Społeczeństwo

Galernicy

Magister sprzedawca z galerii handlowej

Już po kilku miesiącach pracy w galerii większość zaczyna cierpieć na „ludziowstręt”. Już po kilku miesiącach pracy w galerii większość zaczyna cierpieć na „ludziowstręt”. Stefan Maszewski / Reporter
W 900 polskich galeriach handlowych przed świętami uwijają się setki tysięcy sprzedawców. 80 proc. z nich to ludzie z wyższym wykształceniem albo studenci.
Z pozoru atrakcyjny i przyjazny świat, który po jakimś czasie okazuje się zasysającym nierealem.Igor Stepovik/PantherMedia Z pozoru atrakcyjny i przyjazny świat, który po jakimś czasie okazuje się zasysającym nierealem.
Ostatnio galerie dotknął kryzys. Większa popularność zakupów internetowych przełożyła się na spadek obrotów w galeriach.Teodor Ryszkus/Forum Ostatnio galerie dotknął kryzys. Większa popularność zakupów internetowych przełożyła się na spadek obrotów w galeriach.

Sebastian (27 lat, tytuł magistra prawa i administracji uniwersytetu białostockiego) mówi, że to Nibylandia. Od roku, tkwiąc w galerii handlowej, zmagał się z poczuciem odrealnienia i oderwania od rzeczywistości. Czasem wydaje mu się, że cały ten rok ma wyrwany z życia. Jakby siedział w więzieniu. W warszawskiej Arkadii były przynajmniej szklane fragmenty dachu. W Galerii Mokotów, gdzie pracuje teraz, nie ma pór roku ani dnia. Zawsze jest jasno, temperatura 21 stopni. Sebastian ma dość. Właśnie zwolnił się z pracy, mimo że niedawno awansował na dekoratora. Czuje się, jakby miał depresję sezonową – tę związaną z niedoborem światła dziennego. Problemy ze snem, drażliwość, płaczliwość, szybkie męczenie się, brak energii, pogorszenie nastroju.

A przecież w galerii jest miło. Czyściutko i luksusowo. Feeria kolorów i świateł. Kwiaty albo bombki i girlandy, zależnie od pory roku. Fontanny i sztuczne palmy. Z pozoru atrakcyjny i przyjazny świat, który po jakimś czasie okazuje się zasysającym nierealem.

W tym sztucznym świecie nie ma społeczności. Nie nawiązują się żadne bliższe relacje pomiędzy pracownikami. Jest ich po prostu zbyt wielu, a charakter pracy nie sprzyja pogawędkom. – Najwyżej zamieni się dwa słowa na przerwie, ale ja raczej wolę wtedy załatwić jakiś telefon, to jedyny moment w ciągu dnia – mówi Łukasz, student Wyższej Szkoły Informatycznej, który sprzedaje elektroniczne gadżety. Bo telefonu w pracy przy sobie mieć nie wolno. Przerwa to 30, czasem tylko 15 minut na dzień. Można wtedy pójść coś zjeść. Zamiast do galeryjnego food courtu idą na zaplecze. Jest lodówka, mikrofala, czajnik, stół. Jak w domu. Taniej i na chwilę można zapomnieć, że się jest w galerii. Odpocząć od ludzi, bo przerwy mają przecież rotacyjne. Poza przerwą można iść do toalety, a palący czasem wyskakują na szybkiego dymka na parking podziemny albo przed galerię, jeżeli sklep jest na parterze i blisko wyjścia, ale nie wszyscy kierownicy na to pozwalają. Stąd wielu pracujących w galeriach palaczy przerzuciło się na e-papierosy. Po skończonej zmianie każdy chce jak najszybciej wyjść, odetchnąć prawdziwym powietrzem. Wszyscy pracownicy centrów mają możliwość uczestniczenia w przeróżnych imprezach organizowanych przez galerie – są zniżki do siłowni, fitnessu, fryzjera – ale bardzo niewielu z tego korzysta. Wolą zapłacić drożej, ale zmienić otoczenie.

No i nie słyszeć muzyki, która w galerii gra przez cały czas. W każdym sklepie inna. – U nas było najciszej ze względu na zwierzęta – mówi Agnieszka, psycholog, 40 plus, samotnie wychowująca dwójkę dzieci. Po wypadku samochodowym przez lata zmagała się z PTSD i nie mogąc pracować w zawodzie, trafiła do galerii. Wybrała sklep z artykułami dla zwierząt właśnie z powodu mniejszego natężenia decybeli i dlatego, że pracownicy mieli 40 proc. zniżki na karmę. Ona ma dwa koty rasy Main Coon, z alergią, a weterynaryjne diety są bardzo drogie. W jej sklepie ludzie często zatrzymywali się na dłużej, nie tylko po to, by pogapić się na króliki czy pięknego gwarka, ale, jak mówili, by chwilę odpocząć od hałasu. Od brzęczących głośników i brzęczących ludzi.

Na długą chwilę

W całej Polsce jest już około 900 galeriopodobnych centrów handlowych. – Właściciele trochę nadużywają nazwy galeria, bo to określenie wydaje się bardziej prestiżowe – mówi Julita Serafinko z redakcji portalu Galeriehandlowe.pl. – Według nas galeria musi być dużym obiektem, mieć przynajmniej około 100–150 najemców. Ale ważna jest też różnorodność oferty. I nie tylko handel.

Właśnie galerie dają dziś pracę absolwentom wyższych uczelni (a bezrobocie w tej grupie sięga aż 44 proc.). Szacuje się, że około 80 proc. sprzedawców to absolwenci z tytułem magistra lub licencjata albo studenci. Nie ma dnia, żeby po galerii nie chodził młody człowiek, roznosząc swoje CV. Po kilku dniach dostaje od jednego lub kilku sklepów zaproszenie na rozmowę i jeżeli tylko nie jąka się i sprawia ogólnie sympatyczne wrażenie, dostaje pracę. Na początku oczywiście na śmieciowej umowie – ale jednak. Bo przecież „sieciówki”, czyli tańsze marki, hipermarkety odzieżowo-obuwnicze, które najbardziej tną koszty, zatrudniają już wyłącznie studentów.

Ostatnio galerie dotknął kryzys. Większa popularność zakupów internetowych przełożyła się na spadek obrotów w galeriach. W pierwszym kwartale 2013 r. wskaźnik liczby odwiedzających centra handlowe (Reveal Index, obejmujący badaniem grupę kilkudziesięciu centrów) spadł do rekordowo niskich wartości – tak złego początku roku nie było w Polsce od pięciu lat. A jednocześnie centrów wciąż przybywa: w pierwszej połowie roku otwarto dziewięć nowych obiektów, do końca roku jeszcze więcej. We wrześniu ruszyła m.in. Galeria Katowicka i Galeria Odkryta na warszawskiej Białołęce, w październiku: warszawska Plac Unii City Shopping, Poznań City Centre, Riviera Gdynia i Trzy Korony w Nowym Sączu. W listopadzie krakowskie Bronowice i Brama Pomorza w Lipienicach koło Chojnic.

Średnio w Polsce na mieszkańca przypada już ćwierć metra kwadratowego galerii albo centrum. Kuszą więc. Starają się trwać, stają się substytutem miast – ich ładniejszym i bardziej ponętnym odpowiednikiem. Poszerzając ofertę, o co tylko się da.

Mydło i statystyka

Na przykład o aktorów serialu „Ranczo” – zatrudnionych w galerii w dwuaktowym przedstawieniu „Smak Mamrota”, w Cuprum Arena w Lubinie w ramach wydarzenia „Poczuj smak PRL-u”. Ekspozycja socjalistycznego M2, wystawy zabawek i przedmiotów z epoki oraz konkurs wiedzy o Polsce Ludowej. Warunkiem udziału było zrobienie zakupów za min. 50 zł. Nagroda główna – wizyta na planie serialu.

– Takie atrakcje szczególnie dobrze sprzedają się na prowincji – mówi Sebastian, sprzedawca, który dorastał w Białymstoku. – Ale, ku mojemu zaskoczeniu, w stolicy też jest cała masa ludzi, którzy nie mają pojęcia, co zrobić z wolnym czasem, więc idą do galerii. A jeżeli tam się coś dzieje, to jeszcze lepiej. Galerie angażują się wręcz w sztukę przez duże „S” (choć socjologowie coraz częściej nadmieniają, że podział na kulturę wysoką i masową jest anachroniczny). Zwłaszcza te w odrestaurowanych poprzemysłowych obiektach, które ze swoimi ceglanymi ścianami, zachowanym zabytkowym brukiem same są dziełami sztuki. W założeniu – to miejsca z duszą, w których sztuka ma się zagnieżdżać niejako naturalnie.

 

Poznański Stary Browar, czyli Centrum Sztuki i Biznesu, ma swoją własną galerię sztuki oraz rzeźby (m.in. dzieła Igora Mitoraja) i cały program wystawienniczy, filmowy i performatywny realizowany przez Art Stations Foundation Grażyny Kulczyk. W łódzkiej Manufakturze, w budynku dawnej tkalni, jest filia Muzeum Sztuki ms2. W tej samej przestrzeni co galeria handlowa działają też Muzeum Fabryki, Muzeum Miasta Łodzi oraz Teatr Mały. Nic dziwnego, że klimatyczna ulica Piotrkowska się wyludniła.

Na sprzedawcach zatrudnionych w „artystycznych” galeriach dziwaczny melanż sztuki z pospolitą konsumpcją nie robi jednak wrażenia. Nie wchodzą do bibliotek ulokowanych w centrach (w szczecińskiej Galaxy można zapisać się do biblioteki wojewódzkiej, to pomysł dyrektora – skoro do galerii handlowej w ciągu jednego dnia przychodzi tyle ludzi, ile do jego biblioteki przez cały miesiąc). Nie społecznikują w fundacjach (np. w krakowskim Bonarka City Center, w Tarnowie w Gemini Park, w Kielcach w Galerii Korona i w rzeszowskim Millenium Hall zainstalowały się fundacje pomocy dzieciom i młodzieży). Bo nawet jeśli są magistrami sztuki, ich obowiązkiem zawodowym i głównym zmartwieniem jest konwersja. Czyli wypracowanie właściwego stosunku liczby klientów, którzy dokonali zakupów, do wszystkich, którzy do sklepu weszli.

W niektórych butikach konwersja jest podawana co godzinę („słuchajcie, jest godzina 13, mamy konwersję 20 [czyli 20 proc. ze wszystkich odwiedzających sklep dokonało zakupów], a nasz cel na dziś to 25”), co dodatkowo stresuje personel. Przy bramkach z alarmami zamontowane są liczniki odnotowujące wejścia do sklepu. – Dlatego jeżeli wchodzi sprzedawca, wracający np. z toalety, zawsze się schyla, by nie złapała go elektroniczna czujka – wyjaśnia Alicja, która w galeriach pracuje od ośmiu lat. Poza tym ma dwa fakultety, dziennikarstwo i socjologię. Pracowała przez całe studia, jak wszyscy studenci, była dla pracodawcy cennym nabytkiem (oszczędność na ZUS), potem dostała stałą umowę. Fakt, miała ambicje: w tym samym czasie udało się jej zaliczyć kilka bezpłatnych staży w internetowych portalach informacyjnych, gdzie pisała o wszystkim – także sztuce. W galeriach przeszła wszystkie szczeble kariery od zwykłego sprzedawcy, przez dekoratora (to osoba, która zajmuje się eksponowaniem towaru na wystawie i w sklepie), do kierownika działu. Ma już ugruntowaną pozycję w firmie i niezłe zarobki. Po dyplomie próbowała szukać pracy w zawodzie, ale ponieważ nikt nie chce podpisać umowy z początkującym dziennikarzem, pracuje na dwa fronty. W galerii, nabijając konwersję w sklepie, jak się tylko da, i w agencji dziennikarskiej za wierszówkę.

Podobnie zresztą na dwóch etatach jest Anna Wojecka. Po historii. Jej praca magisterska o strajku młodzieży w zespole szkół we Włoszczowie w 1980 r. wzbudziła tak duże zainteresowanie, że za namową promotora popracowała nad nią jeszcze rok i powstała z tego książka. W galerii w taniej odzieżowej sieciówce pracuje już szósty rok. Marzy jej się IPN, ale na razie dostała etat w szkole i właśnie przygotowuje się do egzaminów na nauczyciela kontraktowego. Nabijając konwersję, myśli też o studiach podyplomowych z archiwistyki.

Ale na przykład Aldona, która pracuje w galerii w jednym z najbardziej ekskluzywnych butików w Galerii Mokotów, ma przyzwolenie szefostwa, by aż tak bardzo nie szarżować z konwersją. Mówi: to nie sztuka wcisnąć coś na siłę klientce. Panie, które tu przychodzą, mogą wydać nawet kilkanaście tysięcy złotych na jedną kreację. Praca Aldony polega na tym, by pomóc klientce wybrać kreację tak, żeby zostało to zauważone i skomentowane na lunchu, raucie czy kolacji. Dlatego po studiach handlowych i kilku latach przepracowanych w sklepach poszła na płatne podyplomowe studia mody i stylizacji. Teraz zaocznie studiuje psychologię i coraz łatwiej jej dyskretnie i nienachalnie wpływać na wybory klientek.

Powidło i snuje

Tymczasem te centra handlowe, które akurat nie mogą poszczycić się stałą ofertą kulturalną (poza obowiązkowym kinem), organizują coraz bardziej ekstrawaganckie „eventy”. W Galerii Krakowskiej rozstawiono na korytarzach makiety przedstawiające wynalazki Leonarda da Vinci. W Panoramie w Gorzowie Wielkopolskim odbył się Dzień Owada. Warszawskie Blue City zaryzykowało pokazanie kontrowersyjnej wystawy „Bodies... The Exhibition”, czyli spreparowanych ludzkich ciał, szkieletów i organów.

Człowiek galeryjny, przechodząc codziennie w drodze do pracy obok spreparowanych i wyeksponowanych nieboszczyków, nie myśli za dużo – o śmierci, sensie, o czymkolwiek. Idzie odbębnić godziny i nie dać się zeżreć żywcem. A po skończonej 10- lub 12-godzinnej szychcie myśli tylko o tym, by jak najszybciej stąd wyjść.

Już po kilku miesiącach pracy w galerii większość zaczyna cierpieć na „ludziowstręt”. Bo trudno go nie mieć, gdy zarabia się średnio 10 zł na godzinę i oczywiście nie na umowę (etatowi mają trochę lepiej, sprzedawcy zarabiają od 1,4 tys. do 2,5 tys. na rękę, dekorator i starszy sprzedawca 200–300 zł więcej, kierownik sklepu od 3 do 5 tys.), a pracuje po 12 godzin dziennie nawet trzy dni z rzędu. A jak jest inwentaryzacja, to nawet po 16 godzin; to tak zwany elastyczny czas pracy w galeriach handlowych.

Na posadzie galeryjnej trzeba być miłym i uprzejmym, znosić różne kaprysy klientów. I starać się sprzedać jak najwięcej, bo od tego zależy premia. Do tego wystrzegać się kolegów gotowych do podłożenia świni. Uważać na złodziei (choć to coraz częściej zadanie ochrony, która zresztą pilnuje także sprzedawców, kradzieże wewnętrzne to coraz większy problem wszystkich sklepów), bo jeżeli udaremni się kradzież, to na ogół dostaje się 10 proc. wartości uratowanego towaru. Sprzedawca przyłapany na kradzieży dostaje natychmiastowe zwolnienie. By takich sytuacji było jak najmniej, kierownicy kontrolują personel. Wyrywkowe sprawdzanie szafek pracowniczych. I codzienna kontrola torebek przy wyjściu. – To dość upokarzające doświadczenie – przyznaje Alicja, która sama teraz jest kierownikiem i sprawdza torebki podwładnych. – Ale rzeczywiście ludzie często kradną. Moim zdaniem lepsze rezultaty prewencyjne niż kontrola dają duże zniżki pracownicze na sklepowy asortyment i dobre traktowanie personelu. To wszystko odreagować można dopiero po pracy. W realnym świecie – ale częściej w internecie.

Na jednym z portali społecznościowych powstała niedawno strona: „Nie znasz życia, jeśli nie pracowałeś w handlu”, gdzie galernicy wymieniają się strategiami na przetrwanie (niedawno ktoś opublikował szczegółowy formularz „Jak podp... lić kolegę”) oraz podśmiewają się z klientów. Na przykład takich z grubym portfelem, którzy traktują sprzedawcę z góry, a sami nie potrafią prawidłowo wymówić anglojęzycznej nazwy marki i np. mylą Hugo Bossa z Boshem.

Klienci. To opowieść osobna. Najbardziej znienawidzeni przez sprzedawców są tzw. snuje sklepowi i oglądacze. Nic nie kupują, a potrafią wejść do tego samego sklepu nawet kilka razy, bo im się pomyliło albo już zapomnieli, że tu zaglądali. Albo widzieli coś podobnego i chcą porównać cenę. Strasznie psują konwersję.

Najgorzej, gdy są to snuje grupowi. Nastolatki, które zamiast do szkoły poszły do galerii i spędzają czas w sklepach. Oglądaczy najwięcej jest przedpołudniami. Często to kobiety na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Zamiast spacerować po parku z wózkiem, wolą iść do galerii, poprzymierzać ciuchy, popryskać się perfumami. Potem na lunch do KFC, żeby po prostu nie zdziczeć w domu i pobyć trochę między ludźmi. Zmorą ekspedientów są matki z kilkuletnimi dziećmi. Potrafią „zatrudniać” sprzedawczynie jako opiekunki do dziecka, a same znikają w przymierzalni z naręczem ciuchów. – Kiedyś taki rozpuszczony bachor zdemolował nam pół sklepu – mówi Alicja, ta po dziennikarstwie i socjologii. – W końcu zawołałam mamę, bo nie mogłam sobie z dzieckiem poradzić, a układanie rzeczy po jej wyjściu zajęło nam dobrą godzinę.

 

Osobną kategorię snujów stanowią bezrobotni. Częściej trafiają się kobiety. Wyraźnie mają za dużo czasu i za mało pieniędzy, więc chodzą po sklepach i oglądają, bo to nic nie kosztuje. Grupowo na ogół przemierzają galerie przyjezdni z prowincji, dla których wycieczka do centrum handlowego to żelazny punkt programu w wypadzie do miasta. Potrafią szwendać się godzinami. Zwłaszcza w trakcie wakacji i w weekendy.

W kategorii znienawidzeni jest podkategoria szczególna: „tajemniczy klient”. Czyli po prostu pracownik jednej z agencji zajmującej się kontrolą sprzedawców. Właściciel sklepu zamawia usługę i wtedy do salonu sprzedaży przychodzi grymaszący, wybredny klient. Czasem bywa niegrzeczny. I wystawia sprzedawcom oceny. – Po kilku latach rozpoznaję ich prawie bezbłędnie – mówi Joanna, kierowniczka salonu w odzieżowej sieciówce. – Ale sama kiedyś, jeszcze na studiach, pracowałam jako tajemniczy klient.

Kontakty i spięcia

Czasem trafi się taki naskórkowy realny kontakt międzyludzki. Na przykład z kategorią samotni. Którzy wyraźnie przychodzą po to, by z kimś porozmawiać, a zawodowo uprzejmy i uśmiechnięty sprzedawca doskonale się do tego nadaje. Samotni wybierają raczej sklepy z upominkami, artykułami dla zwierząt (jeśli mają swoje zwierzątko) lub z wyposażeniem wnętrz.

– Godzinami potrafią opowiadać o tym, jak mają urządzone mieszkanie albo o kocie, który drapie sofę i co można by na to poradzić, jak tę sofę zabezpieczyć – mówi Aneta, dekorator w salonie wnętrzarskim. Skończyła towaroznawstwo na SGGW, specjalizacja żywność, ale miała też na studiach elementy technologii drewna i to jej się czasem w pracy przydaje. – Jak im się człowiek da wygadać, to czasem nawet coś kupią, ale raczej jakiś drobiazg, nic poważnego. Aneta przyznaje, że jej trochę żal takich ludzi, z kotem za towarzysza, i na ogół jest cierpliwą słuchaczką.

Zwykle trafia się jednak kontakt międzyludzki o dużej emocjonalnej amplitudzie. W tanich sieciowych odzieżówkach popołudniami zmorą stają się klienci, którzy przychodzą nie po to, by coś kupić, ale odegrać się za niepowodzenia z całego dnia, względnie życia. – Wyraźnie szukają pretekstu do zrobienia awantury, mieszają nas z błotem, pytają, jak nam nie wstyd pracować w takiej złodziejskiej firmie – mówi Anna Wojecka. – Mówimy na nich „sfrustrowani”.

W droższych butikach na nerwach sprzedawcom grają nuworysze. Ostentacyjnie obnoszą się z portfelem wypchanym złotymi kartami kredytowymi i niedwuznacznie dają obsłudze odczuć, że jest biednym plebsem. Nigdy nie odniosą przymierzanych rzeczy na miejsce. Arogancko domagają się kompleksowego obsłużenia. Alicja, po dwóch fakultetach, już się przyzwyczaiła do tego, że niektórzy klienci okazują sprzedawcom swoją wyższość, traktują personel sklepu jak służących, pokazują im, gdzie jest ich miejsce.

Ale też: Aldona z ekskluzywnego butiku na piętrze aroganckich klientów zna tylko z opowieści. Podobnie jak historie o tym, co klienci potrafią robić w przymierzalniach (uprawiać seks, zażywać narkotyki, masturbować się) i co tam po sobie zostawiają (zużyte prezerwatywy, tampaxy, brudne pampersy). Owszem, niektórzy trochę za bardzo afiszują się ze swoim bogactwem, ale jak ktoś zarabia kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie albo i więcej, ma prawo ciut się tym szczycić – tak uważa Aldona. Ale już naprawdę duże pieniądze najczęściej idą w parze z większą kulturą osobistą. Owszem, zdarzają się wyjątki, ale nie tak często jak jeszcze kilka lat temu. Aldona mówi, że wyraźnie widać dobry trend: najbogatsi inwestują nie tylko w przedmioty, przede wszystkim w siebie. Nauczyli się lepszych manier, języków, wiedzą, co wypada nosić w eleganckim towarzystwie. Wyraźnie nabrali ogłady.

I do domu

W przestrzeni galernianej dźwięczą też, jak irytujące muchy, wezwania ze świata zza szyb. Na przykład: dbaj o zdrowie. W szczecińskim Gryfie, płockiej Mazowii czy warszawskiej Galerii Pod Dębami ruszyły mobilne poradnie kardiologiczne, oferujące darmowe ekg., badanie ciśnienia i cholesterolu. Czasem w pakiecie z badaniem poziomu cukru. Można przynieść swój stary glukometr i za darmo dostać nowy. Galeryjni wyrobnicy, nowa polska inteligencja po studiach, mijają te punkty usługowe możliwie najszybszym krokiem. Żeby w końcu wyrwać się z tego nierealu.

Sztuczny świat galerii jest trochę jak społeczne laboratorium. Pokazuje, może w krzywym zwierciadle, przekrój polskiego społeczeństwa i największe problemy, z jakimi się borykamy. Bezrobocie młodych, nadprodukcję absolwentów wyższych uczelni, kulejący system opieki zdrowotnej – nie bez powodu największą popularnością w centrach handlowych cieszą się darmowe badania, a nawet pogadanki o zdrowiu.

Dla bogatych snobów galerie mają sztukę i butiki najdroższych światowych marek. Dla plebsu tanie sieciówki, lody i frytki. Wszystko pod jednym dachem. Jak w życiu. Ale socjologowie już nie załamują rąk, że rodziny czas wolny spędzają w centrach handlowych, bo odkryli, że to bardziej integrujące dla nich miejsce niż dom, gdzie każdy siedzi przed swoim laptopem lub iPadem, a nieinternetowy dziadek przed telewizorem.

Tymczasem w galeriach jest więcej i coraz więcej do wyboru. Już nie tylko banki i szkoły językowe, ale urzędy miasta (rzeszowski Millenium Hall), szewstwo, krawiectwo, kosmetyka, siłownie. A ostatnio także duchowość. W katowickiej Silesia City Center powstała kaplica. Najczęściej świeci pustkami, bo katolickie śląskie rodziny w niedzielne popołudnia do galerii idą po mszy, zgodnie z rytuałem: najpierw churching potem shopping – i churching jest już odhaczony.

A personel w czasie pracy, niestety, modlić się nie może. Musi nabijać konwersję.

Magistrowie i licencjaci idą do pracy w galerii zwykle na chwilę, na przeczekanie, zanim znajdą coś w zawodzie, ale część z nich zostaje na długo. Bo odkrywają, że wykształcenie, jakie zdobyli kosztem sporych czasem nakładów finansowych, nie jest zbyt wiele warte. Bo brakuje im motywacji, wiary we własne możliwości. Bo zadomawiają się w nowym miejscu pracy. Zaczynają robić karierę w handlu. Awansować, lepiej zarabiać i dochodzą do wniosku, że tak też można żyć. Tak oto, nieoczekiwanie, „sprzedawca sklepowy” stał się dziś jednym z najliczniejszych zawodów inteligenckich.

Polityka 50.2013 (2937) z dnia 10.12.2013; Społeczeństwo; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Galernicy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Ostatni niemiecki jeniec

W czasie drugiej wojny w obozach jenieckich w USA znalazły się setki tysięcy niemieckich żołnierzy. Wielu z nich podjęło próby ucieczki. Ostatni ze zbiegów, urodzony w Świdnicy Georg Gaertner, ujawnił się po 40 latach.

Andrzej Fedorowicz
12.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną