Społeczeństwo

Wyznanie niewiary

Kim są polscy niewierzący?

Marsz ateistów w Krakowie. Marsz ateistów w Krakowie. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
O tym, jacy są polscy ateiści, opowiada Radosław Tyrała.
Dr Radosław Tyrała, socjolog zatrudniony na Wydziale Humanistycznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.Paweł Ulatowski Dr Radosław Tyrała, socjolog zatrudniony na Wydziale Humanistycznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Joanna Podgórska: – Mówi się, że przeciętny polski ateista lepiej zna Biblię i historię Kościoła niż przeciętny polski katolik. To prawda?
Radosław Tyrała: – Tak. Niewiara, ateizm wymaga w Polsce podjęcia pewnego wysiłku i popłynięcia pod prąd. Wielu z moich rozmówców spędziło mnóstwo czasu na lekturach religijnych po to, by się z tym rozprawić, zyskać podręczny zestaw argumentów na wypadek konfrontacji z wierzącymi. Są osoby bardzo ofensywne w swojej niewierze, które czerpią satysfakcję i przyjemność w „pastwieniu” się nad ignorancją katolików. Wierzący, w ich opinii, mają niski stopień wiedzy na tematy religijne.

W anegdocie po deklaracji „Jestem niewierzący” pada pytanie: „Tak? A jakiego wyznania?”. Istnieje katolicki ateizm?
Niereligijność, zwłaszcza gdy jest się mniejszością, jest kwestią odniesienia wobec konkretnego systemu religijnego. Katolicki ateista nie wierzy przede wszystkim w Boga w Trójcy Jedynego. Część niewierzących neguje cały pakiet transcendencji, ale wielu odrzuca przede wszystkim katolicką wersję religijności. Wobec pewnych jej form jest jednak bardziej wyrozumiała. Na przykład święta. Bywa, że niewierzący obchodzą Boże Narodzenie czy Wielkanoc, tłumacząc, że tak naprawdę one wcale nie są katolickie, tylko pogańskie, a przez chrześcijaństwo zostały skolonizowane. A przecież pogaństwo to też forma religijności.

Da się nakreślić portret socjologiczny polskiego niewierzącego?
To na ogół młody, dobrze wykształcony mężczyzna z dużego miasta. To nie jest polska specyfika. Potwierdzają ją badania amerykańskie, brytyjskie czy węgierskie.

Antyklerykał?
W Polsce tak. Analitycznie rzecz biorąc, ateizm i antyklerykalizm to dwie różne postawy. Jedna wiąże się z wiarą, druga z aspektem społecznym, stosunkiem do instytucji. Ale u nas te dwie ścieżki bardzo mocno się zbiegają. To widać po stosunku moich badanych do Kościoła, jego hierarchów, nadobecności w przestrzeni publicznej. Poziom negatywnych emocji jest bardzo wysoki.

Wydawałoby się, że Kościół powinien być niewierzącym obojętny.
Ale tak nie jest. Tłumaczę to w prosty sposób. Moim zadaniem badawczym było prześledzenie związku pomiędzy statusem mniejszościowym polskich niewierzących a ich społecznym funkcjonowaniem. Obojętność ateistów wobec Kościołów to cecha krajów, w których sekularyzacja zaszła daleko; na przykład w krajach skandynawskich. W Polsce ten proces jest o wiele mniej zaawansowany. Katolicy są u nas nie tylko większością liczebną, ale i kulturową. To stanowi dla niewierzących punkt odniesienia.

Ateiści czują się dyskryminowaną mniejszością?
To zależy. Odróżniłem dyskryminację i stygmatyzację. Stygmatyzacja to negatywne reakcje na niewierzących przy spotkaniach twarzą w twarz; czyli życie codzienne, spotkania z rodziną czy znajomymi. Dyskryminację zdefiniowałem jako reakcje instytucji państwowych czy kościelnych, które poprzez swoje decyzje wpływają na życie niewierzących.

Jeśli chodzi o stygmatyzację, nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać. 17 proc. ankietowanych deklaruje, że w ich otoczeniu przeważają osoby niewierzące, około 20 proc., że przeważają wierzące, nietolerancyjnie nastawione do ateistów. Ponad połowa twierdzi, że przeważają osoby wierzące, ale tolerancyjne. A więc jedynie co piąty jest wystawiony na podwyższone ryzyko stygmatyzacji. Pytałem o problemy wynikające z niewiary w relacjach ze współmałżonkiem, rodzicami, dalszą rodziną, znajomymi i w pracy. Prawie 40 proc. twierdzi, że miało na tym tle konflikty z rodzicami. Jedna z ankietowanych, 23-latka, która już kończyła studia, nie przyznała się rodzicom, że od wielu lat jest ateistką, bo wiedziała, że ojciec wyrzuciłby ją z domu i przestał opłacać studia. Drugie miejsce zajęły problemy z dalszą rodziną. Stosunkowo najmniej konfliktów badani mieli ze współmałżonkami, może dlatego, że niewierzący chętnie dobierają się w pary. O problemach w pracy mówiło około 8 proc. badanych.

A dyskryminacja przez instytucje?
Jeden z ankietowanych opisał pobyt w szpitalu, świeżo przemianowanym na szpital im. Jana Pawła II, gdzie panowała wzmożona aktywność religijna; msze, odwiedziny biskupa, wędrówki kapelanów. Odczuwał to może nie jako dyskryminację, ale dyskomfort. Wiele osób mówiło o szkole i narzucaniu lekcji religii. Ankietowani bardzo często deklarowali, że czują się dyskryminowani przez decyzje polityków. Chodzi o takie kwestie jak aborcja, in vitro, związki partnerskie. Politycy tłumaczą to faktem, że żyjemy w kraju, gdzie religią dominującą jest katolicyzm.

Największy problem, jeśli chodzi o polską niewiarę, to kwestia wzorów kulturowych, instytucji i norm. Wierzący często nie zdają sobie z tego sprawy, że jeśli nawet religia w niewielkim stopniu determinuje ich życiowe wybory, to jednak mają w procesie socjalizacji wryte pewne schematy. Na przykład tzw. rytuały przejścia. Badani opowiadali o sytuacjach, gdy przez wiele lat nie mieli ze swoją niewiarą żadnych problemów, ale gdy na świecie pojawiło się dziecko, rodzice, którzy wcześniej byli tolerancyjni, zaczynają nalegać na chrzest. Nie mają uprzedzeń wobec niewierzących, ale posługują się określonymi kliszami, schematami. I trzy czwarte badanych, którzy deklarowali, że są rodzicami, uległo i ochrzciło dziecko.

Niewierzący praktykujący?
Jeśli chrzest dziecka potraktować jako minimalny próg praktykowania, to tak.

Rytuały przejścia w Polsce są mocno zdominowane przez Kościół, ale powstają alternatywne.
Coraz bardziej popularne są śluby humanistyczne. Ich liczba rośnie z roku na rok, choć nie sposób mówić tu o jakimś masowym trendzie. Z punktu widzenia ruchu społecznego niewierzących był to strzał w dziesiątkę. Alternatywa wobec tego, co zastane i wszechobecne, była widać potrzebna. W tych samych kategoriach można potraktować coraz większy nacisk na to, by szkoły organizowały lekcje etyki.

Czy rzeczywiście istnieje w Polsce coś takiego, jak ruch społeczny ­niewierzących?
Tak. To, co się dzisiaj dzieje, można określić jako ruch społeczny. Jest zbiorowa tożsamość, która się krystalizuje, mniej lub bardziej zinstytucjonalizowane sieci współpracy. Powstają stowarzyszenia, coraz to nowe grupy czy fanpage na Facebooku. W porównaniu z tym, co było w Polsce jeszcze 10 lat temu, to jest przełom. Z punktu widzenia socjologa powstają tzw. struktury uwiarygodnienia, które dają oparcie niewierzącym. Jest zresztą do czego nawiązywać. Mamy ponadstuletnią tradycję ruchów wolnomyślicielskich. Po 1989 r. były potężne protesty przeciwko ustawie antyaborcyjnej czy wprowadzaniu religii do szkół, ale potem nastąpiła zapaść. Wiele lat ciszy. Teraz temat niereligijności czy niewierzących powrócił do publicznej debaty.

Co się zmieniło? Polska się jednak sekularyzuje?
Być może, ale to nie tylko kwestia Polski. Moim zdaniem jest to związane z ruchem nowych ateistów, stworzonym m.in. przez Richarda Dawkinsa. Nowego ateizmu nie byłoby też w tej formie bez Internetu czy portali społecznościowych. Dziś każdy, kto ma dostęp do sieci, może sobie obejrzeć na przykład debaty z udziałem „czterech jeźdźców apokalipsy”, czyli Dawkinsa, Hitchensa, Harrisa i Dennetta. I to z polskimi napisami. W Polsce za punkt przełomowy uważam moment wydania „Boga urojonego” Richarda Dawkinsa, czyli 2006 r. Zainteresowanie było ogromne, wydawca musiał robić dodruki. Temat stał się medialny.

Czy ten ruch może mieć w Polsce potencjał polityczny?
Sukces wyborczy Ruchu Palikota mógłby wskazywać, że tak, ale być może bardziej zagrała tu nuta antyklerykalna niż ateistyczna. Palikot ten potencjał dość skutecznie trwoni, ale trzeba przyznać, że zmienił się klimat, pewne tematy weszły do politycznego dyskursu. Potencjał polityczny ruchu niewierzących zależy między innymi od tego, czy będzie postępować sekularyzacja świadomości; czy będą się zmieniać proporcje wierzących i niewierzących.

Jak one dzisiaj wyglądają?
Utrzymują się na dość stałym poziomie. Kiedyś jako niewierzący deklarowało się 4–5 proc., teraz około 6–7 proc. Czyli ciągle poniżej progu 10 proc. Diabeł tkwi jednak w szczegółach, bo wierzący, niewierzący to uproszczony schemat. Świat nie dzieli się na dwie takie grupy. Coraz więcej badań prowadzonych przez socjologów religii pokazuje niuanse między tymi biegunami, czyli twardym, zdecydowanym ateizmem a ortodoksyjną wiarą. To całe spektrum.

Obojętność religijna?
Nie tylko. Mamy do czynienia z miksem, wymieszaniem różnych elementów. Socjologia opisuje takie postawy, jak wiara bez przynależności czy przynależność bez wiary. Różne parametry religijności funkcjonują w oderwaniu od siebie. Nie jest tak, że 100 proc. wierzących chodzi co niedzielę na mszę i przyjmuje cały pakiet zatwierdzonych przez Kościół zasad i wierzeń. Coraz więcej osób określa się jako „własnowiercy”, czyli majsterkowicze, którzy budują coś własnego, wyjmując różne elementy z dostępnej oferty. Ateizm to też nie jest jednolita postawa. Niektórzy ankietowani przeze mnie niewierzący deklarowali, że co prawda nie wierzą w monoteistycznego Boga osobowego, ale nie jest to dla nich przeszkodą, by wierzyć w życie po śmierci czy w duszę. Mówi się wiele o prywatyzacji wiary, ale następuje także prywatyzacja niewiary. Nie wszyscy niewierzący to klasyczni racjonaliści. Albo tłumaczą, że ich racjonalizm nie może oznaczać klapek na oczach i skłania ich ku twierdzeniu, że istnienia duszy nie da się przecież wykluczyć.

Pańscy rozmówcy dochodzili do niewiary stopniowo?
Co ciekawe, konwersja na niewiarę dokonuje się na ogół w dość wczesnej młodości. Ponad 70 proc. respondentów mojej ankiety stwierdziło, że osobami niewierzącymi zostali przed ukończeniem 19 roku życia. Pytałem ich o religijną socjalizację. 73 proc. uczęszczało na lekcje religii przez co najmniej kilka lat. 95 proc. zostało ochrzczonych, 91 proc. przystąpiło do pierwszej komunii, a 70 proc. do bierzmowania.

Katecheci nieoficjalnie mówią, że bierzmowanie to dzisiaj sakrament pożegnania z Kościołem.
Coś w tym jest. Ankietowani traktowali pierwszą komunię całkowicie bezrefleksyjnie. Czasem określali ją jako „święto rowerów”. Ale wspominając bierzmowanie, używali takich określeń, jak „przykry obowiązek”, „udręka”, „strata czasu”. To często był ten etap, gdy już coś nie grało, ale nie mieli świadomości, że mogą do bierzmowania nie przystąpić. Brakowało właśnie tych struktur uwiarygodnienia, czyli kogoś, kto by im uświadomił, że to nie jest obowiązkowe. Oczywiście, nie ma jednej ścieżki dochodzenia do ateizmu, ale wielu ankietowanych deklarowało, że mimo poczucia kulturowej przynależności do Kościoła, nigdy nie odczuwali żadnej potrzeby religijności. Można powiedzieć, że od początku byli areligijni, a ateistyczna świadomość kształtowała się stopniowo. Pytani o motywy niewiary, najczęściej wskazywali aspekt intelektualny, czyli naukową interpretację rzeczywistości. Kilka kobiet podczas wywiadów deklarowało, że dla nich katalizatorem były wypowiedzi księży na temat roli kobiety, które odebrały jako obraźliwe. Jednym z motywów niewiary do wyboru w ankiecie była niezgoda na religijny system norm. Kobiety wybierały go znacznie częściej niż mężczyźni.

Gdzie pan szukał rozmówców?
Chętnych do wzięcia udziału zarówno w ankiecie, jak i w wywiadach szukałem przez Internet. Jeśli chodzi o ankietę, odzew był nadspodziewanie duży, bo dość szybko zgłosiło się ponad 7 tys. osób. Ale to jest problem przy badaniach nad niewierzącymi nie tylko w Polsce, bo brak tego, co w socjologii nazywa się operatem losowania. Badanie przeprowadzone „po bożemu” powinno wyglądać tak, że dysponujemy listą respondentów, losujemy ich i próbujemy do nich dotrzeć. Nie ma listy niewierzących.

A internetowa lista ateistycznych coming outów, którą prowadzi portal Racjonalista?
Tak, ale to jest lista bardzo specyficznych niewierzących. Jeżeli ktoś się decyduje na taki krok, jak upublicznienie swoich danych w Internecie jako osoby niewierzącej, to jego niewiara musi być przefiltrowana przez jakieś wydarzenia. Wyszłoby mi badanie bardzo specyficznej grupy, a ja szukałem statystycznych niewierzących. Natomiast jeśli chodzi o ateistyczne coming outy, to wynik badania trochę mnie zaskoczył. Większość respondentów, 62 proc., deklarowała, że nie ma żadnego problemu z przyznawaniem się do ateizmu. Co trzeci stwierdził, że czasem nie ma, a czasem ma. Tylko niespełna 5 proc. przyznało, że wyznanie niewiary wiąże się dla nich z dyskomfortem. To pokazuje, że w Polsce się jednak coś zmieniło.

rozmawiała Joanna Podgórska

Dr Radosław Tyrała, socjolog zatrudniony na Wydziale Humanistycznym Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pracę doktorską poświęconą tematyce statusu mniejszościowego polskich niewierzących obronił w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Opublikował m.in. prace: „O jeden takson za dużo. Rasa jako kategoria społecznie problematyczna” oraz „Dwa bieguny ewolucjonizmu. Nauka i religia w poznawczym wyścigu zbrojeń”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną