Społeczeństwo

Zwierzoluby

Adoptujemy zwierzęta, bo pełnią w naszych domach rolę wiecznych i wiernych dzieci

Chinda Sam / Unsplash
Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.
Badania wykazują, że połowa z nas wierzy, że zwierzęta myślą i rozumieją, co do nich mówimy.Design Pics/PantherMedia Badania wykazują, że połowa z nas wierzy, że zwierzęta myślą i rozumieją, co do nich mówimy.
Niedola kota, który po sterylizacji ma wylądować na mroźnej ulicy, trafia do wyobraźni, bo – jak wierzy prawie 80 proc. Polaków – zwierzę odczuwa ból tak jak człowiek.Lilly Dong/Getty Images/FPM Niedola kota, który po sterylizacji ma wylądować na mroźnej ulicy, trafia do wyobraźni, bo – jak wierzy prawie 80 proc. Polaków – zwierzę odczuwa ból tak jak człowiek.
Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.Li Kim Goh/Getty Images/Vetta/FPM Gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie.

Artykuł w wersji audio

Największym wzięciem cieszą się stare, chore albo skazane na śmierć. Lajkujemy je na Facebooku. Forwardujemy prośby o tymczasy, czyli domy, w których mogłyby poczekać do adopcji. Decydujemy się przygarnąć. Październik, listopad, grudzień to w schroniskach i fundacjach prozwierzęcych adopcyjny szczyt. – Liczba telefonów z pytaniem o przysposobienie chorego czworonoga rośnie razem ze spadkiem temperatury – przyznaje Anna Kaflik z warszawskiej Koterii. Niedola kota, który po sterylizacji ma wylądować na mroźnej ulicy, trafia do wyobraźni, bo – jak wierzy prawie 80 proc. Polaków – zwierzę odczuwa ból tak jak człowiek.

Ale gdy ruszamy na ratunek, aby ulżyć cierpiącemu stworzeniu, przede wszystkim chcemy pomóc samym sobie. – Zawstydzeni i nieporadni, gdy trzeba mówić o swoich uczuciach, zaskakująco łatwo wchodzimy w świat emocji zwierząt. Ich cierpienie staje się dla nas wygodnym schronieniem przed własnymi problemami, ale też sposobem na podbudowanie ego, bo pomagając, stajemy się dla kogoś ważni – mówi Sylwia Krajewska, psycholożka i terapeutka. Zwierzęta mają budować atmosferę w domu, służyć jako pomoc w wychowaniu dzieci, a nawet scalać rozpadające się związki – bo kiedy brakuje tematów do rozmów, zawsze można zapytać, kto wyprowadza psa.

Nawet ponad 7 mln Polaków sięgnęło już po taki odzwierzęcy lek.

Magda i kot

Zdjęcie matki z kotką chorą na mocznicę jest dla Magdy, karmicielki bezdomniaków, bezcenną pamiątką. Matka siedzi na wózku, uśmiecha się, przytulone zwierzę patrzy prosto w obiektyw. Kilka dni później matka wyjechała do siostry i zmarła na zawał. Kotka została. Matka ze zwierzakiem spędzały razem tyle czasu, cierpiały, chorowały, obu w tym samym czasie Magda podawała leki – po śmierci matki wytłumaczyła sobie, że nie może się poddać smutkowi, musi walczyć o zdrowie przynajmniej jednej ocalonej. Na cmentarz chodzi niechętnie. Zresztą nawet gdyby chciała, ciężko byłoby włączyć grób matki do codziennego grafiku dokarmiania bezdomnych chorych kotów czy przekonywania sąsiadów, że powinni spuszczać psy z łańcucha. Na świętokrzyskiej wsi wszyscy patrzą na nią jak na wariatkę, ale ona uważa, że cierpienie zwierząt uruchamia w niej dodatkowe siły.

Działa to w ten sposób: kiedy przygarnia kolejnego chorego kota, czuje ulgę. I nie chodzi tylko o matkę, ale i codzienny ból kręgosłupa spapranego podczas nieudanej operacji. Mówi o nim lekceważąco, tak samo jak o niewielkiej rencie, darmowej rehabilitacji, na którą może liczyć dopiero w połowie przyszłego roku, braku przyjaźni, wyjeździe córki, samotności w małżeństwie itd. W odróżnieniu od wszystkich niestałych i niewiernych przygarnięte przez nią kalekie koty nigdy nie odejdą ani nie wyjadą. A właśnie tego, jak wskazują badania, najbardziej oczekujemy od adoptowanych przez nas czworonogów. – Zwierzę ma być członkiem rodziny, ale nigdy nie stanie się przyjacielem czy kimś w rodzaju partnera człowieka. To, że na zawsze zatrzymujemy psa czy kota w roli bezradnego dziecka, jest charakterystyczne dla naszej patriarchalnej kultury, która ceni podległość i podporządkowanie – uważa socjolog prof. Krzysztof Tomasz Konecki, autor książki „Ludzie i ich zwierzęta”. – W zmieniającym się świecie, w którym dzieci dorastają, a rodzice umierają, wieczne dziecko daje nam poczucie bezpieczeństwa, ale też staje się medium do odtworzenia własnej zależności od rodziców.

Aneta i pies

Osiem lat temu prof. Konecki przebadał kilkaset zdjęć czworonogów i zauważył, że nawet ustawiając się do fotografii, nieświadomie odtwarzamy hierarchiczny, ustalony przez pokolenia system rodzinny. Zwierzę stoi najniżej, nawet jeśli jest fotografowane z małym dzieckiem. Co ciekawe, w większości badanych przez niego rodzin zwierzę i dziecko byli wychowywani na tych samych zasadach: nieposłuszeństwo karano, a wierność nagradzano. Wyniki badań potwierdzały tę zasadę przeniesienia i splątania wartości: ponad 70 proc. właścicieli psów przyznawało, że najbardziej ceni posłuszeństwo swoich czworonogów. To nieomal dokładnie pokryło się z badaniami dotyczącymi wychowania pociech. – Tłumienie uczuć i obowiązek łagodności stają się podstawowym wzorcem emocjonalnym zarówno dla zwierząt, jak i dzieci – mówi Konecki.

Aneta przyznaje, że właśnie takiego wychowania na zasadzie wzmacniania i tłumienia nie może wybaczyć rodzicom. Owszem, dzięki nim jest karna i dyspozycyjna, ale nie potrafi zdobyć się na spontaniczność. Kilka miesięcy temu, po kolejnej sesji z psychologiem, postanowiła, że to zmieni. Stary pies z przetrąconą łapą koczował przy ruchliwej drodze Warszawa–Lublin. Mijała go codziennie w drodze do pracy. Po kilku dniach była pewna: czeka na właściciela, który wyrzucił go z samochodu.

Po dwóch tygodniach zadzwoniła do szefa, że będzie później – bo zabiera psa. Kiedy zamieszkali razem, przysięgła sobie, że zrobi wszystko, żeby zwierzak cieszył się autonomią i nie chodził na – wyśmiewanej przez nią – smyczy antropomorfizacji. Zostawiła go bez imienia, bo to obyczaj ludzi, a nie zwierząt, nie mówiła do niego, jak inne nawiedzone zwierzoluby, nie dawała prezentów, nie uwieczniała na zdjęciach. Mimo to pies – może przyzwyczajony przez poprzednich właścicieli – wydawał się czekać na jakieś gesty i słowa. W końcu zaczęła do psa wołać Niemój, ostatnio złapała się na tym, że zaczyna z nim gadać. Pies wydaje się zadowolony.

Tomasz i Puszek

– Patrzenie na kocie czy psie zachowania przez nasz, ludzki pryzmat to nic nowego – przekonuje Małgorzata Biegańska-Hendryk, technik weterynarii i specjalistka w dziedzinie kociego behawioryzmu. Badania wykazują, że połowa z nas wierzy, że zwierzęta myślą i rozumieją, co do nich mówimy. Co trzeci z ankietowanych jest przekonany, że czworonogi potrafią oszukiwać.

Ostatnio Małgorzata Biegańska zauważyła jednak, że coraz częściej opiekun oczekuje, aby przygarnięte przez niego zwierzę zachowywało się tak, jak nigdy wcześniej nie zachowywali się raniący go ludzie. Ma wiedzieć jak i umieć człowieka wynagradzać. Taką misję miał Puszek, wypatrzony przez M. na Facebooku. Nie poruszył go nędzny wygląd zwierzęcia czy informacje o licznych schorzeniach. Zadziałała jego, związana z człowiekiem, historia. Po śmierci właściciela kot, podobnie jak dwunastka pozostałych, przez dwa tygodnie siedział zamknięty w pustym domu z nieboszczykiem. Rodzina zmarłego i sąsiedzi wiedzieli, że za ścianą umierają koty, ale nikt nic nie zrobił. Kiedy po dwóch tygodniach wreszcie ktoś zawiadomił fundację, a ta w asyście policjantów weszła do domu – tylko Puszek dawał znaki życia.

M. nigdy dotąd nie miał zwierząt, bo – jak mówi – nie wydawało mu się, że ludzki i zwierzęcy ekosystem mają coś wspólnego. Ale w cierpieniu Puszka było coś uniwersalnego, nawet – mówi – dla takiego cynika jak on. Tyle że potem Puszka trudno było polubić. M. czuł się przez to podwójnie podle. Bo przecież kiedy na FB zgłosił swój akces do adopcji, poszło w lud, że facet ma duszę. Pracował więc nad swoim uczuciem do Puszka, ale nie potrafił mu wybaczyć, że – zamiast być po prostu wdzięcznym i niewidocznym – kot sikał mu na łóżko, gryzł albo piszczał. M. nie miał pojęcia, z czego wynika zachowanie kota, i czuł się zwyczajnie skrzywdzony. Gdy dłużej z nim porozmawiać – wychodzi, że to tak jak w relacji z byłą narzeczoną. Która zamiast przyjmować go takim, jaki jest, wymagała rozmów o uczuciach, a przecież jemu zwykłe „kocham” nie przechodzi przez usta.

Justa i planowanie

Psycholog Sylwia Krajewska przyznaje jednak, że dla wielu osób, które tak jak M. mają kłopot z bliskością, relacja z chorym, zachowującym się niezrozumiale zwierzęciem, może być satysfakcjonująca. Zwierzęta zwykle dostosowują się do oczekiwań. Większość zwierzolubów, tak jak Justa, wolontariuszka od adopcji, wierzy wręcz, że chore zwierzę ma moc otwierania ludzi. Kiedy kilka lat temu schronisko przeszło z prywatnych rąk pod zarząd fundacji, Justa zgłosiła się do spisywania zwierząt, porządkowania dokumentacji, wreszcie – jak mówi – ratowania psich staruszków. Postawiła sobie za punkt honoru nie tylko przyzwyczajenie ich do człowieka i naukę chodzenia na smyczy, ale też znalezienie im domu, w którym w zamian za opiekę byłyby nauczycielami miłości. Wcześniej jako wolontariuszka udzielała się w dużym warszawskim schronisku i wiedziała, że takie adopcje często kończą się niepowodzeniem, bo właściciel – rozczarowany zwierzęciem – zwraca je po kilku tygodniach. Właśnie z uwagi na to, że zwierzę sika albo niszczy.

Dlatego nie tylko robiła staranną selekcję potencjalnych rodzin, ale też opracowała dokładny plan adopcji; miałoby być nieomal tak jak w świecie ludzi, którzy adoptują dzieci. Najpierw kilka spotkań z przyszłymi opiekunami, potem sugestia, które ze zwierząt byłoby idealnym dopełnieniem rodziny, wreszcie spotkanie z psem, a na końcu, kiedy wszyscy przypadną sobie do gustu, podpisanie umowy adopcyjnej. – Wszystko dopięte na ostatni guzik, nie ma niedoróbek, zwierzę ma być szczęśliwe z własnym człowiekiem. A potem ono nagle zaczyna chorować na raka albo umiera – denerwuje się Justa. – I to nie jeden przypadek, ale kilka, kilkanaście.

To prosty mechanizm: stres trzyma przy życiu, kiedy adrenalina opada, wyłażą choroby. Zupełnie niezgodnie z planem. Justa przyznaje, że po tych nieudanych, czyli zakończonych śmiercią, adopcjach miała ochotę odejść z fundacji. Miały być happy endy, odzyskanie wiary w życie, tymczasem było tak jak w świecie przed bramą: niezrozumiale, bez logiki, przypadkowo. Ale nie odeszła. Przeciwnie. Jak mówi, zaakceptowała prostą prawdę o świecie: planowanie nie ma sensu. Dziś przyznaje też – równie niechętnie jak Magda karmicielka, że nie da się zastąpić rodziny, z którą akurat było u niej krucho. Choć można ulepić sobie jakąś jej namiastkę.

Ludzie i śmierć

Puszek, kot, którego próbował pokochać M., został poddany eutanazji. I, jak przyznaje M., jego śmierć, w odróżnieniu od wspólnego krótkiego życia, naprawdę nim wstrząsnęła. Nie działo się nic nadzwyczajnego. Po prostu u kota obok wielu schorzeń wykryto zaawansowany nowotwór. Weterynarz poradził, że nie ma sensu męczyć zwierzęcia. M. asystował przy śmierci. I coś w nim puściło. Najpierw – wszystkie wcześniejsze straty. Babcia, śmierć wujka, którą przed nim zatajano długo, żeby go nie martwić, wreszcie matka – której nikt, włącznie z nim, nie powiedział, że choruje na nowotwór. W odróżnieniu od tamtych, jakby nieprawdziwych, bo nienazwanych, śmierci – odejście Puszka było konkretne, namacalne.

Aneta Siwkiewicz, wiceprezeska towarzystwa Psia Wachta i wolontariuszka kaliskiego Schroniska dla Zwierząt, mówi, że śmierć zwierząt uczy szacunku do życia. – Zawsze kiedy wychodzę ze schroniska, mam świadomość, że dziś może ostatni raz spojrzeliśmy sobie w oczy i nazajutrz znajdę je w budzie, bo poddały się chorobie. I ta świadomość ulotności życia przenosi się też na moje związki z ludźmi. Cieszę się nimi, bo wiem, że przeminą.

Na jej rękach zmarło kilka psów. Każdą z tych śmierci pamięta.

Gdy niedawno na warszawskich Powązkach pochowano Z., wolontariuszkę jednego ze schronisk, prowadzącą tzw. dom tymczasowy dla kotów czekających na adopcję, na jej profilu na FB zaczęły pojawiać się pocieszenia. Nie męża czy dzieci – bo Z. była samotna, ale innych zwierzolubów, zaprzyjaźnionych z nią, nagle osamotnionych i zdezorientowanych. Jedni pisali, że Z. odeszła, bo dobrych ludzi wzywają tęskniące za nimi, zmarłe czworonogi. Ktoś napisał, że Z. na pewno wróci na ziemię w kocim futerku, inny prosił, żeby dała mu siłę do pomocy czworonogom. Prawdziwej Z., skomplikowanej i dalekiej od stereotypów poczciwej kociary, było w tych wpisach niewiele. Jej inność, podobnie jak inność zwierząt sprowadzanych do roli wiecznego dziecka czy pocieszyciela, zostały oswojone. Tak widać łatwiej.

Polityka 48.2013 (2935) z dnia 26.11.2013; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Zwierzoluby"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Nauki mistrza Kongfuzi

Chiński komunizm chciał odesłać nauki mistrza Kongfuzi na śmietnik historii, ale sam schodzi ze sceny. Za to autorzy azjatyckiego cudu gospodarczego chętnie kłaniają się duchowi Konfucjusza.

Adam Szostkiewicz
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną