Dziecko wybrało śmierć, winnych brak

By nie było tematu
Siedem lat temu 14-letnia gimnazjalistka Ania z osiedla na obrzeżach Gdańska powiesiła się w swoim domu na skakance. Uznanym za winnych chłopcom kończy się właśnie dozór kuratorski. Wygląda, jakby na osiedlu zostały same ofiary.
Na grobie Ani zawsze palą się znicze. A kto będzie czuł taką potrzebę, położy też kwiaty.
Anna Musiałówna/Polityka

Na grobie Ani zawsze palą się znicze. A kto będzie czuł taką potrzebę, położy też kwiaty.

Łukasz Rayski/Polityka

Kiełpino Górne na południe od Gdańska. Doskonałe miejsce do życia, jak je zawsze zachwalano. Osiedle domków jednorodzinnych, obwodnica, dobry dojazd do centrum autobusem bez przesiadek. Cisza i spokój, wzgórza i jeziora.

Tu każdy każdego zna. O sąsiadach wie wszystko, bo co dom, to czyjś kuzyn. Jest tylko jedna sprawa, o której na osiedlu się nie rozmawia. Siedem lat temu, w 2006 r., Ania z domu naprzeciwko kościoła powiesiła się na skakance. Wtedy mówiła o tym cała Polska.

Bo nie jest już tak, jak było

Sąsiad pierwszy nie rozmawia o tym ani z mediami, ani z innymi sąsiadami, ani z własną rodziną. Bo wystarczy na osiedlu wspomnieć choć jednym słowem, a zaraz zaczynają się pretensje i problemy. Nawet nie da się już spokojnie razem usiąść przy stole, żeby to wszystko wyjaśnić.

Choć Kiełpino Górne to jedna wielka rodzina. Zaczęło się od siedmiu braci, którzy się tu sprowadzili, pożenili i pobudowali. Do dziś co drugi na osiedlu ma to samo nazwisko. Ania też. 14 lat, spokojna blondynka. Tamtego dnia, czyli w piątek 20 października 2006 r., wcześniej niż zwykle wróciła ze szkoły. Potem przyszła jej przyjaciółka z klasy, chwilę rozmawiały, a do rodziców niespodziewanie zadzwoniła nauczycielka, że w szkole chyba coś się wydarzyło, Ania tak szybko uciekła. Powinni zwrócić na nią uwagę – ale nie dali rady. A następnego dnia już ją znaleźli w pokoju, na tej skakance przywiązanej pod sufitem.

Do Kiełpina Górnego przyjechała policja. Po przesłuchaniach uczniów w szkole wynikło, że to przez kolegów z klasy – czyli też z osiedla i w zasadzie z rodziny – Mateusza, Dawida, Łukasza, Arka, Michała. Chodziło tylko o głupie żarty – tak mówili. Nauczycielka wyszła na chwilę, zaczęło się zaczepianie, naśmiewanie, nagranie wszystkiego na telefon komórkowy.

Po wstępnych przesłuchaniach koleżanek z klasy policjanci zaprotokołowali jednak, że było i ściąganie spodni, obmacywanie, prawie gwałt. Tak to potem opowiedziały wszystkie telewizje. Sąsiedzi z Kiełpina Górnego mówili jeszcze – do kamer – że to przecież niemożliwe. Że to takie dobre, normalne chłopaki. Z rodzin tradycyjnych, niepatologicznych. I z Kiełpina Górnego, gdzie nawet kapsle po butelkach nie leżą pod sklepem.

Ale ktoś przypomniał sobie, że chłopcy latem zniszczyli na osiedlu samochody. A ktoś inny, że Ania przecież też lubiła ich zaczepiać. W domu nie zawsze widać to, co w szkole. Że zawsze była wrażliwa, wspominała o samobójstwie. Że już wcześniej próbowała. I matka Ani na początku też mówiła do kamer, że nie ma do chłopców żalu. Ale potem zmieniła zdanie.

Sąsiad pierwszy już o sprawie nie mówi, bo z mówienia były tylko złe skutki. Domy obok siebie, najbliżsi sąsiedzi, jedna wielka rodzina – no, to powiedz teraz, po której jesteś stronie.

Bo z chłopców zrobili kryminalistów

Sąsiad drugi też nie chce rozmawiać o sprawie Ani. Za dużo wycierpieli ci chłopcy, teraz układają sobie pełnoletnie już życie. Na przykład Dawid, którego podwozi czasem po sąsiedzku. Chodzi do szkoły, ma plany na przyszłość.

Te siedem lat temu, parę dni po pierwszych przesłuchaniach, na oczach uczniów i widzów telewizyjnych programów na żywo, z gdańskiego Gimnazjum nr 2 policja wyprowadzała tych pięciu chłopaków w kajdankach. I tak samo wprowadzała na sądową salę. Decyzja błyskawiczna – oskarżenie o znęcanie się, które doprowadziło do samobójstwa, i tymczasowe osadzenie w schroniskach dla nieletnich. Mimo że nie przesłuchano większości świadków, a proces był jeszcze w toku, na forach internetowych sąsiedzi czytali, że najlepiej byłoby wywieźć zboczeńców do lasu, a w tabloidach na zdjęciach widzieli niby niewyraźne, ale znajome sylwetki z podpisem: „To oni zabili Anię”.

Trudno było wtedy porozmawiać z ich rodzicami. Ze ściągniętymi twarzami mijali się, krążąc po osiedlu. I nawet Wigilię tak przechodzili, bo synom nie pozwolono wrócić do domów na święta. Najbardziej przygarbieni chodzili rodzice Dawida – ich dom to jeden z pierwszych, które tu pobudowano. Psychologowie ze schroniska pisali wówczas o chłopaku w opiniach, że „deklaruje lęki związane z brakiem jednoznacznej wizji przyszłości”, „coraz częściej powtarza, że nie wytrzyma sytuacji”.

Sąsiad drugi: dlatego lepiej już tego nie ruszać. Bo nie trzeba wiele, żeby znów wszystko odżyło.

Bo nikt ich nie słuchał

Sąsiadka też nie chce rozmawiać. Powie tylko: nikt wtedy nie pomyślał, że społeczność, która zna się na co dzień, może mieć w tej sprawie inne zdanie. Po tamtej Wigilii rodzice i kuzyni mówić chcieli. Zorganizowali pikietę przed sądem w Gdańsku, w obronie chłopców, żeby odpowiadali z wolnej stopy. Był styczeń 2007 r. Sąsiedzi przynieśli transparenty: „Łatwo oskarżać, trudno przyznać się do błędu”, „Żądamy ujawnienia faktów”, „Nasze dzieci – pierwsi więźniowie polityczni IV RP”.

Bronią swoich dzieci, przestępców i gwałcicieli – czytali o sobie w gazetach.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną