Społeczeństwo

Między Armanim a brzegiem śmietnika

Warsztaty kreatywności u bezdomnych

Bycie bezdomnym powyżej 2 lat to uzależnienie takie jak alkoholizm. Bycie bezdomnym powyżej 2 lat to uzależnienie takie jak alkoholizm. Krzysztof Kuczyk / Forum
Bezdomni chcą uczyć pracowników wielkich korporacji kreatywności i sztuki przetrwania. Są chętni na ten nowy survival.
Schronisko Brata Alberta. Bezdomnych mieszka tutaj cała różnorodność: lekarz, strażnik miejski, ślusarz czy pracownik elektrowni atomowej.Cezary Pecold/SE/EAST NEWS Schronisko Brata Alberta. Bezdomnych mieszka tutaj cała różnorodność: lekarz, strażnik miejski, ślusarz czy pracownik elektrowni atomowej.

Artykuł w wersji audio

Zaczęło się od dachu. Dziurawy dach Schroniska Brata Alberta przy ul. Szczytowej to dla łódzkich bezdomnych latem mały pikuś. Większość tymczasowo poszła w Polskę. Ale zimą zjedzie przeczekać ze trzystu. Skąd wziąć 60 tys. na dach? – kombinował Jerzy Czapla, kierownik Alberta, zwany papą. Na dzieci dałoby się coś wyszarpać od sponsorów. Tymczasem bezdomny zdrowy chłop jest mało spektakularny. A taki chłop to są koszty. Miesięcznie spływa tu ściekiem 8 tys. zł w postaci środków do dezynfekcji. Niektórym, podrzucanym przez straż miejską, wytrząsa się pół kilo larw z samego podbrzusza.

Zdezynfekowani zwlekają się co rano z żelaznych piętrowych łóżek. Chowają w kieszeń aluminiową łyżkę i idą na miasto zaspokajać swoje podstawowe potrzeby życiowe, co wymaga szalonej kreatywności. Nawet najprostsze stają się wyzwaniem. Bingo, pomyślał papa Czapla. Skoro są ludzie gotowi wydać 10 tys. zł za wyciszający pobyt w klasztornej celi, może znajdą się chętni na wynajęcie bezdomności? Przecież jego nocni kowboje mogą podzielić się wiedzą z lalusiami z korporacyjnych działów kreatywnych, poszukujących nowych inspiracji. Niech zobaczą, co to jest prawdziwa inwencja.

Kierownik zaoferował się listownie: „Szanowni Państwo, pragniemy zaprezentować Państwu projekt Bezdomnego Miejskiego Survivalu. Jest to innowacyjny program, podczas którego zainteresowani będą mogli posmakować życia na ulicy w prawdziwej miejskiej dżungli. Pod okiem instruktorów o najwyższych kwalifikacjach”. Duży rozwój gwarantowany. Bo instruktorzy mają potencjał. Na pryczy w Albercie nocuje uczestnik misji pokojowych, lekarz, strażnik miejski, który kilka sezonów wcześniej podrzucał tu innych z interwencji, ślusarz, który nie nabył umiejętności komputerowego toczenia, obiecujący tenisista stołowy i inni.

Podstawówka, czyli kawa i papierosy

Korporacje, lubiące słowo innowacyjność, bardzo entuzjastycznie podeszły do projektu. Chętni zaczną się uczyć od jesieni, gdy minie okres urlopowy i ich key managerzy, account managerzy, project managerzy, executive managerzy wrócą z ciepłych krajów. Skoro tak, papa Czapla zebrał bezdomnych na pogadankę, czy bycie przewodnikiem nie naruszy ich godności? Ośmiu zadeklarowało się w to wejść.

Więc boom ma zacząć się od września. Na razie z warsztatów skorzystało kilku szukających nowych doświadczeń. Zdeponowawszy telefony, karty z plastiku, klucze do domu, poszli w miasto, wchłaniając wiedzę. A ponieważ przewodnicy są nadzaradni życiowo, uczestników ubezpieczono i zaopatrzono w nadajnik GPS.

Skrajnie zaradny jest przewodnik Zbych. Biorąc pod uwagę badania naukowe mówiące, że bycie bezdomnym powyżej 2 lat to uzależnienie takie jak alkoholizm, Zbych z 20-letnim stażem to już profesor w pedagogice kreatywnej. Wzory dziedziczył pokoleniowo. Jak to się mówi, gdy ojciec wracał do domu, matka nie pokazywała na zegarek, ale kalendarz.

Każdy ma własne kreatywne ścieżki. Ścieżka Zbycha, w przeszłości cukiernika: po przebudzeniu się w Albercie zrzuca brudne łachy do utylizacji. Właśnie przywieźli do magazynu końcówki ekspozycji marek typu Carry, Cropp, Wrangler. Więc pobiera – przykładowo – nówkę Wólczankę i klnie, iskając ją ze szpilek nawtykanych w mankiety i kołnierzyk. Osobiście woli markę Kastor. Lubi na jasno i sportowo. Latem sandałki na rzepy, ale nie wie, ile dziś kosztują buty.

Zjadłszy na pierwsze śniadanie duży jogurt owocowy od Alberta, zakłada ciemne okulary, jakie nosił na filmie Leon Zawodowiec, i jest zmuszony wyjść, ponieważ będącym na prawach noclegowni nie przysługuje obiad. W Albercie pełnowartościowy dzień (z wyżywieniem) mogą przesiedzieć tzw. schroniskowi po wpłaceniu 200 zł w miesiącu. Może Zbych wróci na godz. 20 przez wzgląd na przysługującą mu kolację. A może nie. Z powodu pluskiew w Albercie całą noc świecą się żarówki. Źle śpi przy świetle.

 

Ma wystawiony przez papę kwit potwierdzający bezdomność, na który z kolei przysługuje mu darmowe poruszanie się wszystkimi liniami w mieście. Najpierw jedzie do Ikei pod Pabianice na drugie śniadanie. Z wyrobioną kartą IKEA FAMILY od godz. 9.00 do 11.00 można pić bezpłatnie do oporu kawę i herbatę. Wypija dwie herbaty i trzy kawy (czarna, cappuccino oraz biała) i myśli, jaka jest sytuacja.

Nabrawszy siły po kofeinie, musowo zapalić. To potrzeba wymagająca kreatywności bardzo dużej. Krok 1: nazbierać suchych petów (najlepsze są przed Galerią Manufaktura, gdzie stoją higieniczne betonowe popielnice). Krok 2: wyłuskać z petów tytoń. Krok 3: wysypać tytoń na uprzednio pocięte cieniutkie strony biblijne, które najlepiej reagują ze śliną. Zbych ma Biblie wszystkich wyznań, ponieważ słowem Bożym, zwłaszcza niszowym, bardzo chętnie dzielą się misjonarze na ulicach. Obecnie zużywa na skręty Dzieje Apostolskie.

Geografia odżywiania

Pod względem odżywiania Łódź jest Ziemią Obiecaną i dżunglą jednocześnie, bo tą samą trasą chodzi codziennie – według wyliczeń MOPS – 1070 osób. Tu z kolei kreatywność polega na szybkim przemieszczaniu się (do 50 km/h), żeby w porze obiadowej zaliczyć jak najwięcej stołówek. Raz nawet motorniczy tramwaju nr 4 wychylił się i powiedział do Zbycha: podziwiam pana.

Dziś mamy piątek. O godz. 13.00 ustawia się po zupę plus 4 kromki chleba u sióstr na ul. Kosynierów. O 14.30 leci na drugie danie do Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej na Żeromskiego. W piątki bywają paczki oszczędnościowe, w paczkach fantastyczny twarożek. Tym razem nie było. Nie szkodzi. Idzie to zrekompensować kolacją u Murzyna. Murzyn to pastor Kościoła Zwycięstwa w Jezusie z ul. Jaracza. Karmi co piątek od godz. 16. W czasie gdy Zbych spożywa zupkę chińską plus kanapki, Murzyn w ramach „usługiwania bezdomnym jedzeniem i słowem Bożym” zanosi mu radosną nowinę językiem polsko-angielskim. O tym, że wszyscy pójdziemy do nieba. Coś za coś. Zresztą nie przeszkadza mu słowo Boże. Niedawno wrócił z bezpłatnej autokarowej pielgrzymki (z wyżywieniem) do Gniezna i nie zmęczył się.

Posiliwszy się, odpala skręta z Dziejów Apostolskich. W młodości najbardziej lubił Carmeny. Ale jak wyszedł z zakładu karnego, już nie było ich w popielnicach.

Ekonomia kreatywna

Ambitniejsze ścieżki ma przewodnik Rafał. Jak napisali w ostatniej schroniskowej gazetce „Nasze sprawy”, gdzie bezdomni mogą zostawiać swoje przemyślenia: „Nie sztuką jest znieść jajko. Sztuka to je wygdakać”. Mierzi go sam dźwięk „Stawki większej niż życie” z korytarzowego telewizora w Albercie, który oblepiają apatyczni bezdomni. Mają w dupie, kto jest polskim prezydentem. Bardziej obchodzi ich Jean Claude van Damme. Niektórzy bardzo wypoczęci. Wrócili z Grójca z tygodniowej wycieczki (z wyżywieniem), organizowanej przez siostry zakonne w dwóch turach: najpierw dla bezdomnych kobiet, potem mężczyzn.

Najgorsi są homo cretinusy, zużywający jako papier toaletowy książki przywożone do Alberta po likwidowanych bibliotekach. Nie do opanowania. Musiałby być sztab ludzi do pilnowania kultury. A jest jeden opiekun na dwustu.

Przyjmując, że alkohol jest największym wrogiem, bezdomni to nie tchórze. Rafał też nie. Ta potrzeba wymaga największej kreatywności, bo tu w grę wchodzą realne pieniądze. Można podnosić je z ulicy, czyli zbierać puszki, ale na kilogram wchodzi aż 100 schyleń. To są małe kwoty. Jak przekazują jedni drugim, duże pieniądze daje prawdziwy wysiłek, czyli zapisanie się na przeciwalkoholowy odwyk. Nie każdego stać na takie rozwiązanie koncepcyjne, które polega na tym, że jesteś trzy miesiące zamknięty w ośrodku, gdzie zachęcają cię do niepicia, za co płacą 200 zł zasiłku celowego. To jest czysta harówa, ze względu na naloty w nocy. Do sali wpadają sanitariusze i wyciągają alkomacik. Pierwszy raz jest ostrzeżenie. Drugi – pożegnanie.

Tę wiedzę uczestnikom warsztatów podaje się w teorii. Praktycznie przewodnicy zabierają swoich uczniów na śmietniki, np. w dzielnicy Chojny, gdzie są najbogatsze osiedla strzeżone. Tu z kolei istotą kreatywności jest zachowanie w czystości miejsc widocznych. Schludność wzbudza zaufanie u strażników. Obecnie Rafał jest wśród nich rozpoznawalny, bo promując survivalowe kursy, zachęcał do spędzenia ze sobą czasu na konferencji prasowej oraz we wszystkich stacjach telewizyjnych. Strażnicy mówią: Z telewizji? Wchodź pan.

Każde osiedle obstawia inny śmietnikowy gang, dbający o PR na swoim rejonie. Pilnuje się, żeby nie wchodzili cretinusy, bo potrafią nasrać w kontenerze.

 

Rafał cztery lata robił elektrykę w Tesco i widział, co ludzie ładują do koszy. Uczestnicy warsztatów znaleźli sobie na śmietniku oldskulową katanę oraz nowiutkie buty sznurowane, zawinięte w celofan. Ale kompletnie nie sprawdzili się przed marketem budowlanym. Bardzo apatycznie podchodzili do klientów z wózkami z zapytaniem: czy mogą przenieść zakupy z palety na przyczepę? No, zero inwencji.

Papa Czapla twierdzi, że warsztaty z bezdomnym mogą być przydatne dla Polaków znajdujących się za granicą, których nagle okradli. Nieprzyzwyczajony do szybkiego podejmowania decyzji spanikuje i będzie się zachowywał jak dziecko we mgle. Pewnie podpity, jak to na urlopie, zechce szukać ambasady. A jak ma jej szukać w krajach arabskich, nie znając języka?

Liceum, czyli kobiety

Uczestnicy survivalu płacą za warsztaty co łaska. Dotychczasowi wytrzymali tylko jeden dzień i noc. Mieli dość. Wyrażali zdziwienie, że bezdomny nie jest zogniskowany na przetrwanie. Byli na rockowym koncercie i w nieodkrytych podczas swoich niedzielnych wycieczek betonowym szlakiem rowerowym dzikich zakamarkach przyrody.

Wolny czas to dla bezdomnego też wielka konceptualna rzecz. Zwykle nie nudzą się ze sobą, bo lubią ludzi rozsądnych. Ale posiadają tak dużo czasu, że trzeba użyć mnóstwa wyobraźni, by go czymś wypełnić. Najlepiej kobietą.

Przewodnik Zdzich ma obecnie pięć kobiet na Łodzi. Można je spotkać we środę i niedzielę o godz. 10 u Murzynów przy Jaracza 40 na mszach przebudzeniowych (plus wyżywienie). Oprócz posiłków kobiety ściąga rozdawana dziecięca odzież zachodnia. Dobrze mieć kobietę z dziećmi, mają stały socjalny dochód.

Więc Zdzichu się do nich przysiada z kawką/herbatą, a one otwierają się, że cierpią, są obijane przez konkubenta itp. Skarżą się, że taka celebrytka może mieć depresję, nawet chwali się abonamentem u terapeuty jako odpowiedzialna osoba, a te kobiety i matki to dla kuratora od razu wariatki, które nie powinny zajmować się dziećmi. Więc ze względu na te dzieci cierpią w ukryciu.

Ale z kobietami należy na dystans. Przez żonę trafił do Alberta główny technolog elektrowni jądrowej w Bułgarii, jeden z trzech takich speców w Europie. Prozaicznie. Wrócił wcześniej z delegacji, zastał żonę nie ze sobą w łóżku i zamknął drzwi.

Godzina wychowawcza

No, zero inwencji. Przychodzi noc, a taki kursant, jak dziecko we mgle, nie wie, gdzie znaleźć łóżko. Otóż najbezpieczniej jest na dworcu kolejowym. A ponieważ dworce są coraz ładniejsze i bezdomny gryzie się z wnętrzem estetycznie, patent na niewygonienie z poczekalni to kupić wieczorem bilet dokądkolwiek. Z biletem nie mają prawa podskoczyć. Rano zwraca się go, tracąc złotówkę.

Nocną porą przewodnicy przewidują godzinę wychowawczą, opowiadając uczestnikom survivalu o cienkiej granicy między Armanim a brzegiem śmietnika.

O granicy Rafała: poznaje korzyści z picia w wieku 14 lat. Żeby przestał, matka kupuje mu komputer. Pije jeszcze więcej, bo czeka na matczyny samochód. Podczas studiów socjologicznych na wymianie w Holandii poznaje kobietę i uspokaja się. W firmie AGD na Bałutach ma pod sobą 240 osób. Mówią mu: panie dyrektorze. W wakacje nurkuje z kobietą na Malediwach w wersji all inclusive. Prze w karierze do przodu, jak baba na porodówce. Kobieta jest niezadowolona, że nie poświęca jej czasu. Razem z utratą kobiety wraca do picia, tracąc stanowisko. Przez 10 lat szuka w Polsce nowych rozwiązań. W 2005 r. budzi się na polanie pod Jelenią Górą. Nie wie, kim jest, przez dwa miesiące. W 2012 r. jako brygadzista na budowie w warszawskim Służewcu upija się z ekipą za pieniądze z wynoszonych kabli. I gówno z tego wyszło. Dostaje łóżko w Albercie. Wnioski z lekcji: każdy może być Rafałem. Tylko w tym roku przyszło do Alberta 600 skierowań komorniczych z powodu zaległości czynszowych.

Oprócz key, account i project managerów jesienią na warsztaty deklaruje się właściciel sieci sklepów, biznesmen z Niemiec, jego siostra, biznesmen z Kazachstanu (twardy, chce uczyć się dwa tygodnie), właściciel składów budowlanych. Trzeba będzie dorekrutować nowych kreatywnych przewodników. Większość poszła w Polskę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną