Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Piątka z Bozywerka

Enklawy biedy na Śląsku

Od lewej: Kaluś, Mati, Bajlas, Gała, Szychta Od lewej: Kaluś, Mati, Bajlas, Gała, Szychta Konstancja Nowina-Konopka / Polityka
Świat, w którym dorastają Kaluś, Bajlas, Szychta, Gała i Mati.
Klatka schodowa w familoku, w którym mieszka Kaluś.Konstancja Nowina-Konopka/Polityka Klatka schodowa w familoku, w którym mieszka Kaluś.
Kaluś i GałaKonstancja Nowina-Konopka/Polityka Kaluś i Gała
Miejski basenKonstancja Nowina-Konopka/Polityka Miejski basen
Piaskownica pod wiaduktem kolejowymKonstancja Nowina-Konopka/Polityka Piaskownica pod wiaduktem kolejowym

Żyją wolni jak ptaki. Mogą grać w piłkę, gdzie chcą. Na trawniku, na podwórku, bo tu są prawdziwe, przedwojenne, a nie sztuczne, z piaskownicami pilnowanymi przez rodziców, żeby się dzieci nie ubrudziły, żeby nie podszedł pedofil, żeby nie gorsze towarzystwo, żeby nie spóźnić się na tenisa.

Jaki pedofil, jaki tenis? Kaluś, Bajlas, Szychta, Gała i Mati ganiają sobie po prawdziwych podwórkach, idą na zarośnięte tory kolejowe, na łąki, nad jeziorko, cmentarz albo na piaskarnię, gdzie można skoczyć z wiaduktu wprost w piaskowe zwalisko. Jeśli czegoś się boją – to policji. Nikt właściwie nie ma wglądu w to, co robią. A policja czasami tak: intruzi. Bajlas boi się jeszcze szybkiej jazdy na skuterze. Pożyczył od zastępczego ojca, rozpędził się i trach, skończyło się w szpitalu, co jest okropne. Szpital to też niewola.

Pod blokiem jest plac zabaw z huśtawkami, ale to nie dla nich. Wolą gałąź klonu z uczepioną liną: taka huśtawka to dopiero huśtawka! Nie cierpią regulacji, instytucji, wolne ptaki bozywerkowe. Szkoły też. Zwłaszcza szkoły.

Fart i niefart

Zachowała się fotografia Alberta Borsiga. Ma okrągłą twarz z bokobrodami, siedzi w fotelu, przy kolanach piękny pies, a w tle komin z koncernu jego ojca Augusta. Ojciec w Biskupicach, dzielnicy Zabrza, zaczął wytwarzać stal, produkować maszyny i wydobywać węgiel.

Albert potrzebował siły roboczej związanej na stałe z firmą. W 1868 r. rozpoczął budowę osiedla Borsigwerk, po którym w 145 lat później biegać będzie piątka chłopaków z ksywami: Szychta, Kaluś, Bajlas, Gała i Mati. Ale już nie po Borsigwerku, ale po Bozywerku, przechrzczonym tak z polska.

Na 19 hektarach Borsig zbudował 50 domów z czerwonej cegły. W każdym mieściło się 8–12 mieszkań o powierzchni prawie 56 m kw. każde, dwu-, trzyizbowych – niebywały luksus wśród zapchanych wówczas domownikami mieszkań robotniczych. W każdym domu na klatce schodowej – kran z bieżącą wodą (ciepła byłaby już przesadą) i ubikacja. Obok budynku – komórki na węgiel i ogródki warzywne. Szerokie ulice obsadzono drzewami, które rosną do dziś.

2700 osób w Borsigwerku ciężko pracowało, chwaliło Boga i dbało o rodzinę w hermetycznej spójni: rodzili się tam, żyli i umierali, mając od Borsiga wszystko, co trzeba, pod ręką – przedszkole, szkołę, pocztę, gospodę ze sklepem, halę sportową, park, kaplicę i cmentarz.

Po drugiej wojnie do opuszczonych przez niemieckich pracowników mieszkań zaczęli zjeżdżać młodzi ludzie, przeważnie ze wsi. Kopalnię Borsiga – o nazwie Jadwiga – przechrzczono na Pstrowskiego i to w niej pracowali teraz górnicy z Bozywerka.

Jeszcze piątki chłopców nie było na świecie, gdy osiedle dotknął niefart. Tym, którzy tu po wojnie przyjechali w młodym wieku, stuknęła górnicza emerytura. Niektórzy zaczęli wracać w rodzinne strony. Do ich mieszkań władze przesiedlały tych, którzy nie płacili czynszu w blokach. Bozywerek to już nie był wtedy żaden cud. Zestarzały się ściany, zaszły grzybem. Eksmitowani z bloków przynieśli ze sobą – jak to się nazywa w socjologii – kulturę biedy, która szybko zagarniała kolejne mieszkania.

Pod koniec XX w., po transformacji ustrojowej, padł Pstrowski. Do eksmitowanych dołączyli bezrobotni. Kto zasobniejszy, uciekał z osiedla. Zaczęły się wymiany mieszkań. Enklawy biedy – jak je nazywają naukowcy – tworzą się przez stopniowe ujednolicanie stylu życia większości zamieszkujących je ludzi. W takim otoczeniu wzrasta trzecie powojenne pokolenie na Bozywerku – wnuki pierwszych po wojnie przybyszy.

Ciemne okna

Dla dzieci z enklaw biedy – jak można przeczytać w świetnym raporcie „Świat oczami młodzieży”, pod redakcją Marcina Jóźki, o życiu nastolatków i ich starszych kolegów z Górnego Śląska – szkoła to forma przymusowego spędzania czasu. Nie chodzi nawet o to, że ubrania mają z ciucholandów i czasem inaczej pachną, bo grzyb na ścianie, lecz o to, że musieliby się dostosować do zasad, a dzieci z Bozywerka – mówi pedagog ze szkoły nr 22 w Biskupicach, do której Bozywerek chodzi – zasad nie uznają. A rodzicom często wszystko jedno. Większość nie współpracuje ze szkołą. Albo nie mają na dzieci wpływu.

Ojciec Kalusia, którego już nie ma w szkole na stałe, nawet i przyprowadzał syna, ale gdy tylko wychodził z budynku, Kaluś pryskał drugimi drzwiami i tyle go widziano. – Nic na to nie poradzę – rozkłada ręce ojciec. Matka odeszła do innego mężczyzny. Kaluś mieszka z ojcem i siostrą, której na szczęście siłą ciągnąć do szkoły nie trzeba.

Szychta też rzucił szkołę. Nie założę się z tobą o stówę – przekomarzał się Szychta z Konstancją Nowiną-Konopką, która fotografowała życie piątki z Bozywerka – że wrócę do szkoły, bo nie mam stówy. Tak na wesoło.

Jakby się, powiedzmy, wróciło do szkoły, to jak wtedy robić na złość pani Pierogowej, sąsiadce Kalusia, pielęgniarce, która pracuje w nocy, a w dzień śpi? A tak się składa, że Kaluś i spółka lubią się głośno bawić na klatce, przy której pani Pierogowa mieszka. No i co z Dużą Agatą? Jej córkę Bajlas kiedyś potrącił, więc Duża Agata powiedziała, że jak go spotka, to zabije. I Bajlas oraz koledzy strasznie się tym przejęli i chowali się przed nią, gdzie kto mógł.

Sąd skierował Szychtę do ośrodka wychowawczego, ale że była to placówka otwarta, od razu uciekł. W końcu go policja capnie i odwiezie do ośrodka zamkniętego, w którym będzie się uczyć pod przymusem. Szychta wychował się w jednoizbowym mieszkaniu z mamą, trójką rodzeństwa i z partnerem mamy, bo ojciec odszedł. Co matka może na niechodzenie syna do szkoły poradzić?

Rodziny na Bozywerku są strasznie poplątane. Partnerzy i partnerki zmieniają się stosownie do okoliczności życiowych. Przychodzi czasem – mówi pedagog szkolna – liczne rodzeństwo, każde z innym nazwiskiem. Mężczyźni dawno spasowali. Wchodzą w inne związki, zostawiają dzieci. Bajlas na przykład swego ojca widział w życiu raz. Nie chce go znać – obcy człowiek. Gdy jego matka zginęła w wypadku, znalazł się w rodzinie zastępczej – u krewnej. Jest dobra, nie narzeka.

W zimie uczniowie wagarują mniej, bo w szkole jest ciepło. Widać czasem, jak ciągną po ulicy sanki z pozyskanym w lesie drewnem do piecyka-kozy, bo węgla się nie kupiło. Nie wszędzie w familokach są kaloryfery. W szkole w zimie można też pobyć przy elektryczności. W wielu domach elektrownia wyłącza prąd za niepłacenie rachunków. Widać wtedy z ulicy ciemne okna.

Serce domu

Pewnie, że niektóre przychodzą głodne. Jedna trzecia dzieci w szkole ma obiady opłacone przez opiekę społeczną. Nie zawsze wynika to z niedostatku w rodzinie. Autorzy wspomnianego raportu piszą, że mieszkańcy enklaw biedy nie prowadzą racjonalnie gospodarstw domowych. W sklepie do koszyka biorą np. colę, chipsy i wszelkie gotowce. Zupka chińska to żelazny sprawunek. Do tego różne niepraktyczne rzeczy, wcale nie najtańsze. Nie żeby z rozmysłem, po trochu, przeciwnie – bez dbałości, że nie starczy pieniędzy na następne zakupy. Żyją z dnia na dzień, jak są pieniądze – to wydajemy, a jutro jakoś to będzie. Mam wrażenie, że biednym mieszkańcom – mówi w raporcie pracownica świetlicy środowiskowej – chodzi o to: zjeść, wypić i oglądnąć.

Oglądnąć – to telewizor, bardzo często plazmowy. W domu może nie być innych rzeczy, ale on musi: serce domu. Kupuje się go na raty i za pożyczki. Kiedy górnicy po stracie pracy w Pstrowskim dostali odprawy, telewizor dobrej marki był nabywany przede wszystkim.

Własne biznesy z tych odpraw zdarzały się rzadko. Socjologowie twierdzą, że przyzwyczajenie do pracy najemnej od lat tylko w dużym zakładzie państwowym stało się hamulcem w podjęciu przedsiębiorczości na własną rękę.

Pije się tęgo. Rano mniej – mówi pedagog ze szkoły nr 22 – bo wtedy może przyjść na kontrolę ktoś z ośrodka pomocy rodzinie. A wtedy strach, że z zasiłku nici. Ale po południu nic już nie stoi na przeszkodzie.

Kobiety powoli równają się piciem z mężczyznami. Zaczynają od drinków przy oglądaniu z koleżankami seriali, jeden, drugi i poszło. A jednak to one trzymają rodziny – ogarniają dom, wydeptują ścieżki do różnych socjali, wyciągają zasiłki, skąd się tylko da, ale i częściej niż mężczyźni podejmują pracę.

Mężczyźni w enklawach biedy rzadko mają stałą pracę. Stałą mieliby nisko płatną, nie opłaca się. Pieniędzy się w takich miejscach nie zarabia, ale organizuje. Zasiłek plus organizowanie – a i owszem. Zbiera się złom, gdzie można i gdzie nie można, puszki, butelki, makulaturę. Łapie się coś dorywczego – rozładunek, drobny remont, naprawa. Niektórzy przeczesują wysypiska śmieci.

Dobry dochód jest z wagonów przewożących węgiel. Otwiera się je w nocy cichaczem, jak szczęście dopisze, węgiel wysypuje się na zewnątrz, ładuje się go do worka i jest kasa, choć teraz już z tym trudniej niż kiedyś.

Dzieci przyuczają się do organizowania. Kręcą, kombinują. Na regularne kieszonkowe nie mają co liczyć. A palić trzeba. Coś słodkiego na ząb też się przyda. Gdy Szychcie i innym trafi się paczka papierosów, chipsów, batony albo czekolada, dzielą sprawiedliwie na sztuki i kawałki. Ten, który łamie tabliczkę, bierze ostatni. Strasznie są za sobą – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Grupa rówieśników jest w życiu dzieci z enklaw biedy najważniejszym punktem odniesienia. W rodzinach więzi to są zrywane, to sklejane i nie ma pewności. A kumpel to bliski sercu na zawsze. Ostoja.

I tak rosną w tej kulturze biedy. Stan taki – pisze Jolanta Grotowska-Leder, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego, w książce „Żyć na marginesie wielkiego miasta” – traktują jako normalne warunki. Gała i Mati chcą skończyć technikum samochodowe, a Kaluś – zostać strażakiem. Lecz widzą przecież, że bez szkoły, zawodu i pracy też można niezgorzej żyć.

Niewykluczone, że wyrwą się kiedyś z kręgu biedy. Ale zdarza się to rzadko. Raczej powielą typowy los klienta opieki społecznej: zasiłek, szybki związek z nastoletnią partnerką, rozstanie, kolejny związek, jedna, druga choroba, jak dobrze pójdzie – renta, za mała, żeby przeżyć, jeszcze jedna choroba. I to by było na tyle.

Biedna wolność

Szkoła, do której chodzi Bozywerek, postawiła na sport. Chciała oferować coś, w czym uczniowie mogliby się okazać dobrzy. Ale ci z biednych rodzin nie chcą chodzić na żadne zajęcia po lekcjach. Na sportowe też.

Do świetlicy środowiskowej przychodzi 30 dzieci (jeden wychowawca przypada na 10). Same plusy – odrobić lekcje, zjeść posiłek, pójść na basen, w lecie spędzać czas na półkoloniach. Miło, czysto, sucho. Pracownicy świetlicy starają się wyłapać dzieci, dla których może być ona – jak mówi kierowniczka Emilia Kroszka-Gonska – protezą domu. Chodzą do szkół, wypytują o takie dzieci. Uznają zasadę: nikogo nie ciągnąć na siłę. Uczestnik zajęć w świetlicy powinien przyjść z własnej i nieprzymuszonej woli.

I tu jest pies pogrzebany. Autorzy raportu stwierdzają, że z możliwości zagospodarowania wolnego czasu nie korzystają ci, którzy najbardziej tego potrzebują, tacy jak Szychta i spółka. W życiu do żadnego zagospodarowania nie przyjdą.

Proponując różne strategie życiowe – pisze Agnieszka Golczyńska-Grondas – fachowcy pomocowi odwołują się do norm funkcjonujących w normalnym świecie. Ale dla ich podopiecznych normalny jest świat, w którym żyją.

Enklawy biedy są społecznością zamkniętą. Pierze się tu brudy za swoimi murami, rachuje się ze sobą i obcym nic do tego. Chłopcy z Bozywerka pytani, czy są szczęśliwi i z życia zadowoleni, twierdzą, że bardzo. A co by zrobili, gdyby wygrali milion w totka? Kupiliby matce dom, mieszkanie i uciekliby stąd daleko. Zatem gdzieś na dnie, głęboko, kryje się w nich jednak niezgoda na miejsce, w którym się znajdują.

Może to z tego powodu Kalus, Bajlas i Gała zdemolowali stary cmentarz ewangelicki na Bozywerku, Szychta z Bajlasem podpalili altankę na działkach, Kaluś pobił kolegę i ma sprawę w sądzie, a Bajlas rozbił na głowie kolegi talerz. No i zrzucił z mostu kota.

Lider z charyzmą

Fachowcy pomocowi twierdzą, że pierwszym warunkiem wyrwania dzieciaków z kręgów dziedziczonej biedy i wykluczenia jest udane wejście w ich świat. Trochę siłą i szturmowo, co tu kryć. Mogliby to zrobić pedagodzy uliczni na podwórkach i we wszystkich miejscach „podtrzymujących tożsamość grupową”.

Że jest to możliwe, przekonuje przykład Konstancji Nowiny-Konopki, która wielokrotnie spotykając się z pięcioma urwisami z Bozywerka, potrafiła zdobyć ich zaufanie, a nawet przyjaźń. Pozwalali się fotografować, opowiadali o sobie, a ich rodzice zapraszali ją do swych mieszkań.

Lider uliczny, który pracowałby z chłopakami, nie może być kimś bez właściwości. Musi mieć charyzmę, zapał, energię, otwartość, nietuzinkowy styl bycia. I żadną miarą nie powinien narzucać się ze swoim modelem słuszniejszego życia. Powinien raczej sączyć treści, niż pouczać i namawiać.

Czy ma sens taka praca misyjna i szturmowa, bez czekania, aż dzieci same zechcą się pofatygować do miejsc z alternatywą? Agnieszka Golczyńska-Grondas stawia tezę, że negatywne przekazy, otrzymywane przez młodzież od rodzin, wzmacniają się. Edukacyjne, finansowe, emocjonalne i kulturowe zasoby rodzin z enklaw biedy maleją z pokolenia na pokolenie.

Społeczeństwo będzie coraz silniej odczuwać skutki tego ubożenia.

Prezentowane fotografie pochodzą z projektu „1001 złych uczynków”. Ich autorka Konstancja Nowina-Konopka, absolwentka Akademii Ekonomicznej i Akademii Fotografii w Krakowie, wygrała konkurs fotograficzny Lens Culture Student Photography Awards i znalazła się w gronie 21 New and Emerging Talents. Została również wybrana do pierwszej piątki w konkursie Vienna International Photo Awards 2013.

Polityka 50.2013 (2937) z dnia 10.12.2013; Na własne oczy; s. 124
Oryginalny tytuł tekstu: "Piątka z Bozywerka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pierwsza matura po deformie. Żeby zdać, trzeba szczęścia albo wielkich pieniędzy

Żeby przejść przez maturę, trzeba mieć dużo zdrowia albo spore pieniądze. A najlepiej jedno i drugie – mówią rodzice i nastolatki z pierwszego rocznika wykształconego w szkołach zreformowanych przez Annę Zalewską. Za sto dni podchodzą do trudniejszych niż dotąd egzaminów.

Joanna Cieśla
31.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną