami. Jestem, na kogo wyglądam i co mam. Moja partnerka czy partner mają potwierdzać to, kim jestem. Dziecko ma tak wyglądać, by potwierdzało. Współczesność niebywale wzmocniła to zjawisko mentalne. I stało się: dziecko jawi się teraz jako kosztowny projekt, inwestycja. Ryzykowny. Nie do udźwignięcia.

Związki zakładane przez młodych są kruche. Spis powszechny z 2011 r. ujawnił, że w tzw. związkach kohabitacyjnych (bez formalnych zobowiązań) żyje już 650 tys., głównie młodych ludzi. W ciągu dekady ta liczba wzrosła o ponad połowę. Podobnie jak liczba rozwiedzionych (z 3,7 do 5 proc. populacji). Najczęściej rozwodzą się ci, którzy wzięli ślub w wieku do 24 lat – po 5–9 latach małżeństwa; w dwóch na trzy przypadki inicjuje rozwód kobieta. Coraz częściej młode pary poszukują wsparcia w gabinetach psychoterapeutycznych, niedogadane, rozpadające się z zadziwiającą łatwością.

U dr Marioli Kosowicz zjawiają się kobiety, które dłużej nie dają rady ogarnąć swego życia i narzuconej przez otaczający świat kobiecej roli. Coraz częściej czują się rozbite. A przede wszystkim przekonane, że ze strony mężczyzn może je spotkać tylko rozczarowanie. Nierzadko po trudnych doświadczeniach własnych lub przyjaciółek tworzą sobie skrajnie negatywny obraz mężczyzny. Dla wielu z nich facet to z definicji egoistyczna świnia: bez ustawowego przymusu w niczym nie pomoże.

Masłowski mówi, że po pomoc do psychoterapeuty zgłaszają się teraz również wcale nierzadko mężczyźni – jako ofiary psychicznej przemocy domowej, która jest domeną kobiet. One karzą ich nieudacznictwo odmową uczuć i zainteresowania. Klasycznym fochem. Bagatelizowaniem osiągnięć i wyolbrzymianiem porażek. Wyzywaniem, szantażowaniem, upokarzaniem, zawstydzaniem, straszeniem.

Bez iluzji

A jednak człowiek chce przynależeć do drugiego, ten filar psychiki się nie zmienia. Nawet single – 47 proc. widzi siebie ostatecznie w małżeństwie, a 14 proc. w związku partnerskim (SMG/KRC). Prowadzą zwykle ożywione życie towarzyskie i erotyczne. Chodzą na randki. Umawiają się przez Internet. Wzajemnie oglądają, szacują i nierzadko zawyżają swoje walory. A potem przychodzą do terapeuty z pytaniem: co ze mną nie tak? – opowiada dr Kosowicz. Dlaczego od czterech lat na nikogo nie trafiam? Czasem idą na te randki z przekonaniami. Ona: że on znowu rozczaruje, jak wszyscy faceci. On: że ona ciągle będzie ode mnie czegoś chciała, jak wszystkie kobiety. Z oczekiwaniami, których druga strona nie może spełnić. On chce spotkać laskę do pokazywania się na korcie tenisowym, by podkreślała jego status. I spotyka bizneswoman w latach. Ona – aroganckiego osiłka, który każe jej płacić za kawę (skoro jest dzianą bizneswoman) i nawet krzesła nie odsunie (skoro taka silna). A tak naprawdę obie strony jak ognia boją się bliskości, zobowiązań i odpowiedzialności. Nierzadko robi się z tego seks jednorazowy i pozostaje poczucie pustki.

62 proc. Polaków w wieku 18–34 lat, pytanych przez CBOS o cel życiowy na najbliższy czas, powiada: przede wszystkim aktywność zawodowa. 19 proc. – rodzina. Państwa zachodniej Europy – akceptując to przewartościowanie życiowych priorytetów, nowy styl życia, luźniejszą formę związków – wchodzą niejako w role rodzinne; zapewniają opiekę, wydłużają edukację, wprowadzają udogodnienia finansowe i prawne dla rodziców, niezależnie od tego, jak poukładali sobie życie. Nasz problem tkwi nie tylko w żłobkach i przedszkolach, macierzyńskich i tacierzyńskich, lecz także w mentalnym bagażu, odziedziczonym po skomplikowanej historii społecznej – poczucie osamotnienia, rozczarowania, nieufności i zagubienia wobec płci przeciwnej jest tu silniejsze niż na Zachodzie.

Sens ma więc rewizja wzajemnych oczekiwań, bardziej świadome układanie relacji z bliską osobą. Bez złudzeń, że – sam żyjący w niepewności – mężczyzna jest w stanie dać kobiecie poczucie bezpieczeństwa w niestabilnych czasach. I bez iluzji, że da się zawrócić kobiety do tak zwanego klasycznego modelu małżeństwa i rodziny. Od tego miejsca można zaczynać sensowną politykę demograficzną. Własną i państwową.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Gasiłem getto. Świadectwo człowieka, który w czasie powstania w getcie pracował jako polski strażak

Któregoś dnia widziałem tak potworne wydarzenie, że prawie zemdlałem.

Janusz Ostrowski
04.11.2009
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną