Społeczeństwo

Podwójności

O Niemcach, którzy nie mają problemu ze swoją polskością

Alicja Adamczyk, muzyk, działaczka agitPolska, Polsko-Niemieckiej Inicjatywy Kooperacji Kulturalnych Alicja Adamczyk, muzyk, działaczka agitPolska, Polsko-Niemieckiej Inicjatywy Kooperacji Kulturalnych Maria Kossak
Mają po trzydzieści parę lat i polskie korzenie. I należą w Niemczech do pierwszego pokolenia „nie do odróżnienia”.
Od lewej: Urszula Lisson (ekspertka ministerstwa oświaty), Katarzyna Blumberg-Stankiewicz (pracownik naukowy z Viadriny), Joanna Cotreanti (graficzka) z grupy Zwischen den PolenMaria Kossak Od lewej: Urszula Lisson (ekspertka ministerstwa oświaty), Katarzyna Blumberg-Stankiewicz (pracownik naukowy z Viadriny), Joanna Cotreanti (graficzka) z grupy Zwischen den Polen
Dwie Magdaleny – Szaniawska-Schwabe i Ziomek-Frąckowiak. Ta pierwsza jest dziennikarką, druga menedżerką kultury, założycielką i przewodniczącą agitPolskaMaria Kossak Dwie Magdaleny – Szaniawska-Schwabe i Ziomek-Frąckowiak. Ta pierwsza jest dziennikarką, druga menedżerką kultury, założycielką i przewodniczącą agitPolska
Emilia Mansfeld, działająca we frakcji SPD w BundestaguMaria Kossak Emilia Mansfeld, działająca we frakcji SPD w Bundestagu
Autoportret Marii Kossak, malarki i fotografki, założycielki platformy Berlin-Warszawa @rtpress, autorki publikowanych tu fotografiiMaria Kossak Autoportret Marii Kossak, malarki i fotografki, założycielki platformy Berlin-Warszawa @rtpress, autorki publikowanych tu fotografii
Stowarzyszenie agitPolska, od lewej: Magdalena Ziomek-Frąckowiak, Emilia Fabiańczyk (lingwistka), Anna Jackiewicz (akwizytorka funduszy unijnych), Alicja Adamczyk (menedżerka kultury) i Anna Czechowska (specjalistka od piaru)Maria Kossak Stowarzyszenie agitPolska, od lewej: Magdalena Ziomek-Frąckowiak, Emilia Fabiańczyk (lingwistka), Anna Jackiewicz (akwizytorka funduszy unijnych), Alicja Adamczyk (menedżerka kultury) i Anna Czechowska (specjalistka od piaru)

Tych z Polski rozpoznawało się kiedyś po ciuchach i niepewnym kroku. Zniknęli niepostrzeżenie z niemieckich ulic, tak jak szeptacze – osobnicy dyskretni, porozumiewający się szeptem, by nikt nie słyszał, że mówią po polsku. – Polacy są nie do odróżnienia – mówi Magdalena Szaniawska-Schwabe znad filiżanki z sojową kawą. – Ci, którzy zaczęli osiedlać się w Berlinie po przystąpieniu Polski do Unii, to już zupełnie inne pokolenie. Bez kompleksów, otwarte, wykształcone. Nie szepczą.

Kawiarnia Fleury rozsiadła się w pobliżu Rosenthaler Platz. Znajdująca się pod nim stacja metra, zamknięta na cztery spusty za enerdowskich czasów, jeszcze do lata 1990 r. była prowizorycznym punktem granicznym między wschodnią i zachodnią częścią miasta. To już odległa historia, choć zaledwie sprzed ćwierćwiecza. Ale to właśnie wówczas rozpoczęło się zrastanie Berlina i Europy, w której rosło pokolenie nowych pośredników – jedni w Polsce, jak Magdalena Szaniawska-Schwabe, dziś dziennikarka, a inni w Niemczech, jak Emilia Mansfeld, działająca we frakcji SPD w Bundestagu.

Obie są politolożkami. Emilia kończyła europeistykę na Uniwersytecie w Tybindze. Magdalena jest absolwentką uniwersytetów we Wrocławiu i Berlinie. Na zlecenie IFA, stuttgarckiego Instytutu Stosunków Kulturalnych z Zagranicą, przeanalizowały działalność i inicjatywy kulturalne młodych emigrantów z Polski. Wyniki przedstawiły w dwujęzycznym, polsko-niemieckim raporcie „Nowi pośrednicy – o młodych formach polskiego zaangażowania w Niemczech”. Opisały środowisko swoich krea­tywnych rówieśników, trzydziestoparolatków, którzy – bywa – znają się już z netu i skrzykują na imprezy kulturalne w realu. Robią to po polsku i niemiecku, bo w obu kręgach językowych czują się jak ryba w wodzie.

Raport wymienia migrantów, którzy po przystąpieniu Polski do Unii korzystają z szans, jakie daje Europa otwartych granic. Przyjeżdżają do Berlina na studia albo porozglądać się i spróbować zaistnieć w międzynarodowym światku artystycznym. – Pobyt nad Sprewą to dla niektórych tylko przystanek Niemcy – wyjaśnia Magdalena. – Gdy się już narozglądają, jadą dalej.

Razem z zasiedziałymi Polakami, którzy tu pracują lub żyją w mieszanych małżeństwach, tworzą polską kolonię w Berlinie.

Późni przesiedleńcy

Są też niewidzialni emigranci, nazywani generacją Podolskiego i Klosego, bo tak jak obaj gwiazdorzy niemieckiego futbolu przyjechali do Bundesrepubliki jako dzieci. Ich rodzice emigrowali z Polski w końcu lat 80. i na początku 90., powołując się na niemieckie pochodzenie. Był to ostatni exodus tzw. późnych przesiedleńców (Spätaussiedler), który objął ponad pół miliona osób. – Czułam, że wyjedziemy z Polski, choć rodzice z początku nie zdradzali swoich planów. Nawet się z tym pogodziłam, w końcu w Niemczech mieszkała już część naszej rodziny, a jednak popłakałam się przy rozstaniu z przyjaciółką – przypomina sobie Emilia, wówczas 11-latka.

Wyjazd oznaczał nowy rozdział rodzinnego życia – urzędowo podwójny, bo dostanie niemieckiego paszportu nie wymagało rezygnacji z polskiego obywatelstwa. Dorosłych kierowano na kursy językowe, dzieci rozpoczynały naukę w niemieckich szkołach.

„Polski akcent udało mi się wyplenić na krótko przed upadkiem muru berlińskiego. Jedynie moje przydługie nazwisko przypominało klasowym niedorostkom, że pochodzę z kraju o notorycznie pustych ladach sklepowych i niekończących się kolejkach przed małymi spożywczakami. Nie było niczego, czym jako 14-latek mogłem zaimponować w moim prowincjonalnym, nadreńskim mieście” – wspomina w swojej książce „Polski Tango” Adam Soboczynski, który jako 6-latek opuścił Polskę, a dziś jest publicystą hamburskiego „Die Zeit”.

W telewizji brylował wówczas Harald Schmidt, który w popularnym programie satyrycznym opowiadał niewybredne dowcipy o Polaczkach – prymitywach i złodziejach. W niemieckich głowach siedziały stereotypy: jeśli Polska – to bieda i polnische Wirtschaft (gospodarzenie). Alice Bota (w Niemczech od 1988 r.) wyznaje w książce „My, nowi Niemcy”, że całkowicie odwróciła się od swojego polskiego dzieciństwa i demonstracyjnie przestała mówić po polsku. Adam Soboczynski nie ukrywa, że traktował swoje pochodzenie jako ciążący mu garb.

Tymczasem po drugiej stronie granicy dokonywała się wielka transformacja i Polska wymagała innego opisu – jej gospodarka rozwijała się szybciej od niemieckiej, a na dodatek pakiet reform Agenda 2010 przeorał sytą niemiecką codzienność, obniżając standard życia większości obywateli. Tu, po drugiej stronie Odry, polski sukces był zdecydowanie bardziej widoczny. Niemieckie media odnotowywały go sumiennie z mieszanką podziwu i zdziwienia – dokonywane porównania przestały być jednoznacznie korzystne dla Niemiec. Dzieci aussiedlerów jeździły na wakacje do rodzin w Polsce, ale to nie był już kraj, z którego wyjechały. Normalniało.

Tożsamość hybrydalna

To na jakiej jesteś teraz platformie? – dopytują po polsku i skwapliwie notują swoje internetowe namiary. Można by spotkać je w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, ale jesteśmy w centrum Berlina, na Schiffbauerdamm. Wielkomiejski pośpiech, rozmach i międzynarodowy fleur. Ciąg znajdujących się tutaj knajpek, bistro i kawiarni jest idealnym miejscem do spotkań po pracy albo w czasie lunchu dla urzędników pobliskich ministerstw i Bundestagu.

Urszula Lisson, ekspertka ministerstwa oświaty, dojechała tu na rowerze, Emilia Mansfeld nie miała daleko z Bundestagu. Katarzyna Blumberg-Stankiewicz, naukowiec z Europejskiego Uniwersytetu Viadrina, nie musiała tego dnia jechać do przygranicznego Frankfurtu. Od rówieśniczek z Polski różnią je wspomnienia z dzieciństwa i szukanie, najpóźniej w czasie dojrzewania, odpowiedzi na pytanie: kim właściwie jestem?

To było w rok po przystąpieniu Polski do Unii. Ula Lisson (w Niemczech od 11 roku życia) zgłębiała tajniki prawa europejskiego na francusko-angielskim studium w College of Europe w belgijskiej Brugii. Przyjechała tam z grupą niemieckich studentów, ale okazało się, że na miejscu są również Polacy. Wspólnie się uczyli, wspólnie imprezowali. I wtedy stwierdziła – nie po raz pierwszy zresztą – że należy zarówno do jednych, jak i drugich. Czuła się świetnie – nie musiała wybierać, a jej podwójność była czymś naturalnym. Ani śladu po garbie opisywanym przez Adama Soboczynskiego! Pytanie: kim jestem, doczekało się odpowiedzi, którą chciała podzielić się z innymi. W Berlinie nie trzeba było długo szukać. Grupę Zwischen den Polen (Między Polakami, Między biegunami) skrzyknęła jej koleżanka ze studiów we frankfurckiej Viadrinie, Katarzyna Blumberg-Stankiewicz.

Zajrzała pani do naszego portalu? – dopytuje Ula, jedna z blogerek. Piszą o sobie, że „wędrują między kulturami i językami”. W realu spotykają się w swoich salonikach, zorganizowały imprezę Polski Neukölln, poświęconą ich pokoleniu. Wymieniają się filmami i książkami, które napisali niektórzy z nich – Alice Bota, Adam Soboczynski, Paul Borkowski, Sabrina Janesch, Alexandra Tobor.

Opowiadają w nich niemieckim czytelnikom o swoim dzieciństwie w Polsce, życiu w Niemczech, bawią się stereotypami, szukają odpowiedzi na pytania bardziej uniwersalne niż kwestie czysto narodowe albo zdają relacje z podróży do Polski. I jest to nowa w Niemczech narracja o Polsce współczesnej i nowoczesnej.

To drugie pokolenie emigrantów traktuje Niemcy jako swój kraj, ale nadal nosi w sobie doświadczenie emigracji, tę tkwiącą w nich polską cząstkę, którą uznaje za wartościową. Antropolodzy mówią wówczas o tożsamości hybrydalnej, umieszczając ją pomiędzy kulturami – wyjaśnia Katarzyna Blumberg-Stankiewicz, która doświadczenia założonej przez siebie grupy opisuje w przygotowywanym właśnie doktoracie. W Europie otwartych granic żyć będzie coraz więcej ludzi o mieszanej tożsamości – to dzisiejsze dzieci migrantów najrozmaitszych narodowości. Będą tak jak dzisiejsi nowi Niemcy o polskich, tureckich czy wietnamskich korzeniach, szukać dla siebie miejsca w nowych społeczeństwach, wpływać na nie i zmieniać ich koloryt. Pasjonujący temat badań dla socjologów zajmujących się tzw. grupami granicznymi – ludźmi o podwójnej identyfikacji.

Ucieczka z obrzeży

Neukölln jeszcze parę lat temu przy­pominała warszawską Pragę sprzed lat. – Takie miejsce, gdzie wrony zawracają, a policja niechętnie jeździ, bo boi się o własną skórę – śmieje się Maria Kossak, malarka i fotografka z dyplomem berlińskiej akademii sztuki. Urodziła się w Warszawie, miała dwa lata, gdy zamieszkała z mamą i niemieckim ojczymem na Kreuzbergu. Po powrocie ze stypendium w Sydney wynajęła pracownię w sąsiedniej dzielnicy, w Neukölln – bo tak jak prawą stronę Wisły w Warszawie, tak Neukölln w Berlinie odkryli dla siebie ludzie teatru, muzycy i malarze, również z Londynu i Nowego Jorku.

Niepostrzeżenie Neukölln, opowiada Maria Kossak, awansowała do statusu najważniejszej artystycznej dzielnicy Berlina. Jest to nadal miejsce pełne kontrastów i konfliktów. Dzielnica ekstremów kulturalnych i materialnych. Mikroświat Orientu i galerii artystów alternatywnych. Emigranckiej biedy i takich wydarzeń jak 48h Neukölln, największy festiwal sztuki Berlina. Ta piorunująca mieszanka i niepowtarzalny koloryt ma siłę magnesu, także dla intelektualistów z Polski.

Mają oni swoją enklawę w Kreuzkölln – to ponoć najmodniejszy obecnie kąt Berlina. Maria Kossak, założycielka platformy Berlin-Warszawa @rtpress – forum wymiany inicjatyw i pomysłów między polskimi i niemieckimi artystami, literatami i dziennikarzami, nie mówi o genius loci, który podsunął jej ten pomysł, tylko o względach praktycznych: takie miejsce było w necie po prostu potrzebne.

W realu jest nim jedyna w Berlinie polsko-niemiecka księgarnia Buch/Bund (Związek Książek) przy Sanderstrasse w Neukölln. Prowadzi ją małżeństwo Nina Müller i Marcin Piekoszewski. – To ważny adres dla nowych pośredników, grupy Zwischen den Polen i w ogóle wszystkich zainteresowanych polskimi nowościami wydawniczymi – podkreśla Maria Kossak. Są tu one do kupienia również po niemiecku i – w skromniejszym zakresie – po angielsku. To również miejsce wieczorów autorskich, dyskusji literackich i wystaw. „Portret Poetki”, ekspozycja Marii Kossak o Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, została otwarta w czerwcu, w ramach tegorocznego festiwalu 48h Neukölln.

– Marcin działa obok oficjalnego kalendarza wydarzeń kulturalnych, uzupełnia ofertę Instytutu Polskiego, która – co tu dużo mówić – jest po prostu świetna – przyznaje malarka. Nie ciągnie jej jednak do organizacji polonijnych. – Może to brak wspólnej chemii? – zastanawia się.

To chyba rzeczywiście różnica wieku i zainteresowań powoduje, że młodzi nie garną się pod skrzydła starych Polonusów – konkluduje Magdalena Szaniawska-Schwabe. – To paradoks, bo działaczy martwi brak następców, gdy tymczasem nie brakuje młodych z pomysłami, którzy działają nieformalnie, poza strukturami polonijnych organizacji, jak choćby popularna agitPolska – stowarzyszenie promujące polsko-niemieckie inicjatywy kulturalne, założone przez Magdę Ziomek-Frąckowiak.

Ci młodzi to dzieci swojego czasu – internetu i Europy otwartych granic. Czy niemiecka Polonia znajdzie dla siebie nową formułę? Zamknie się w pielęgnowaniu tradycji czy otworzy na młodych, w tym nowych Niemców i nowych Polaków? Dobrze wykształceni, z dyplomami niemieckich uczelni, ani myślą zadowolić się karierami na obrzeżach niemieckiego społeczeństwa. Pracują naukowo. Są nagradzanymi dziennikarzami. – Spotykam ich również w Bundestagu i ministerialnych departamentach – mówi Emilia Mansfeld. – Rozumieją jak nikt inny znaczenie stosunków polsko-niemieckich we wspólnej Europie. Z tego pokolenia mogą w przyszłości wyłonić się liderzy kontaktów bilateralnych – dodaje z przekonaniem płynną polszczyzną.

Polityka 28.2014 (2966) z dnia 08.07.2014; Na własne oczy; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Podwójności"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pijane ciąże

Niełatwo żyć z poczuciem takiej winy. Że własnemu dziecku zniszczyło się przyszłość, wydając je po alkoholu na świat.

Paweł Walewski
19.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną