Społeczeństwo

Spustoszeni

Czym się różnią nowe narkotyki od starych?

Dawniej wśród uzależnionych dominowali amatorzy heroiny czy opium, teraz przewagę mają konsumenci syntetyków, których produkcja jest znacznie tańsza. Dawniej wśród uzależnionych dominowali amatorzy heroiny czy opium, teraz przewagę mają konsumenci syntetyków, których produkcja jest znacznie tańsza. Andrea Zanchi/Getty Images/Vetta / FPM
Konsekwencje narkomanii są dziś inne niż dekadę temu. Nowe narkotyki niszczą ciało i mózg w nieznanej dotąd skali. W ośrodku w Wandzinie widać to jak w soczewce.
Ośrodek w Wandzinie. Wokół pałacu wyrosły pawilony z pokojami, biurami, kuchnią i stołówką. Wszystko w ramach resocjalizacji zbudowali narkomani.Adam Kozak/Agencja Gazeta Ośrodek w Wandzinie. Wokół pałacu wyrosły pawilony z pokojami, biurami, kuchnią i stołówką. Wszystko w ramach resocjalizacji zbudowali narkomani.
Od 2008 r. Wandzin dzierży tytuł najlepszego gospodarstwa ekologicznego w województwie pomorskim, w skali kraju zajął czwarte miejsce.EKO "Szkoła Życia" w Wandzinie/Archiwum prywatne Od 2008 r. Wandzin dzierży tytuł najlepszego gospodarstwa ekologicznego w województwie pomorskim, w skali kraju zajął czwarte miejsce.

Artykuł w wersji audio

Słoneczny dzień, więc przed ośrodkiem zwanym Niebiańskim stoją wózki i chodziki. Ci na wózkach – zwykle niewiele po dwudziestce. Niejednego, przez drżenia kończyn, można by wziąć za chorego na parkinsona. Innym laik mógłby przypisać porażenie mózgowe, tak mają poprzykurczane i pogięte ciała. Ci, którzy pomagają wózkom dotrzeć do stołówki czy w inne miejsca wandzińskiej enklawy, są z poprzedniego rzutu, gdy jeszcze narkotyki nie czyniły tak spektakularnych spustoszeń. To narkomani z 20, 25-letnim stażem. – Ci po kompocie w miarę się trzymają. Gorzej po nowszych wynalazkach – albo na nogi pada, albo na umysł – mówią weterani. Kompociarze, którzy z narkotykami zaczęli dekady temu, dzisiaj niczym niańki obsługują narkomanów młodszych o niemal dwa pokolenia. Przystawiają im do ust kubki z napojami, karmią batonikami, podsuwają zapalone papierosy.

Inny raj

Niebiański wziął nazwę od koloru tynku, który źle się sprzedawał i producent przekazał go w darze. Oddział jest cząstką dużego kompleksu – największego w Polsce – jaki przez 20 lat w leśnej osadzie Wandzin (3 km od szosy, 5 km od najbliższej wsi) nad malowniczym jeziorem zdołał stworzyć Donat Kuczewski, lider Stowarzyszenia Solidarni Plus, powstałego w 1989 r. z inicjatywy Marka Kotańskiego. Trafiają tu osoby z HIV/AIDS, głównie uzależnione od narkotyków, które zaraziły się przez igłę.

Ci, którzy w ostatnich latach trafiają do Niebiańskiego, są wyraźnie bardziej chorzy niż kiedyś. Tamci przyjeżdżali w stanie wycieńczenia, ale chodzący, zdolni zadbać o siebie – mimo HIV. Teraz samoobsługowych prawie nie ma. Karetki przywożą do Niebiańskiego takich, na których lekarze postawili krzyżyk. W polskich klinikach coraz wyraźniej widzą trend: nowa generacja narkotyków sieje bez porównania większe spustoszenia fizyczne i psychicznie. Już z bardzo młodych ludzi robi wraki.

Dawniej wśród uzależnionych dominowali amatorzy heroiny czy opium, teraz przewagę mają konsumenci syntetyków, których produkcja jest znacznie tańsza. Do tego w Polsce dominuje politoksykomania, stosowanie rozmaitych mieszanek. Popularne leki na przeziębienie, za parę złotych, bez recept, są przetwarzane domowym sposobem na pochodne amfetaminy. Bawiąc się w małego chemika, trudno osiągnąć ideał. Stąd porażenia zakończeń nerwów, których ofiary w Wandzinie nazywa się umownie sudafedami, od nazwy jednego z leków.

Do spustoszeń fizycznych dochodzą psychiczne. – Kiedyś jeden na stu miał zaburzenia psychiczne, teraz 99 na stu jest zaburzonych – podkreśla Donat Kuczewski. Mniej było agresji i roszczeniowości. W ogólnopolskich statystykach widać tę samą tendencję: w 1990 r. z powodu zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania spowodowanych używaniem substancji psychoaktywnych przyjęto do leczenia 2803 osoby (7,3 na 100 tys.), w 2010 r. blisko 14,5 tys. osób (37,8 na 100 tys. mieszkańców). Według statystyk, aż dwie trzecie zaburzonych to użytkownicy substancji „mieszanych i nieokreślonych”.

Wandzin potrzebował zatem lekarzy psychiatrów. Niełatwo było ich tu ściągnąć. Dojeżdżają z Gdańska, Elbląga i Bydgoszczy. Kosztują – z małym stażem – 10 tys. zł, z dużym – 15 tys. zł. – Nam proponowano, żebyśmy zarejestrowali oddział psychiatryczny – opowiada Kuczewski. – Tam NFZ płaci dobowo 120 zł na osobę, a tu 75 zł. Ale okazuje się, że tam nie można leczyć chorych na AIDS.

Dlatego, choć z Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii płyną wieści dość optymistyczne, bo liczba uzależnionych spada (w 2011 r. wahała się od 56–103 tys., podczas gdy w 2006 r. było to od 100 do 130 tys. osób), to w miejscach takich jak Wandzin o optymizm trudno.

 

Wykrzesać iskrę

Placówka jest największą tego typu w Polsce. Kuczewski (rocznik 1952), były przedsiębiorca, otrzymał dla Solidarnych zdewastowany zabytkowy pałacyk myśliwski wraz z 10 ha gruntu nad jeziorem i wyobraził tu sobie raj. Był listopad 1992 r., a już Boże Narodzenie spędziło tu 137 osób. Bieda. Na stołach – co pół metra pół śledzia, co metr jabłko. Klimat społeczny? Protestów, pewnie dzięki odległości od wsi, nie było. Choć też, gdy w 1994 r. wraz z zakażonymi rodzicami przebywało tu 36 niezakażonych dzieci, którym zdarzało się chorować – był problem z opieką. Pediatra przypisywał leki, ale pielęgniarki z okolicy odmawiały wykonania zastrzyku, tłumacząc to nadmiarem obowiązków. Kuczewski sam robił te zastrzyki. Dziś stowarzyszenie zatrudnia ponad 60 osób. Prowadzi Niepubliczny ZOZ i ma umowę z NFZ. W Wandzinie znalazła pracę część mieszkańców okolicznych popegeerowskich wsi.

Nieopodal pałacu wyrosły pawilony z pokojami, biurami, kuchnią i stołówką. Zostały zbudowane w ramach ergoterapii (rodzaj kuracji wykorzystującej różne rodzaje pracy jako środka terapeutycznego) przez resocjalizowanych tu narkomanów. Także Niebiański. Trafiają tu pacjenci na kroplówkach, niekiedy niekarmieni w sposób naturalny od 2–3 tygodni. Ponieważ Solidarnym Plus przyświeca filozofia wspólnotowa, nowego dostaje pod opiekę ktoś, kto wyszedł z podobnego stanu. – Zaczyna się normalne karmienie – jajeczko na miękko, po pół łyżeczki co 15 minut, cierpliwie, aż przełknie – relacjonuje Donat Kuczewski. Kogo można, tego się wyciąga. W kilkunastu przypadkach lekarze w szpitalach byli w szoku, gdy po pół roku dostawali na badania diagnostyczne klienta z ośrodka w Wandzinie. Dziwili się, że udało się go odratować.

Na przykład Tomaszkowi, rocznik 1981, lekarze dawali miesiąc życia. O tym, że jest zakażony, dowiedział się dopiero tu w Wandzinie. Kiedyś pracował w stoczni jako szlifierz, ale wzięli go do wojska. Gdy wrócił, nie mógł znaleźć roboty. Zaczął handlować narkotykami, potem brać. Kradł, by zdobyć pieniądze na heroinę. Aż zażył tyle, że obudził się po miesiącu w szpitalu. Potrzymali go tam jeszcze trochę i wyprawili do Wandzina. Skóra i kości – 30 kg (teraz 62 kg). Gdy trochę wydobrzał, zabrał się za niego rehabilitant Bartek. Bolało strasznie. Miał przykurcze.

Tomaszek pamięta, że płakał i modlił się o śmierć, personel pamięta, że miotał przekleństwa i wyzwiska. Ale po miesiącu ćwiczeń zdołał usiąść na wózku inwalidzkim, potem wózek zamienił na chodzik, ten z kolei na dwie kule... Teraz, choć słabo, ale porusza się samodzielnie. W modlitwach dziękuje za tę łaskę. Bo ci, którzy przyjechali po nim w równie złym stanie, tyle nie osiągnęli. Wciąż poruszają się na wózkach, przy chodzikach.

Bo coraz trudniej o sukcesy, jak ten Tomaszkowy. – Dziś prowadzimy rehabilitację raczej po to, żeby się nie pogorszyło, bo nadzieje na polepszenie są małe – konstatuje Mirosława Kowalczyk-Kuczewska, instruktorka terapii uzależnień (prywatnie żona Donata). – Kiedyś oddział był podzielony na dwie części, w jednej samoobsługowi, w drugiej ci wymagający opieki. Teraz też jedni starają się drugim służyć, ale odbywa się to przy naszej pomocy. Zawsze można wyłuskać kogoś, kto lepiej rokuje, ale takich osób jest coraz mniej.

Kuczewska ocenia, że na ponad 70 osób z Niebiańskiego szanse na samodzielność ma jedna. Co prawda trzy osoby już się usamodzielniły w tym roku, jednak dawniej byłoby ich więcej.

 

Z otwartego zamknięty

Pod koniec sierpnia w całej Polsce leczeniem antyretrowirusowym było objętych prawie 7 tys. pacjentów, w tym 118 dzieci. Dziś HIV/AIDS to już nie wyrok. Choć choroba wciąż pozostaje nieuleczalna, dostępne obecnie leki przedłużają życie, poprawiają jego jakość. Ale trudno żyć z HIV, jeśli się nie zerwie z uzależnieniem. A to jest szczególnie trudne, gdy trzeba sobie radzić nie tylko z psychiką, ale i spustoszeniem ciała.

Do Wandzina trafiają zwykle ludzie, którzy nie mają z czego się utrzymać. Kilka miesięcy upływa, nim przy wsparciu stowarzyszenia uzyskają najniższy zasiłek socjalny (ok. 500 zł), a wtedy okazuje się, że ciążą na nich alimenty. I zostaje 50–70 zł. Ciężko by było, gdyby Solidarni Plus prowadzili ośrodek tylko za pieniądze z NFZ. Radzą sobie, bo prowadzą gospodarstwo.

Od 2008 r. Wandzin dzierży tytuł najlepszego gospodarstwa ekologicznego w województwie pomorskim, w skali kraju zajął czwarte miejsce. Mają własne ekologiczne produkty – syrop z mniszka lekarskiego, syrop z owoców pigwowca. W tunelach foliowych dojrzewają pomidory i papryka. Po rozległym sadzie (2,5 tys. drzew plus własna szkółka owocowa starych rodzimych odmian) wałęsają się kury zielononóżki. Na łące pasą byki hodowane na mięso. W chlewniach tuczą świnie. Jest kotłownia na biomasę, poletko kolektorów słonecznych, pralnia i szwalnia, oczyszczalnia ścieków. W jeziorze – ryby, w ogrodzie – różne odmiany warzyw. Wigilia o głodzie i chłodzie, na wzór tamtej sprzed lat, mieszkańcom Wandzina nie grozi.

Donat Kuczewski mocno utyskuje na biurokratyczną mitręgę. Że ze względu na kontrakt z NFZ Wandzin musi mieć dział farmacji szpitalnej, z magistrem farmacji w magazynie leków (technik nie wystarczy). Że choć nie wytwarzają leków, muszą kupować co roku farmakopeę, książkę o tym, jak się robi leki (za 1600 zł). Że opiekunki medyczne, które od 12 lat zajmują się pacjentami na oddziale, od 2015 r. będą musiały legitymować się ukończeniem specjalistycznej szkoły. A część dobiega wieku emerytalnego. Więc gdzie tu sens? – To nie miała być instytucja, szpital zamknięty, ale ku temu zmierza – denerwuje się Kuczewski.

Kompociarze weterani

Tymczasem z perspektywy państwa narkomania i jej skutki z reguły ograniczają się do wojen o zalegalizowanie marihuany, do dysput o sensowności wsadzania do więzień ludzi z niewielką ilością narkotyków. Może z Warszawy nie widać tego, co widać w Wandzinie.

Problem dostrzegają jednak w Brukseli. Najnowszy doroczny raport Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (2013 r.) wprawdzie odnotowuje większą dostępność leczenia, ale też zwraca uwagę na wciąż trwające dożylne używanie amfetaminy w wielu krajach północnej Europy, a także na wzrost zakażeń HIV z powodu powrotu do narkotykowych iniekcji w Grecji i Rumunii.

Raport ostrzega, że bezrobocie wśród młodzieży „może prowadzić do ponownego pojawienia się »starych« problemów”. Komisja Europejska przygotowuje wniosek, by wzmocnić reakcje UE na nowe substancje psychoaktywne. Producenci wykazują bowiem niepokojącą, niespotykaną wcześniej odkrywczość. W raporcie czytamy: „Do systemu wczesnego ostrzegania UE w 2013 r. cały czas wpływa średnio jedno zgłoszenie tygodniowo dotyczące nowej substancji. (…) Mamy też ostatnio do czynienia z coraz liczniejszą grupą substancji z mniej znanych i nieokreślonych grup chemicznych. Wiele produktów będących w sprzedaży zawiera mieszanki substancji, a brak danych farmakologicznych i toksykologicznych stwarza problemy z przewidzeniem długoterminowych skutków dla zdrowia”.

W Wandzinie również nie wiedzą, co będzie, gdy przyjdzie im się zmierzyć z pokłosiem zabaw w dopalacze. Na razie kończą budowę nowego oddziału – geriatrycznego, bo to kolejny gorący problem leczenia narkomanii. Ci weterani kompociarze, którym udało się przeżyć, też się zestarzeją. I to szybciej niż inni.

Polityka 42.2013 (2929) z dnia 15.10.2013; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Spustoszeni"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną