Społeczeństwo

Pozytywiści we wsi Pokrzywno

Unia w byłym pegeerze

W Pokrzywnie uważa się o Unii, że raczej nie rozumie delikatnych kontekstów codzienności. W Pokrzywnie uważa się o Unii, że raczej nie rozumie delikatnych kontekstów codzienności. Stanisław Ciok / Polityka
Najpierw był tu PGR, potem żyło się biednie, a ostatnio okazało się, że dziś wszystko jest możliwe.
Studio nagrań w popegeerowskiej kotłowni, a w nim: Ruda, Karol i Wiesiek - śpiewający anglista.Stanisław Ciok/Polityka Studio nagrań w popegeerowskiej kotłowni, a w nim: Ruda, Karol i Wiesiek - śpiewający anglista.
PokrzywnoStanisław Ciok/Polityka Pokrzywno
We wsi Bartek uchodził za geniusza, miał trzy fakultety z nauk ścisłych.Stanisław Ciok/Polityka We wsi Bartek uchodził za geniusza, miał trzy fakultety z nauk ścisłych.
Karol, nietutejszy w sensie pochodzenia i artystycznego odklejenia od rzeczywistości.Stanisław Ciok/Polityka Karol, nietutejszy w sensie pochodzenia i artystycznego odklejenia od rzeczywistości.
Pan Henryk, który odzyskał optymizm.Stanisław Ciok/Polityka Pan Henryk, który odzyskał optymizm.
Rafał i Dariusz - nieskorzy do komentowania, ale swoje wiedzą.Stanisław Ciok/Polityka Rafał i Dariusz - nieskorzy do komentowania, ale swoje wiedzą.

Pieniądze nadeszły z unijnego funduszu rybackiego z przeznaczeniem na przemianę kotłowni w profesjonalne studio nagrań. W tym dniu jak co dzień w różnych miejscach wsi stali pojedynczy mieszkańcy wpatrzeni w dalekie punkty. Jedni stali bez celu pod blokami pegeerusów. Inni przy skrzynkach pocztowych czekali na listonosza. Ktoś na balkonie precyzował antenę względem nieba. W ciszy sklepu spożywczego trębacz ślubno-pogrzebowy przykleił kartkę z sugestią: oferuję państwu przepiękną oprawę muzyczną w wykonaniu trąbki.

W Unii pewnie spodziewali się, że dzień nadesłania pieniędzy będzie w Pokrzywnie koło Piły wyjątkowy i bez porównania. W Pokrzywnie uważa się o Unii, że raczej nie rozumie delikatnych kontekstów codzienności.

Polska, jaką znaliśmy

Henryk mówi: Codzienność to jest usiąść i zapatrzeć się na psa. Można zobaczyć, jak dwa razy przejeżdża psa samochód na drodze przez wieś. Emerytowany kierowca zakładów mięsnych, Henryk, wstał i poszedł zobaczyć, czy z tego psa jeszcze coś będzie. Duży, czarny, nietutejszy pies. Zaniósł go do pana Jana, który jako ajent gospodaruje w dawnym PGR. Pan Jan zasponsorował weterynarza i gips. Przy okazji Henrykowi przypomniało się huczące życie PGR.

Kraina bydła rogatego i owiec, ojciec był tu brygadzistą. W 1961 r. rodzina przeniosła się z Kielc do Pokrzywna, zajęli na dom poniemiecką pocztę. Przyjeżdżali coraz to nowi ludzie z Polski, była praca. Mieli szkołę, kościół i bociana wahadłowego, czyli pół tutejszego, a pół afrykańskiego – wszystko poniemieckie. Na pagórkach za wsią kawalerka piekła w ogniskach kartofle i szkopskie granaty dla zabawy. Kyrje Elejson i Hospody Pomyłuj, trzecia wojna! – łapały się za chustki zabużańskie babcie, słysząc kanonadę. Przyjeżdżała milicja i wojsko wyjaśniać, czy to Werwolf atakuje. Wojsko widywało się w okolicy głównie radzieckie, przejeżdżając przez wieś, rzucało ludziom suchary i kawę zbożową – znikało w puszczy, w swoich tajnych miastach.

Henryk jeździł żukiem w zakładach mięsnych w Pile, we wsi uchodził za człowieka bywałego. Jego pokolenie uwiązane do rogacizny na trzy zmiany w PGR Pokrzywno, on wolny w szoferce, bo podróżujący. Gospodarstwo stawiało z wielkiej płyty bloki dla pegeerusów, wraz z kotłownią, każdemu dawało działeczkę warzywną na własne potrzeby. Bydło popłacało, kierownictwo dbało o człowieka – jak się pegeerusowi obluzowały drzwi, to były obluzowane, aż przyszedł monter i dokręcił.

Kierowcy z zakładów mięsnych w Pile robili z Ruskimi machniom – sześć wódek za beczkę oleju do ciężarówki. Męskie, westernowe wymiany dóbr z okupantem. Ale w 1989 r. zaatakowała wolność i kierowca Henryk po powrocie na bazę maszynową z urlopu nie zastał służbowego żuka – obcemu sprzedali, choć mówił, że on jest zainteresowany, i zaklepywał dla siebie. To samo z krowami – przybierały na masie dzięki paszy kukurydzianej, aż pewnej nocy ktoś je wszystkie wywiózł i zjadł poza Pokrzywnem. Kotłownia blokowa była nagle na sprzedaż, ludziom z dnia na dzień kazali grzać mieszkania indywidualnie. W kotłowni rdzewiały kotły.

Henryk pyta: Komu przeszkadzała dawna kolej rzeczy? Oraz: Dlaczego Solidarność oszukała ludzi?

Polska, jakiej się wstydzimy

W lutym 2014 r. pod kotłownią wysiadają z aut ludzie z gitarami i saksofonami. Przyszedł Staszek, emerytowany traktorzysta, zobaczyć nagranie muzyki, zachwycić się studiem. Jeśli się człowiek odpowiednio zamyśli, ogarnia zdumienie. Ponieważ tak: niedawno stało tu na podłodze 15 cm szamba, bo kotłownia leży w niecce terenu. A teraz, w czystości welurowych ścian i uchylnych ekranów dźwiękowych, młody brunet ładuje solo na saksofonie, a ruda dziewczyna śpiewa po angielsku. Czasem z montażowni wychodzi anglista Wiesiek, ze szkoły hotelarskiej w Trzciance, poprawić rudej akcent. Następnie sam, w środku byłego PGR Pokrzywno, śpiewa przy gitarze własną poezję o polskich chłopcach zesłanych na Syberię. W warstwie tekstowej: drzewa ciosane na krzyże, samotność – uniwersalne brzemię ludzi opuszczonych, skrzywdzonych przez historię tego kraju.

To wszystko prawda – przed laty na pole do Staszka zajechał dyrektor PGR i kazał wyjść z traktora, przyuczyć się na osobówkę. Poprzedni dyrektorski szofer miał zawał w samochodzie, śmiertelny. Staszek się obawiał – mógł do Trzcianki, mógł do Piły, ale do tłumnego Poznania bał się jeździć. Jednak jeździł wszędzie i bywał świadkiem zapowiadanego z tylnego siedzenia końca państwowego gospodarstwa. Wyglądało, jakby przed dyrektorem piętrzył trudności wolny rynek, którego przecież w Polsce nie było. Staszek zastanawiał się nad kupnem kotłowni w Pokrzywnie jako wiana na te niepewne czasy, które nadchodziły.

Gdy ktoś zeżarł im krowy, opuszczeni ludzie z PGR Pokrzywno wrastali w ziemię pod spożywczym. Radzieccy żołnierze przejechali przez wieś ostatnim konwojem, rzucili ostatnie suchary, pojechali do ojczyzny. Staszek dowiadywał się w kwestii kotłowni. Długo było za drogo, czekał, rdzewiało, podupadało – w końcu opłaciło się, taka kolej rzeczy. Staszek kupił też z masy upadłościowej dwa traktory, ale zabrakło we wsi siły roboczej, choć tyle jej było – bezrobotni raczej śpiewali wówczas do zatracenia pieśni rezerwistów. Jak sprzedam kotłownię, zastanawiał się Staszek, to będzie sprzedana już na zawsze. Lepiej zaczekać na to, co się jeszcze wydarzy.

Nagrane w Pokrzywnie piosenki anglisty będą prezentem od niego dla odchodzących ze szkoły hotelarzy. Odtworzy się je na pożegnalnym apelu przed wakacjami. Niech młodzi wiedzą, że w życiu liczy się poczucie sprawczości – jeśli chcesz nagrać piosenki, to je nagrywasz. Dziś wszystko jest możliwe – patrzcie, tu kiedyś była stara kotłownia pana Staszka.

Polska, jaką mamy

Na początku było ich dwóch bardzo rzucających się w oczy. Jeden długowłosy, Karol, nietutejszy w sensie pochodzenia i artystycznego odklejenia od rzeczywistości, dżins i flanela. Syn operatora maszyn rolnych i nauczycielki. Drugi elegancki, Bartek, syn Staszka traktorzysty, chłopak z Pokrzywna.

We wsi Bartek uchodził za geniusza, miał trzy fakultety z nauk ścisłych, nawet czasem miejscowi chłopcy w sklepie robili aluzje pod kątem sklepowej, która również miała córkę ścisłego magistra: Bartek i twoja córka, toby było mocarnie. Sklepowa śmiała się: Ty jesteś szalony. Bo w sumie im chodziło jedynie o piwo, bo albo właśnie wrócili, albo jechali na saksy do Belgii i pili za tę okoliczność.

Bartka w Pokrzywnie przepuszczało się w drzwiach do pekaesu: uczony przodem. Czekało się na niego we wsi z urzędowymi drukami, które tylko on rozumiał i miał pomysł, co z nimi zrobić. Na przykład z dokumentami szybkiej pożyczki gotówkowej, która była dwa razy droższa w rzeczywistości niż w reklamie. Ludzie mówili: Jak ja wchodzę do urzędu, tak się nagle wstydzę, że zapominam, po co przyszedłem. Więc Bartek prostował ludziom sprawy, w podziękowaniu znajdował czasem na parapecie butelkę piwa.

Dziwni byli i Bartek, i Karol – wpierw dorabiali, grając umpa-umpa na weselach, Karol gitara, Bartek klawisze, Staszek ich woził. A potem założyli Stowarzyszenie Ludzi Kreatywnych Pokrzywa i na przykład latali z dzieciakami z podstawówek po okolicy, szukając raz przyrody, raz historii, czyli – jak się nadęcie pisze w prośbach o finanse z Unii – małoojczyźnianej dumy i tożsamości w rejonach zagrożonych wykluczeniem. Żeby coś zrobić dla tych dzieci, żeby się nie czuły upupione jako pegeerusy w szkole – bo tak było z Bartkiem i Karolem, kiedy byli mali.

Kiedy przyszły pieniądze z Unii na studio nagraniowe w Pokrzywnie – wszystko już potoczyło się bardzo polskim ściegiem. Mówiło się pod sklepem we wsi: dziwna kolej rzeczy, że Unia buduje jakieś studio zamiast dać pieniądze ludziom. Polacy w pilskim internecie pytali, kto dał tym dwóm pozwolenie na studio; niech ludzie raczej chodzą do kościoła, zamiast dawać sobie prać mózgi przez studio. Albo takie wpisy: „nie łudź się bracie, im nie zależy na naszych dzieciakach, przyszli nie wiadomo skąd robić tu kasę, nic więcej, jak kasa się skończy to odejdą i tyle ich widział”.

Analityczny z charakteru Bartek przejrzał kodeks i dopatrzył się we wpisach znamion przestępstwa. Sypnął numerami paragrafów, które wsadzić mogą ludzi do więzienia. Zwrotnie nadeszły przeprosiny tak ekstrawaganckie, że aż trudne do uwierzenia: „W imieniu swoim i swoich niepokornych kolegów przepraszam za komentarze. Nasza desperacja bierze się z braku perspektyw życiowych, pracy. Podobnie jak nieufny pies, najpierw warczymy na wszystko co nowe”.

Z powodu studia nagrań przyjechało do Pokrzywna wiele telewizji: taka kolej rzeczy. Telewizje poszukiwały biedy PGR, która zawsze wdzięcznie prezentuje się w telewizji.

Polska, jaką pokazujemy

Telewizje goniły ludzi po wsi. Łapały w kadr zarówno tych czekających bez celu, jak i czekających na przyjazd listonosza. Telewizje polowały na dzieci z Pokrzywna, które nagle wszystkie chciały być piosenkarzami. Mieszkańcy uciekali przed kamerami na przełaj przez boisko Orkanu Pokrzywno. Chowali się za poniemiecką świątynią i za pocztą, która od 60 już lat była domem Henryka. W sklepie udawali, że są niemowami. Słowem – normalna reakcja.

Henryk siedział na schodkach domu, głaskał za uszami czarnego psa, tego dwa razy przejechanego przez samochód, i drugiego psa, blondyna, autentycznie głuchego na oba uszy. Przyglądał się ruchowi medialnemu we wsi z życzliwym pobłażaniem. Z pozytywizmem jest tak, że nigdy nie wiadomo, kiedy na człowieka przyjdzie – Henryk nagle uznał, że sprawy w Polsce przyjęły dobrą kolej rzeczy. A raczej w Pokrzywnie. Dowodem było, że dawne pegeerusy nauczyły się żyć w zagranicznym kapitalizmie – w Belgii i Wielkiej Brytanii. Wracali do małej ojczyzny dumniejsi, samochodami BMW z drugiej ręki. Wymieniali okiennice na PCV. Anteny na sygnał cyfrowy. Chętnie łożyli na remont kościoła w Pokrzywnie. Tak chętnie, że cegły na sztukowanie nie zdążały wyschnąć i kruszyły się od deszczu i mrozu.

Nowy ajent w dawnym PGR, pan Jan, dawał ludziom pracę i zbytnio nie wydziwiał. Pan Jan znał się na mentalności tutejszych ludzi, ale już nie na pieskach – uśmiechał się Henryk, głaszcząc przejechanego psa. Miał to być docelowo, po wyzdrowieniu, groźny pies stróżujący, zgodnie ze swymi dużymi gabarytami – a wyszedł uczuciowy przylepa. Może mógł Henryk nie nosić mu mleka, kiedy czarny leżał w gipsie, bo pies zakochał się w człowieku przynoszącym mleko, a nie w płacącym za gips.

Pięknie, mówił Henryk, kierując kolejną telewizję do studia nagraniowego, państwo pokażą w telewizji, jak Pokrzywno nabiera pionu po katastrofie gospodarstwa socjalistycznego. Niby nie zanosiło się na to, że Henryk będzie optymistą na starość, ale czy zanosiło się na to, że zaprzyjaźniony kierownik odsprzeda jego żuka obcemu w 1989 r.? Albo że czarny pies wyzdrowieje? Albo że mysz z ogródka przed domem przyprowadzi przedstawić Henrykowi swoje małe, tak jak się stało wczoraj?

Bartek powiedział: Wujo wpadnie zobaczyć studio. W studiu dziewczynki ze wsi, córki i wnuczki pegeerusów, przejęte śpiewały do mikrofonu i wszystkie wyglądały jak międzynarodowe gwiazdy.

Polska, jaką zbudujemy

W lutym 2014 r. pan Wiesiek, anglista z Trzcianki, wywozi ze studia kompakt z dwoma swoimi pieśniami. Jedna po polsku o zesłańcach, druga angielska o facecie, który łazi sam jak palec ulicami miasta w Boże Narodzenie. Dla pana Wieśka to jak ukoronowanie pisania od lat w wolnym czasie, po lekcjach w hotelarce – hołd dla tych wielkich życiopoetów, Dylana i Cohena. Zrobione w Pokrzywnie w 2014 r., dobre teksty i muzyka, teraz z tym do radia. Na koncert Cohena w 1984 r. pan Wiesiek nie zdobył przepustki z wojska, ponieważ szarża niezbyt ceniła Cohena.

Unia dała też Pokrzywnu pieniądze na odnowienie świetlicy dla dzieci. Budowlańcy znaleźli w świetlicy poniemiecki granat. Ludzie z Pokrzywna, zwłaszcza mężczyźni, chodzili pod odnawiany budynek tłumem, aby popatrzeć na piękną policjantkę, która pilnowała zagrożonego niewybuchem miejsca. Przyszli też całą wsią popatrzeć na przenoszenie słupa z gniazdem wahadłowego bociana, a potem przyglądać się, jak bocian – zgodnie z koleją rzeczy – wraca z Afryki i akceptuje nowe gniazdo. Obcym, którzy akurat przejeżdżali przez wieś, mogło się wydawać, że tutejsi stoją i patrzą w dalekie punkty, a oni patrzyli na bociana.

Wystąpili: Bartek Sokulski, Karol Szonowski, Staszek Sokulski, Henryk Sabat, Wiesław Łotysz – anglista, autor tekstów, Weronika Brzuszek – wokal, Mateusz Malewicz – gitara, Dawid Żyliński – saksofon.

Polityka 14.2014 (2952) z dnia 01.04.2014; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Pozytywiści we wsi Pokrzywno"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną