Mirosława Marody o tym, jak funkcjonuje społeczeństwo

Zawsze ktoś za nami stoi
Prof. Mirosława Marody, socjolożka, o tym, co Polaków łączy, a co dzieli, i dlaczego.
„Znika oczywistość bytów zbiorowych, takich jak rodzina, naród czy wspólnota ideologiczna. Ich istnienie nie wyznacza już naszych działań, lecz zależy od wciąż ponawianych aktów woli jednostek”.
Marcin Łobaczewski/Fotorzepa/Forum

„Znika oczywistość bytów zbiorowych, takich jak rodzina, naród czy wspólnota ideologiczna. Ich istnienie nie wyznacza już naszych działań, lecz zależy od wciąż ponawianych aktów woli jednostek”.

Prof. dr hab. Mirosława Marody – socjolożka. Kieruje Zakładem Psychologii Społecznej Instytutu Socjologii UW oraz Ośrodkiem Badań Politycznych w Instytucie Studiów Społecznych UW.
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Prof. dr hab. Mirosława Marody – socjolożka. Kieruje Zakładem Psychologii Społecznej Instytutu Socjologii UW oraz Ośrodkiem Badań Politycznych w Instytucie Studiów Społecznych UW.

Jacek Żakowski: – Co nas łączy?
Mirosława Marody: – Wszystko. Bo sami nie jesteśmy w stanie przeżyć. Nawet jeśli jesteśmy sami.

Ale coraz mniej mówimy o tym, co nas łączy, a coraz więcej o tym, co nas dzieli.
Podział też wiąże. Określa nas przez to, kim nie jesteśmy. To ma poważne konsekwencje, nawet kiedy nie stoi za tym istotna różnica.

Czyli?
To dobrze pokazuje badanie, w którym przypadkowo dobrane osoby dzielono na dwie grupy, rzucając monetą, czyli całkowicie losowo. Potem każdemu kazano podzielić wypłatę między członków tych grup. Już chwilę po ustanowieniu podziału, za którym nic nie stało, członkom swojej grupy ludzie dawali wypłaty większe niż członkom drugiej grupy. Sama nominalna przynależność wystarcza, żebyśmy faworyzowali swoich.

Czyli dyskryminowali innych.
Powiedzmy, trochę mniej o nich dbali niż o swoich.

Przeprowadza się człowiek z Pcimia do Warszawy. I staje się kibicem Legii, który nienawidzi kibiców Polonii. To z niczego nie wynika, a zaczyna go mocno określać. Dlaczego?
To nie musi być świadomy wybór. Może poznał kibica Legii, który zaprosił go na mecz. Ważne jest bycie razem, Legia lub Polonia są tu tylko pretekstem. Najbardziej denne zespoły też mają zagorzałych fanów. Jednostka nie jest w stanie być sobą i zachować autonomiczności bez wsparcia innych. Nawet kiedy jesteś w jakiejś postawie kompletnie osamotniony, to masz poczucie, że stoi za tobą Dmowski, Piłsudski, Witos albo Kościuszko...

Zawsze jest jakieś my.
Często sięgające dalekiej historii. Wszystko już było, nie jesteśmy w stanie pozbyć się dorobku przeszłości. Zawsze będziemy używali budulca, który skądś się wziął. Indywidualizm, najmodniejsze hasło współczesności, oznacza tylko, że nie ma grup, w których istnienie i podtrzymywanie bezwzględnie wierzymy. Przestało być oczywiste, że jestem członkiem rodziny, narodu, rasy, partii. Każdy musi sam przed sobą uzasadnić swoją przynależność. Nawet to, czy jestem członkiem swojej rodziny i co to oznacza, muszę negocjować z innymi, z którymi wchodzę w interakcje. Nie mamy już żadnych naturalnych praw ani obowiązków. Między mężem i żoną toczą się nieustanne negocjacje prowadzone za pomocą wszelkich dostępnych narzędzi – od siły fizycznej po spisywanie podziału obowiązków. Rodzina istnieje dziś dopóty, dopóki tworzący ją ludzie mówią: tak, chcę w nią dalej inwestować. Coraz więcej ludzi ma poczucie, że to zależy od ich woli, a nie od tego, że tak po prostu się robi.

Znika „się”?
Znika oczywistość bytów zbiorowych, takich jak rodzina, naród czy wspólnota ideologiczna. Ich istnienie nie wyznacza już naszych działań, lecz zależy od wciąż ponawianych aktów woli jednostek.

Wypisujemy się z naszych przynależności, kiedy mamy ochotę. Nowe przynależności przyjmujemy przypadkiem. A jednocześnie napięcie, które tworzą podziały i przynależności, zamiast zanikać – rośnie. Skoro wolno nam codziennie wybierać wiarę lub niewiarę, życiowego partnera, partię, ojczyznę, skoro teoretycznie tak łatwo nam przejść z PO do PiS, bo nic nas nie wiąże z partią, jak kiedyś chłopów wiązało z PSL, skoro to, co nas łączy, słabnie, czemu podziały stają się coraz gorętsze?
Możemy codziennie pytać siebie, czy to jest moja rodzina, czy to jest mój kraj, czy to jest moja partia, ale nie możemy się codziennie zastanawiać: kim jestem. Musimy mieć w miarę trwałą tożsamość. A częścią tego procesu, któremu podlegamy, jest fragmentaryzacja naszych tożsamości. Mam przyjaciół, dla których jestem zabawową kobietką…

…a dla mnie panią profesor…
…a dla współuczestnika wycieczki starszą panią.

Ta szafa pełna różnych kapeluszy, które zmieniamy, jak chcemy, to jest nowe zjawisko?
Nowość polega na tym, że mamy prawo realizować różne aspekty swojej osobowości i one już nie muszą do siebie pasować. W tradycyjnym modelu każda rola społeczna była zasadniczo kompletna. Jak ktoś był profesorem uniwersytetu, wiadomo było, jak mieszka, jak się ubiera, co może robić po pracy, jakim językiem mówi, jakie sporty uprawia, jak wychowuje dzieci, do jakich lokali chodzi. Był taki kompletny wzorzec dla każdej roli społecznej. Dla polityka, inteligenta, przedsiębiorcy, dziennikarza, chłopa, robotnika wykwalifikowanego i niewykwalifikowanego.

Teraz profesor ubiera się jak robotnik, premier harata w gałę, a ministrowie piją i plotkują u Sowy, jak w remizie.
Praktykujemy bardzo różne role i relacje. Ale nie całościowo i nie całkiem się angażując.

Relacje typu „tylko seks”.
Albo tylko brydż. Nic więcej z tego nie wynika.

Jak to się ma do sfery publicznej?
Z im bardziej różnorodnych kawałków jesteśmy zbudowani, tym większej wagi nabiera wyraz, którego użyjemy, gdy ktoś nas zapyta: kim jesteś? A ponieważ coraz trudniej jest nam dokonać takiego wyboru między różnymi aspektami JA, dlatego coraz częściej odpowiedź, której udzielamy – zwłaszcza sami sobie – odnosi się nie do nas, ale do otoczenia.

Definiujemy siebie coraz mniej poprzez autoportret, a coraz bardziej przez krajobraz, w który się wpisujemy?
Przez interpretację tego krajobrazu. Na przykład spada samolot – jest zasadnicza różnica, czy jego pasażerowie zginęli w wypadku, czy polegli w zamachu. Ta różnica definiuje obraz rzeczywistości. A my przez wybór obrazu definiujemy siebie. Utożsamiamy się z obrazem, a on nas identyfikuje.

Jako członków np. plemienia smoleńskiego?
Raczej jako patriotów, bo szukamy ogólnych terminów z dobrymi konotacjami. Ci, którzy wierzą w zamach, za patriotów uważają tych, którzy wierzą w zamach. I tak o sobie mówią. To jest wygodna autodefinicja, bo ona niczego od nas nie wymaga poza opowiedzeniem się.

Jak się okaże, że to był wypadek, nasza tożsamość pryśnie.
Anglicy mówią, że dżentelmeni nie dyskutują o faktach, ale już dawno stwierdzono, że goły fakt nie istnieje. To my nadajemy faktowi znaczenie. Dla jednego coś będzie dowodem zamachu, a dla drugiego nieistotnym detalem lub wytworem chorej wyobraźni.

Od czego to zależy?
Głównie od tego, co służy grupie, do której zostaliśmy wylosowani. Bo jeśli należymy do grupy mówiącej „polegli” i nagle uznamy, że „zginęli”, grozi nam to wykluczeniem albo udziałem w porażce z inną grupą. A kiedy taka przynależność stanowi podstawę naszej tożsamości, bardzo się tego boimy. Im bardziej niepewne są inne elementy, im bardziej mamy sfragmentaryzowaną tożsamość, tym bardziej się takiego wykluczenia lub grupowej porażki boimy, więc bardziej radykalnie będziemy odrzucali każdą informację, która by grupie szkodziła.

Kariera, awans, dostęp do różnych zasobów, samopoczucie, pozycja społeczna zależą od tego, z kim się identyfikuję i kto mnie uznaje za swego. Są takie sprawy, w których czujemy, że musimy opowiedzieć się trwale, choćby nie wiem co. Możemy mieć w każdej sprawie kompletną swobodę, ale w sprawie „zamach czy wypadek” dowolności nie ma.

Bo możemy usłyszeć „po panu się tego nie spodziewałem”.
A to już jest akt prywatnej ekskomuniki. Przerażające dla wielu wykluczenie z plemienia, do czego nie wolno dopuścić.

Czyli w sprawach ważnych rozum nie ma specjalnego znaczenia po przeszło dwóch wiekach epoki racjonalności?
A kto mówi o epoce racjonalności?

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną