Społeczeństwo

Krówki, tirówki, domówki, internetówki...

Prostytucja: karać czy legalizować? Wciąż toczy się dyskusja

Większość klientów agencji towarzyskich to stali bywalcy. 63 proc. odwiedza je kilka razy w miesiącu, a 34 proc. kilka razy w tygodniu. Większość klientów agencji towarzyskich to stali bywalcy. 63 proc. odwiedza je kilka razy w miesiącu, a 34 proc. kilka razy w tygodniu. Jan Miks / PantherMedia
W Polsce, jak to w mieszczańskim salonie pani Dulskiej, problem jest wart uwagi tylko wówczas, gdy wybucha skandal obyczajowy z udziałem jakiegoś polityka.
Opłatą za seks nie zawsze są pieniądze. Galerianki prostytuują się za ciuchy i gadżety, panie żyjące ze sponsorów przyjmują w rozliczeniu wynajem mieszkania, drogie prezenty, wyjazdy wakacyjne.Sergiy Serdyuk/PantherMedia Opłatą za seks nie zawsze są pieniądze. Galerianki prostytuują się za ciuchy i gadżety, panie żyjące ze sponsorów przyjmują w rozliczeniu wynajem mieszkania, drogie prezenty, wyjazdy wakacyjne.
Jedynie kilka procent kobiet pracujących w seksbranży jest ubezpieczonych, bo wstydzą się wpisywać w rubryce „zawód”, że są prostytutkami.Marcin Smulczyński/SE/EAST NEWS Jedynie kilka procent kobiet pracujących w seksbranży jest ubezpieczonych, bo wstydzą się wpisywać w rubryce „zawód”, że są prostytutkami.

Tekst został opublikowany w POLITYCE 28 stycznia 2014 roku.

Nawet jeśli już rozmawia się o prostytucji, to jedynie w tonie zagrożenia – jak ochronić społeczeństwo przed prostytucją, a nie – jak poprawić sytuację tych kobiet i zapewnić im bezpieczeństwo. Ten ton było słychać w apelu biskupów sprzed kilku lat, by „oczyścić piękny polski krajobraz z tirówek”; jakby to były przydrożne śmieci. Podobny wydźwięk miała akcja Lecha Kaczyńskiego, który jako prezydent Warszawy próbował zaprowadzić moralną czystość w centrum stolicy, likwidując agencje towarzyskie; co oczywiście okazało się walką z wiatrakami, bo w miejsce zamykanych powstawały nowe.

To święte oburzenie pobrzmiewa także dziś, gdy trwają protesty przeciwko otwarciu klubu go-go na Krakowskim Przedmieściu, bo za blisko kościoła. Politycy na temat prostytucji wypowiadają się rzadko. Głównie wtedy, gdy któryś z nich zostanie przyłapany na korzystaniu z płatnej miłości albo kiedy można dołożyć przeciwnikowi zarzutem „bywania w domach schadzek”. Nie ma tu łatwych rozwiązań, ale udawanie, że zjawisko nie istnieje, prowadzi donikąd.

Prostytucja: po szwedzku, po niemiecku

W krajach skandynawskich korzystanie z usług prostytutek jest karane grzywną i upublicznieniem wizerunku. Podobne przepisy chce teraz wprowadzić Francja. Trwa tam burzliwa dyskusja, bo według przeciwników jest to nadmierna ingerencja państwa w wolność i intymność obywateli. Powstał nawet „Manifest skurwieli”, który podpisało 343 znanych Francuzów. Ma to być nawiązanie do słynnego „Manifestu suk”, który doprowadził do zniesienia zakazu aborcji. Przy czym, jak skomentowała Najat Vallaud-Belkacem, minister ds. równych praw kobiet, tamte „suki” domagały się prawa do dysponowania własnym ciałem, a „skurwiele” chcą dysponować cudzym.

Jednak argumentów przeciwko delegalizacji prostytucji jest więcej, sprawia ona bowiem, że prostytucja schodzi głębiej do podziemia, rozwija się seksturystyka, a na korzystanie z usług prostytutek decydują się mężczyźni bardziej skłonni do ryzyka, co za tym idzie, także do agresji. Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że w Szwecji udało się znacznie ograniczyć rozmiary zjawiska. Zmienił się także sposób postrzegania prostytucji. Z badań opinii społecznej wynika, że – także dla mężczyzn – płacenie za kobiece ciało jak za towar nie jest już czymś normalnym.

W Niemczech z kolei, gdy z inicjatywy Zielonych całkowicie zalegalizowano prostytucję, argumentowano, że jest to zawód jak każdy inny. Prostytutki miały się rejestrować, płacić podatki, zyskać świadczenia emerytalne, prawo do opieki zdrowotnej i zasiłki dla bezrobotnych na takich zasadach, jak wszyscy inni obywatele. Po kilkunastu latach od tej reformy jest ona jednak powszechnie krytykowana, bo – jak piszą tamtejsze media – zmieniła ona Niemcy w największy burdel Unii Europejskiej, a zyskali na niej głównie sutenerzy.

Jedynie kilka procent kobiet pracujących w seksbranży jest ubezpieczonych, bo wstydzą się wpisywać w rubryce „zawód”, że są prostytutkami. Całkiem natomiast przestali się wstydzić klienci i sutenerzy, którzy stali się szanowanymi menedżerami. Obroty branży ocenia się na 14 mld euro rocznie, ale jedynie ułamek tego trafia do zatrudnionych kobiet. Powstają megaburdele z usługą all inclusive – płacisz raz i korzystasz, ile chcesz. Sutenerzy zyskali prawo, by wymagać od zatrudnionych kobiet, by spełniały wszelkie życzenia gości. W końcu są legalnymi szefami legalnie zatrudnionych pracownic. Coraz większe poparcie zyskuje apel „Żądamy zakazu prostytucji”, zainicjowany przez znaną niemiecką feministkę Alice Schwarzer.

W Holandii legalizacja sprawdziła się lepiej ze względu na specyfikę obyczajową. Tam prostytucja rzeczywiście traktowana jest jak zwykłe zajęcie. Prostytutki mają związki zawodowe, które pomagają im egzekwować prawa pracownicze.

Przed kamerą i przy drodze

Prostytucja to niejednorodne zjawisko. Na jednym jego biegunie jest seksualna niewolnica, na drugim podejmująca świadomy wybór kobieta, która traktuje to jak wolny zawód. Luksusowej escort girl, która zna trzy języki, ma doktorat z ekonomii i, towarzysząc biznesmenom podczas negocjacji, zarabia kilka tysięcy za noc, nie przyjdzie do głowy, że może mieć coś wspólnego ze stojącą przy drodze tirówką. Kobieta, która żyje ze sponsoringu, przyjmując tylko kilku stałych klientów, nie czuje wspólnoty z tzw. krówką, którą alfons przywozi rano, zostawia na cały dzień na ulicy, a wieczorem zabiera cały zarobek. Tak było zawsze. Zawsze były stojące najniżej w hierarchii ulicznice, ale były też hetery, kurtyzany, metresy.

Opłatą za seks nie zawsze są pieniądze. Galerianki prostytuują się za ciuchy i gadżety, panie żyjące ze sponsorów przyjmują w rozliczeniu wynajem mieszkania, drogie prezenty, wyjazdy wakacyjne. – Granice są płynne – mówi prof. Zbigniew Izdebski. – Trudno stwierdzić, czy kobieta, która chodzi do łóżka z szefem w zamian za awans, prostytuuje się czy nie.

Stosunkowo nowe zjawisko to camgirls, czyli e-prostytutki. Pracują przed kamerą internetową: prowadzą erotyczne rozmowy, rozbierają się, masturbują. Im więcej widzów przyciągną, tym więcej pieniędzy spływa na ich konto. Z niektórymi umawiają się na prywatny czat. Nie ruszając się z domu, zarabiają kilka tysięcy miesięcznie, są bezpieczne, bo nie mają fizycznego kontaktu z mężczyznami, to one decydują, jak daleko chcą się posunąć, i zapewne do głowy im nie przychodzi, że to, co robią, można by nazwać prostytucją.

Internet dał także kobietom możliwość indywidualnego ogłaszania się i ominięcia pośrednictwa agencji. Dziś tzw. mieszkaniówka to najszybciej rozwijająca się branża. Czasem kobiety zakładają same coś w rodzaju spółdzielni. Wynajmują kilkupokojowe mieszkanie, sprzątają je kolejno według grafiku, bywa, że dokupują też ochronę. – Agencje towarzyskie można porównać do supermarketu, a prywatne spotkanie ze znalezioną w internecie dziewczyną stwarza większą intymność. Daje iluzję randki – tłumaczy Kasia. Zaczęła się ogłaszać jeszcze na studiach. Przyjmowała wtedy każdego, kto zadzwonił, i była ogólnie rozżalona na wszystkich facetów. Raz klient nabił jej siniaka, bo lubił ostry seks. Została też pobita przez alfonsa, który ją namierzył i proponował „opiekę”. Musiała zmienić mieszkanie. – Dziś już się nie ogłaszam, bo mam kilku stałych klientów – przy słowie „klient” Kasia się waha. – Po tylu latach to już właściwie przyjaciele. Czasem wpadną tylko pogadać, poskarżyć się na żonę. Lubią, żeby im zrobić kolację albo kąpiel z pianą, bo w domu tego nie mają. Niby jest miło, ale odkładam każdy grosz i niedługo już nie będę musiała tak pracować. To jednak wstyd.

Kim są prostytutki?

W myśleniu o prostytucji dominuje u nas XIX-wieczny mit kobiety upadłej. A to już od dawna nie jest takie proste. Nadal wiąże się ona z handlem ludźmi i przemocą. Ale z drugiej strony są np. zrzeszone w związkach zawodowych prostytutki holenderskie, które określają swój zawód jako sexworker (pracownica seksualna). Spór o to, czy prostytucję można określić po prostu jako eksploatację kobiet, toczy się nawet w środowisku feministycznym. Jeden nurt uważa, że prostytucja sama w sobie jest łamaniem praw człowieka, bo żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie dokonałaby nieprzymuszona takiego wyboru. Jeśli nie jest to nawet przymus bezpośredni, to działa presja ekonomiczna. Nickie Roberts, autorka książki „Dziwki w historii”, twierdzi z kolei, że skoro prostytucja wynika z nierównomiernego rozkładu zamożności między kobietami i mężczyznami, to kobiety pochodzące z biednych środowisk, pozbawione wykształcenia i zawodu, dla których dostępne są jedynie prace wyniszczające i źle opłacane – wybierając prostytucję, postępują racjonalnie. Według tego nurtu walczyć należy z przymusem, przemocą i wyzyskiem, a nie z prostytucją, a kobiety mają prawo do podejmowania samodzielnych decyzji i dysponowania własnym ciałem.

Z badań, które prof. Izdebski przeprowadził wśród polskich prostytutek, wynika, że jedynie niespełna 3 proc. zostało do uprawiania tego zawodu przez kogoś zmuszone. 61 proc. jako powód podało swoją sytuację materialną, a 31 proc. chęć lepszych zarobków i podniesienie standardu życia. Połowa badanych to panny, 26 proc. stanowiły rozwódki, a 24 proc. mężatki. 60 proc. ma dzieci. Sponsorów szukają już nie tylko studentki, ale też gospodynie domowe. – Mężowie często wiedzą o ich pracy i akceptują ją – opowiada prof. Izdebski. – Kryzys i bezrobocie temu sprzyjają.

86 proc. ankietowanych przez prof. Izdebskiego prostytutek deklaruje, że chciałoby robić co innego. Dla jednej czwartej jest to niejako stała praca, będąca jedynym źródłem utrzymania. 31 proc. traktuje je jako tymczasowe zajęcie pozwalające wyjść z bieżących kłopotów, a 34 proc. jako sposób, żeby zebrać pieniądze na inne cele. Pracujące na własną rękę singielki, które zarabiają na konkretny cel: samochód, mieszkanie czy własny biznes, to coraz bardziej powszechne zjawisko. To wynik rosnących aspiracji finansowych kobiet, liberalizacji obyczajów i coraz swobodniejszego podejścia do seksu, wreszcie łatwości kontaktów, jaką zapewnia internet. Zarabiają dużo; kilka, nawet kilkanaście tysięcy miesięcznie, ale też dużo inwestują: kosmetyki, zabiegi, odnowa biologiczna. Pożegnanie z zawodem nie zawsze jest łatwe, pieniądze przeciekają przez palce, a dziewczyny, głusząc się alkoholem, odkładają zmianę planów na później. – Czasem się udaje. Miałem pacjentkę, która jako prostytutka odłożyła pieniądze na urządzenie i wyposażenie gabinetu dentystycznego – opowiada prof. Izdebski.

Kto korzysta z usług prostytutek?

Szwedzkie prawo, choć krytykowane przez wielu, zwróciło uwagę na ważną rzecz – popyt na usługi seksualne tworzą klienci. Bez nich nie byłoby prostytucji, a w debatach na temat tego zjawiska rzadko się o nich mówi. Dla wielu kupowanie seksu to nawyk, żeby nie powiedzieć – nałóg. Połowa badanych przez prof. Izdebskiego prostytutek ma kilku stałych klientów, 25 proc. nawet kilkunastu. Potwierdza to badanie SMG KRC wykonane kilka lat temu na zamówienie „Super Expressu”. Większość klientów agencji towarzyskich to stali bywalcy. 63 proc. odwiedza je kilka razy w miesiącu, a 34 proc. kilka razy w tygodniu. Największy ruch panuje w agencjach wczesnym popołudniem. To menedżerowie, biznesmeni, pracownicy korporacji wykorzystujący przerwę na lunch. Ale badane przez prof. Izdebskiego prostytutki twierdzą, że bywa u nich pełen przekrój społeczeństwa – połowa wskazała na robotników i studentów, prawie 40 proc. na emerytów i policjantów, 20 proc. na osoby niepełnosprawne oraz księży, ponad 16 proc. na polityków.

Francuski socjolog Said Boumama, który badał profil psychologiczny klientów prostytutek, twierdzi, że jedną z przyczyn korzystania z ich usług jest presja równouprawnienia. Mężczyźni postrzegają kobiety jako konkurencję, coraz trudniej im wykazać swoją męskość. Pragną kobiet podporządkowanych, a prostytutki zaspokajają ich potrzebę dominacji i nostalgię za przeszłością, gdy role były dokładnie określone. Inny typ klientów to samotni mężczyźni, którzy nie potrafią nawiązywać prawdziwych relacji, albo tacy, których związki popadły w nudę i rutynę. Wreszcie klasyczni „nabywcy towaru”; pobyt w agencji traktują jak wizytę w barze szybkiej obsługi czy ekspresowej pralni. Nie chcą zobowiązań, a prostytutka zwalnia ich z obowiązku uczuć czy odpowiedzialności.

Klienci zazwyczaj się wstydzą. Wydaje się, że zapisana w szwedzkim prawie groźba publikacji wizerunku działa skuteczniej niż grzywna. Podobną metodę stosuje w niektórych stanach policja amerykańska. Z sondażu przeprowadzonego w Kalifornii wynika, że 79 proc. bywalców domów publicznych zrezygnowałoby z wizyt, gdyby miała się o tym dowiedzieć rodzina. Prawie 90 proc. zapomniałoby o prostytutkach, gdyby za spotkania z nimi groziła publikacja zdjęcia i nazwiska w lokalnej gazecie. Polaków jak do tej pory nikt o to nie pytał.

Bałagany i prywatki

Nikt dziś nie jest w stanie podać realnych szacunków, ile kobiet w Polsce uprawia prostytucję. Ale też państwu specjalnie nie zależy, żeby ocenić skalę problemu. Gdy było głośno o zagrożeniu wirusem HIV, znajdowały się pieniądze na programy streetworkerskie, potem się skończyły. Z policyjnych statystyk mogłoby wynikać, że to problem marginalny.

W 2012 r. zarzut zmuszania do prostytucji postawiono 28 osobom, a 86 oskarżono o czerpanie zysku z cudzego nierządu. Inna rzecz, że obraz prostytucji szybko się zmienia. Agencje, czyli tzw. bałagany, wypierane są przez prywatki, czyli mieszkaniówkę, a to oznacza, że prostytucja staje się mało widzialna.

Myślenie o prostytucji w kategoriach przymusu, biedy i patologii jest coraz bardziej archaiczne – twierdzi prof. Izdebski. – Wiele prostytuujących się kobiet pochodzi z normalnych domów i twierdzi, że miało dobre relacje z rodzicami. Czasem rozmowy z nimi można określić jako opowieści o dobrych alfonsach. Twierdzą, że właściciele agencji dbają o nie, zapewniają prezerwatywy i badania okresowe. Właścicielka agencji w Gorzowie pilnuje nawet, żeby dziewczyny się uczyły, zdawały maturę, kontroluje ich wydatki i pilnuje, żeby część pieniędzy wysyłały na dzieci, które zostały pod opieką dziadków. Jedna z jej podopiecznych opowiadała, że tylko dzięki szefowej odłożyła pieniądze na licencjat, bo sama wszystko by przepuściła.

Do sielanki jednak daleko. Prawie jedna czwarta badanych przez prof. Izdebskiego przyznaje, że podczas pracy zmuszona była do robienia rzeczy, których nie chciała. Problemem prywatek są namierzający je sutenerzy, którzy przemocą i groźbą biorą je pod „opiekę”. – Na to dziewczyny skarżą się najczęściej – opowiada aspirant sztabowy Andrzej Kędzierski z zespołu ds. walki z handlem ludźmi w szczecińskiej komendzie wojewódzkiej. Tam uznali, że najlepiej sprawdzi się prewencja, próbują więc wyłapywać nowe oferty, które pojawiają się na rynku, i zapraszają dziewczynę do komendy na rozmowę. Dają numery telefonów komórkowych i tłumaczą, jaką pomoc mogą zaoferować. – Pierwsze spotkania są trochę sztywne, ale dziewczyny nabierają do nas zaufania. Gdy ktoś próbuje wymusić na nich haracz, dają nam znać i podczas ustawionego spotkania aresztujemy takiego człowieka pod zarzutem wymuszenia rozbójniczego. Potem pomagamy jej przygotować się do wizyty w prokuraturze, bo może to oznaczać bezpośrednią konfrontację ze sprawcą. Towarzyszymy im podczas zeznań w sądzie.

O takich policjantach niektórzy mówią z przekąsem „hobbyści”, bo zaangażowanie w problem prostytucji to w polskiej policji raczej wyjątek niż reguła. Bywa, że właściciele agencji pełnią rolę policyjnych informatorów; tym łatwiej przymknąć oczy na skargi prostytutek. Zwłaszcza że stereotypowo są one postrzegane jak ofiary drugiej kategorii, w pewnym sensie same sobie winne.

Towar czy wybór

Najgorzej, że one często same siebie tak widzą. Urszula Nowakowska z Centrum Praw Kobiet twierdzi, że zgłoszenia od prostytutek to rzadkość; tak jakby nie były pewne, czy mają prawo zwrócić się o pomoc. A pomocy potrzebują te najbardziej naiwne i nieporadne życiowo. – Miałyśmy przypadki prostytutek, które zostały zgwałcone i nie były pewne, czy mogą to zgłosić. Albo takie, którym kończył się kontrakt w agencji i chciały odejść, ale sutener je szantażował – opowiada Irena Dawid Olczyk, szefowa La Strady, Fundacji Przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu. – One przede wszystkim potrzebują rozmowy, bo straciły poczucie, że są paniami swojej woli i życia.

Obraz prostytucji się zmienia, ale przemoc wobec kobiet i handel nimi niestety pozostają jej częścią. Według informacji CBŚ handel ludźmi w celu wykorzystania seksualnego co roku nieznacznie, ale systematycznie wzrasta, mimo że ściganie tego przestępstwa jest jednym z priorytetów policji w całej Unii Europejskiej. Jeśli chodzi o handel kobietami, to Polska nadal pełni rolę potrójną: kraju pochodzenia, kraju tranzytowego i kraju docelowego, do którego trafiają kobiety z Ukrainy, Bułgarii, Białorusi, Mołdawii, ale też coraz częściej z Afryki i Azji. – Ta egzotyczna fala dopiero nas czeka – przewiduje Irena Dawid Olczyk. – Na razie są to pojedyncze przypadki, ale to trend na przyszłość, bo te kobiety są dla Polaków atrakcyjne. Znam Polkę o orientalnej urodzie, która udaje Tajkę i zarabia podwójną stawkę. Pracuje w półmroku, nie odzywa się, więc nikt się jeszcze nie zorientował.

Według szefowej La Strady nie każdą cudzoziemską prostytutkę w Polsce i nie każdą Polkę pracującą w seksbranży za granicą można określić jako ofiarę handlu. Część wyjeżdża dobrowolnie, ale to nie znaczy, że nie padły ofiarą oszustwa. – Można je podzielić na trzy kategorie: te, które podejmują decyzję świadomie, ale mają nierealistyczne wyobrażenia o prostytucji i myślą, że skoro lubią seks, to wszystko będzie OK, a nie zawsze jest. Te, które wiedzą, po co jadą, ale je oszukano co do warunków i wynagrodzenia. Wreszcie te, które zostały wprowadzone w błąd co do oferty pracy i na miejscu zmuszone do prostytucji – wymienia Irena Dawid Olczyk. – Rocznie mamy w fundacji około stu przypadków kobiet, którym trzeba w tej sytuacji pomóc.

Z drugiej strony Konwencja ONZ, którą Polska ratyfikowała, zobowiązuje do karania każdego, kto czerpie zyski z prostytucji innej osoby, a handel kobietami jest przestępstwem, nawet gdy wyrażą one na to zgodę. Jeśli np. Polka poprosi znajomego, by pomógł jej załatwić pracę w niemieckiej agencji, a ten weźmie za to pieniądze, może zostać skazany jako handlarz żywym towarem. Prawo zakłada, że „towar” nie ma tu nic do powiedzenia. I jest w tym założeniu pewien protekcjonalizm, który przyjmuje, że kobieta nie jest w stanie podjąć świadomej decyzji.

Według polskiego prawa nielegalne jest sutenerstwo, a nie prostytucja. Agencje towarzyskie działają w ramach zalegalizowanej działalności gospodarczej jako salony masażu, kluby z tańcem erotycznym, usługi matrymonialne czy co tam jeszcze. Pielęgnujemy fikcję, ale przykład Niemiec mocno ostudził zwolenników całkowitej legalizacji seksusług.

Nie chodzi zresztą o to, by walczyć z samą prostytucją, ale przede wszystkim ze zjawiskami, której jej towarzyszą: z przemocą wobec kobiet, handlem ludźmi, prostytucją nieletnich. By tworzyć programy, pomagające zmienić zawód tym, które chcą od prostytucji odejść. La Strada wysunęła ostatnio także postulat, by co roku prowadzić rzetelne badania seksbiznesu i jego dynamiki. A ta zmienia się szybko. Prostytucja nie dotyczy już tylko kobiet. Rośnie rynek mężczyzn, którzy oferują usługi seksualne homo i hetero. Warto wrócić do programów streetworkerskich, bo to także najlepszy sposób, by usłyszeć głos samego środowiska. Do tej pory w rachitycznej dyskusji, jaka się w Polsce toczyła, nikomu nie przyszło do głowy, by włączyć w nią również prostytutki. Mieszczańska moralność nie pozwala pytać dziwek o zdanie. Choć za pieniądze, jakie państwo na nich zarabia – nawet jeśli zarabia jedynie pośrednio – coś im się może należy.

Polityka 5.2014 (2943) z dnia 28.01.2014; Społeczeństwo; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Krówki, tirówki, domówki, internetówki..."
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną