Co jadać z dziećmi?

Kuchenny egoizm
Radość w wielu domach – dzieci wyjechały na ferie/wakacje/weekend. Można wreszcie jeść, co się lubi, nie oglądając się na smarkaczy.
Cordon bleu
EAST NEWS

Cordon bleu

Co dobrego za stołem?
Marek Raczkowski/Polityka

Co dobrego za stołem?

Z samolubną myślą o ulubionych przysmakach przygotowujemy na śniadanie jajka w szklance z oliwą i sporą dawką pieprzu, na obiad krwiste befsztyki bądź pikantne gulasze, a na kolację wędzonego węgorza w towarzystwie zmrożonej wyborowej. Nie ma mowy o rozgotowanym szpinaku czy twarożku ze szczypiorkiem i rzodkiewką ani o ryżu na słodko z dodatkiem cynamonu. I tylko trzeba pamiętać, że wakacje kiedyś się skończą i będziemy musieli wrócić do menu, którym faszerujemy – nie zawsze sensownie – własne potomstwo. I często z musu, gdy siadamy razem do stołu, zajadamy to samo.

W dawnych czasach, czyli do początków XX w., dzieci jadały osobno i całkiem co innego niż ich rodzice. Dotyczy to oczywiście zamożnych domów, w tym i arystokratycznych. Zupka z rożka, blineczki z grysiku, kaszka z masłem, rosołek, kleik z grzankami – tak brzmiały nazwy potraw podawanych dzieciom w domu Potockich na przełomie XIX i XX w. Przepisy na nie zamieścił w swej książce wybitny kuchmistrz Antoni Teslar, który większą część zawodowego życia spędził właśnie w krzeszowickim pałacu.

Jak więc widać, podczas gdy na stołach dorosłych królowały potrawy wytworne i bynajmniej nie skromne, dzieci nawet do 10 roku życia jadały dania mdłe i nieatrakcyjne. Nawet warzywa podawano im jedynie ugotowane czy wręcz rozgotowane. Dzieci nie sadzano wówczas do wspólnego stołu i kiedy rodzice delektowali się smakowitym mięsem, doskonałymi rybami, rakami i przywożonymi z daleka ostrygami oraz pełnymi wspaniałych warzyw zupami – one dostawały jedzenie „delikatne”. Kleiki, kaszki, kluseczki były podstawą dziecięcego menu.

Niewiele lepiej jadały i dzieci królewskie. Oto czytam w książce Bożeny Fabiani o dworze Wazów w rozdziale dotyczącym ich progenitury: „Niewiele wiadomo o odżywianiu królewskich dzieci. Cóż z tego, że ocalały wydatki na dworską kuchnię z dokładną specyfikacją towarów. To jedynie rejestr produktów zakupionych na królewski stół, żadne spisy potraw i receptury nie istnieją. W spisie wydatków nie widać istotnej różnicy między produktami dla dorosłych a dla dzieci czy między posiłkami porannymi, obiadowymi a kolacją. Tak np. pod rokiem 1602, a więc gdy królewicz Władysław miał siedem lat, znajdujemy wpis, z którego wynika, że na stół dziecka trafia baranek i jarząbek, kapłon, ryby, pieczywo, mleko, jaja, masło i ser. Ale też w spisie figurują korzenie i piwo. Czy kucharz jednakowo przyprawiał wszelkie potrawy, również przeznaczone dla dzieci, czy też korzenie szły do garnka, z którego pożywiał się dorosły dwór królewicza – nie wiadomo. Podobnie niejasna jest sprawa piwa: czy było to piwo, z którego polewkę podawano bezpiecznie i dzieciom, czy też królewicz pił mleko, a jego dworzanie i słudzy pokrzepiali się piwem?”.

Znawcy tematu twierdzą, że to właśnie służba zajmująca się opieką i wychowaniem królewiąt objadała się owymi jarząbkami, barankami i kapłonami, zapijając je piwem lub nawet winem, a swym wychowankom podawała rozgotowane papki, ale za to na złotej zastawie.

Stanowczo bardziej sprawiedliwie było w domach ludzi uboższych, w których dzieci dzieliły z rodzicami skromne, a czasem wręcz nędzne menu.

W latach 50. ubiegłego stulecia zniknął podział na stół dziecięcy i dorosły. Zaczęto też karmić młodych domowników tym samym co jadali ich rodzice.

Dzisiejsze dzieci jadają więc bardziej ciekawie niż ich rówieśnicy w czasach prapradziadków, wcześniej sadzane też bywają do wspólnego stołu z dorosłymi. Nakarmienie dzieci to ważna część rodzinnych zabiegów. Ba, nawet chyba jedna z najważniejszych. Ale przecież nie jest jedynym naszym obowiązkiem wobec nich. Równie ważna jest kwestia nauczenia dobrych manier i ogólne wychowanie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj