Jak nas męczą święta Bożego Narodzenia

Śledzik w mango
Święta dla sporej liczby osób oznaczają serię dysgustów i dyskomfortów. Mordęgę, której kresu z roku na rok upatrują z coraz większą tęsknotą. Co się zatem w polskich domach odbywa i gdzie osadzają się niesmaki?
Duchowni ubolewają nad komercjalizacją świąt, rozmyciem ich religijnej esencji.
Monika Mlynek/PantherMedia

Duchowni ubolewają nad komercjalizacją świąt, rozmyciem ich religijnej esencji.

Polska tradycja kulinarna ma swe źródło w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, która jest dziś udziałem większości społeczeństwa.
Lech Gawuć/Reporter

Polska tradycja kulinarna ma swe źródło w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, która jest dziś udziałem większości społeczeństwa.

Polacy wypuszczają z portfeli na rynek ok. 29 mld zł na zakupy świąteczne.
TERESA KASPRZYCKA/PantherMedia

Polacy wypuszczają z portfeli na rynek ok. 29 mld zł na zakupy świąteczne.

Artykuł ukazał się w POLITYCE w styczniu 2015 r.

Pytani w badaniach socjologicznych, co nas łączy jako naród, Polacy niezmiennie odpowiadają: rodzinność oraz sposób, w jaki obchodzimy święta, zwłaszcza Wigilię Bożego Narodzenia.

A jednak z poświątecznych zwierzeń wynika, że dla sporej liczby osób doroczna manifestacja narodowej tożsamości oznacza serię dysgustów i dyskomfortów. Mordęgę, której kresu z roku na rok upatrują z coraz większą tęsknotą. Co się zatem w polskich domach odbywa i gdzie osadzają się niesmaki?

Czy trzeba było aż tyle zjeść w święta?

Zacznijmy od dyskomfortu najbardziej dosłownego i trywialnego – gastrycznego. Polskie świętowanie znajduje wyraz we wspólnym jedzeniu. Obfitym. Nawet to wigilijne, teoretycznie postne, jest wyjątkowo sute, skoro trzeba skosztować 12 potraw. Dla poprawnie odżywiającego się człowieka, który przez cały rok z powagą traktuje zalecenia, by kończyć dzień skromną i możliwie wczesną kolacją, wieczerza jest praktycznie nie do przebrnięcia; po śledziu i karpiu w galarecie niektórzy są w stanie przyswoić jeszcze pierogi i barszcz, koneserzy dotrwają do kapusty z grzybami, desperaci do kutii. Liczne z tych rzekomo pradawnych potraw o magicznym, zarezerwowanym tylko na tę jedną okazję smaku, jest zbyt wymagającym wyzwaniem dla kubków smakowych wielu osób, a pewnie większości dzieci. Są tacy, których naprawdę odrzuca intensywność śledzia, mulista specyfika karpia, ciężkostrawność grzybów, wściekła słodycz klusek wymieszanych z makiem i miodem. A przecież wigilijne preludium zaledwie rozpoczyna wielodniową (bo trzeba wszystko pokończyć) symfonię na boczki i karkówki, chrzany i marynaty, a przede wszystko kapustę i buraki.

Polska tradycja kulinarna ma swe źródło w zupełnie innej rzeczywistości niż ta, która jest dziś udziałem większości społeczeństwa. To żaden powód do wstydu, ale jakże niedawno wywędrowaliśmy ze wsi, gdzie obfitość i hiperkaloryczność świątecznego menu znajdowała uzasadnienie w warunkach życia, w klimacie, w rytmie pór roku, w widmie nieuchronnego przednówka. Zastawienie stołu aż do ugięcia się, tak „żeby wszystko było jak zawsze”, odbywało się zazwyczaj na przekór biedzie i niedostatkowi, a czasy PRL niesłychanie to umocniły, bo co zdobyte, załatwione, upolowane i wystane w kolejce, smakowało podwójnie. Smakowało – rzec można – psychologicznie, bo stanowiło nagrodę za dzielność, za zaradność, za opór wobec gospodarki niedoboru. Było to pole, na którym realizowała się matka Polka, peerelowska spadkobierczyni tradycji, że świat się może palić, ale ona – choćby za cenę zdrowia i nieprzespanych nocy – ocali dom, nakarmi, napoi, przytuli.

Czy należało aż tak się naharować?

I oto dyskomfort świąteczny drugi – kobiece poświęcenie. Z badań Barometr Providenta wynika, że 81 proc. Polek uważa, iż ciężar przygotowań świątecznych leży na ich barkach. Ale nad kulturowym faktem, że tu właśnie kobieta ma do odrobienia wielką lekcję, ciąży tradycja dużo starsza niż chrześcijaństwo i rytuały bożonarodzeniowe. Jak twierdzi Richard Wrangham, brytyjski antropolog, autor niedawnego bestselleru „Walka o ogień”, to właśnie poskromienie ognia przed 2 mln lat, a więc gotowanie pożywienia, „pchnęło rozwój kultury ludzkiej w kierunku zdecydowanie samczych potrzeb, a kobiety stały się ciężko pracującymi służącymi”.

Jane Collier i Michelle Rosaldo dociskają pedał, twierdząc, że na tym ogniu upiekło się tradycyjnie pojmowane małżeństwo: „hierarchiczna struktura i system zobowiązań kobiety zobligowanej do świadczenia usług na rzecz męża”. Z całą pewnością model funkcjonowania mężczyzny w polskim domu zmienia się: im młodsi, tym częściej i pomyją okna (jaskinię trzeba doprowadzić do perfekcyjnego ładu), i upolują, i ugotują, i podadzą do stołu. Według Barometru Providenta 41 proc. mężczyzn twierdzi, że ich wkład przedświąteczny jest równie istotny co partnerek. Wielu próbuje je odciążyć albo choć odwieść od zakrojonej na nieludzką skalę operacji porządkowo-aprowizacyjnej. Lecz bez powodzenia, gdy kobieta – podświadomie i atawistycznie – ulega przymusowi trzepania, glansowania, nakarmienia, sprostania oczekiwaniom. Coraz częściej oczekiwaniom, których nikt wobec niej nie ma. Jej „padanie na nos”, jej popuchnięte nogi i przekrwione oczy już nie imponują, raczej krępują i konfundują domowników i gości.

Czy warto było wyrzucić tyle pieniędzy?

Polskie święta, organizowane pod rozmaitymi historycznymi czy wręcz prehistorycznymi presjami, dostały się przed ćwierćwieczem pod kolejny kulturowy walec. I tu dochodzimy do dyskomfortu trzeciego: prezenty. Polacy ową średnią kwotę wydatków świątecznych (1,1 tys. zł) obecnie rozdysponowują tak: na prezenty najwięcej – 575 zł, na jedzenie 475 zł, na kategorię nazwaną „spotkania towarzyskie”, czyli alkohol – 111 zł. Średnio rodak spodziewa się trzech prezentów, choć też 31 proc. spośród nas ich w ogóle nie oczekuje. Większość myśli, że bliscy oczekują, choć nie ma pojęcia, czego mogliby jeszcze oczekiwać (38 proc. spośród nas wkłada więc gotówkę w koperty, a są tacy, którzy zauważywszy w szafie nierozpakowaną od ubiegłej Wigilii koszulę męża, dopuszczają się podarkowego recyklingu).

Przedświątecznego szału zakupowego oczekuje od nas podobno gospodarka – w powszechną świadomość wgryzły się propagandowe zaklęcia, że kupując, dowodzimy konsumenckiego optymizmu, co pociąga za sobą oczywisty wzrost PKB, sprawiając, że w przyszłości będziemy mogli kupować jeszcze więcej. Tysiące ludzi – by włączyć się w „koło zamachowe gospodarki” – decydują się na brawurowe kroki finansowe (8 proc. bierze świąteczne kredyty w bankach, a kolejne 5 proc. w innych instytucjach pożyczkowych).

Owszem, Polacy wypuszczają z portfeli na rynek ok. 29 mld zł na zakupy świąteczne i kolejne 10 mld zł na sylwestrowe. Ale też średnio w każdym innym miesiącu wydatki konsumpcyjne sięgają już ok. 90 mld zł. Takiego więc znowu – jak się dziś powiada – szału nie ma. Pomijając sprowokowane tłok, bieganinę i korki w miastach. W zasadzie nasza konsumencka zasługa polega na opróżnianiu magazynów z rzeczy okazjonalnie spakietowanych. W nabywaniu ton kartonów i kartoników popakowanych w złotka, w czym celuje przemysł drogeryjny (27 proc. polskich prezentów to perfumy i kosmetyki). W zaopatrywaniu się w dekoratorski kicz i tandetę o rodowodzie amerykańskim, ale made in China, którym na wyścigi rozjarza się grudniowe ciemności nie tylko w domach, ale na domach, na balkonach, na tarasach, na drzewach, na latarniach.

Wreszcie – ów chwalebny czyn konsumencki wyraża się w obsypaniu kiczem i tandetą dzieci (choć 27 proc. Polaków uważa, że kupowane przez nich zabawki mają walor edukacyjny, a kolejne 16 proc. – że są kreatywne). Jest coś wzruszającego we współczesnej rodzicielskiej gotowości do spełnienia marzeń z dziecięcego listu do św. Mikołaja, a coraz częściej – listy precyzyjnych oczekiwań od św. Mikołaja. Ale jest też w tym coś złowróżbnego, albowiem nie ma lepszego sposobu na sformatowanie idealnej ofiary konsumeryzmu. Psychologowie przestrzegają, jak niebezpieczne jest, jeśli trzy-, czterolatek poweźmie przekonanie, że wszystko na świecie jest osiągalne na życzenie, że trzeba mieć koniecznie to, co mają inni i co widzi w reklamach, że pieniądze biorą się z bankomatu, a nie z pracy. Rzecz nie tylko w tym, że wyrośnie z niego roszczeniowy nastolatek, ale też odłoży się to cieniem na dorosłym życiu. Nieumiejętność „odroczenia nagrody” wpycha ludzi w kredytowe korkociągi, w zakupoholizm, w żądzę posiadania rzeczy, którymi niczym pawim ogonem próbują poprawić zewnętrzny wizerunek.

Czy należało się męczyć tzw. magiczną atmosferą?

Ale Polak kupuje, bo przecież chce widzieć radość w oczach dziecka, a pamięta, jak to było dostać coś wymarzonego (albo płakać, że się nie dostało). Święta, powiadamy, w gruncie rzeczy są dla dzieci, dla ich wypatrywania pierwszej gwiazdki. Dla niepowtarzalnej atmosfery. No i jest dyskomfort kolejny: atmosfera. Wzór atmosfery oglądamy przez długie tygodnie w telewizyjnych blokach reklamowych. Preparowany jest z następujących elementów: salon z kominkiem i choinką, wszyscy ubrani na czerwono-zielono-biało, umyci, uczesani, uśmiechnięci, wręczają sobie coś (cukierki, suplementy diety, smartfony), wykazują entuzjazm poprzez przytulanie i całowanie. Dzieci – najlepiej w idealnych blond lokach – obowiązkowo.

Dzieci istotnie tworzą atmosferę, bo łakną magii i rytuałów ze swej dziecięcej natury. Jednakże bezprecedensowa przemiana demograficzna minionego wieku zdekomponowała rodziny. Dzieci jest mało, coraz więcej osób sędziwych oraz singli z wyroku losu i z wyboru. W wielu domach trzeba odbywać święta w ryzykownym składzie: kontestujące ze swej natury nastolatki („po co ta cała szopka?”), kontestujące z natury starsze osoby („kiedyś to było!”), kuzyni – okazjonalni przybysze z odległych nisz kulturowych.

Czasem przychodzi kluczyć wśród rozmaitych raf, bo nie wiadomo, czyje poglądy, światopoglądy i orientacje obrazisz nieostrożnym słowem czy zbyt grubym żartem. Modlić się, gdy zgromadzona większość to niedowiarki i ateusze? Śpiewać kolędy, gdy ich dźwięki kojarzą się dziś bardziej z zapchanymi supermarketami niż z rodzinnym chórem? Może puścić jakichś niezawodnych Golców z telewizji, gdzie przed świętami i podczas świąt czołgani są wszyscy celebryci na okoliczność, jak to cudownie jest w ich domach. Iść na pasterkę, skoro od lat człowiek do kościoła nie chodzi? Jak podaje Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego, co piąty polski wierzący jest „katolikiem świątecznym”, czyli zjawia się w parafialnej świątyni od wielkiego dzwonu.

Duchowni ubolewają nad komercjalizacją świąt, rozmyciem ich religijnej esencji. Dla osób głęboko wierzących tandetyzacja rocznicy urodzin Boga z pewnością musi być bolesna. Ale jeszcze trudniej odnaleźć się w tym tradycyjno-ponowoczesnym chaosie osobom odległym od Kościoła. Nie jest tak, by wszyscy oni chcieli święta obalić, sprofanować, a najlepiej uciec od nich na jakąś Teneryfę (zresztą w tzw. resorcie człowieka dopadnie animator kultury przebrany za Mikołaja oraz wyrzuty sumienia, że zostawił w samotności starych rodziców). Większość pewnie chciałaby uszanować to, co dla innych jest wartością, ale nie popaść w hipokryzję. Odnaleźć nie tylko ckliwą, lecz także uniwersalną, metaforyczną treść w biblijnej opowieści o szlachetnej matce, jej dobrym partnerze i dziecku „okrytym rąbkiem” w przygodnej stajence.

Czy da się trochę inaczej?

Święta są człowiekowi potrzebne. Rytuały z domieszką magii tworzą z nas społeczeństwa, więcej, są głównym wspólnotowym spoiwem. Jak mówił niedawno na łamach „Ja-My-Oni” Poradnika Psychologicznego POLITYKI prof. Michał Buchowski, dyrektor Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej w UAM w Poznaniu – na kształt moralności i obyczajowości największy wpływ w większości społeczeństw wciąż ma religia. Jednak właśnie rytuały są pierwszą koniecznością, a stojące za nimi poglądy to rzecz wtórna. Innymi słowy, najpierw były zachowania, które – potrzebując legitymizacji – przyczyniły się do powstania światopoglądów.

Pierre Bourdieu, francuski socjolog, już w latach 70. sformułował pogląd, że choć co prawda zachowania są odtwarzane, to jednocześnie stale przetwarzane. Zbyt wiele się dziś dzieje w polskim społeczeństwie, by nasza kultura, w tym ta fundamentalna dla poczucia narodowej tożsamości kultura świąteczna, zastygła albo zawróciła do minionych ram. Rzecz nie tylko w tak banalnej sprawie, jak kultura stołu i odżywiania. Przede wszystkim zmieniają się polskie rodziny. Rośnie odsetek tych nazywanych paczłorkowymi – pozszywanych w rozmaite konstelacje: drugich żon, dzieci z minionych związków, nowych wujków. Przeciętnie człowiek żyje o 30 lat dłużej niż wiek temu, co narzuca mu wiele równoległych ról (bywa się np. jednocześnie matką, macochą, babcią, prababcią). Hierarchia w tej nowej rodzinie przestaje być oczywista i czytelna. Ktoś cumuje przy niej na lata na zasadzie przyjaciela domu, niektórzy – jak zauważa demograf z UŁ prof. Piotr Szukalski – są anektowani do krewniaczej zbiorowości na zasadzie: długoletni, niepoślubiony partner bratanicy staje się moim bratankiem. Bywa, że tych rodzin ludzie mają po kilka (choćby dzieci rozwiedzionych rodziców).

Wielu badaczy społecznych porzuca niedawno powszechne, czarne przewidywania, że nadchodzi kres rodziny. Ona się tylko zmienia, ewoluuje. Przez kilkanaście dziesięcioleci wydawało się, że ramy życia społecznego będzie kreślić miejska cywilizacja przemysłowa, a ludzi bardziej niż więzy krwi zaczną łączyć wspólne zawody i miejsca pracy. Dziś ciągle jeszcze kwitnie religia korporacyjna (z dogmatem, że człowiek swoje emocje powinien związać wyłącznie z Firmą). W Polsce przejęła ona przedświąteczną obyczajowość peerelowskiego zakładu pracy, ale coraz mniej jest autentyzmu we wszystkich tych zakładowych opłatkach czy śledzikach, dyrektorskich przydługich mowach i wymuszonych uściskach z nielubianymi kolegami.

Młodzi ludzie zresztą coraz rzadziej tego doświadczają. Ich zasysa już era indywidualizmu. Świat przestał im obiecywać, że za dyplom i raz zdobyty zawód dostaną identyfikację społeczną na całe życie. Żąda od nich samozatrudnienia i samozmagania się z życiem. Gdzieś jednak potrzebują oni przynależeć. Z kimś się identyfikować. Do jakiejś tradycji odwoływać. W gruncie rzeczy lgną do tych polskich wigilijnych stołów. Cierpliwie jeżdżą między mamami i babciami, teściami i ciociami. Żeby pogadać i posłuchać, mniej – żeby się opaść, opić i dostać coś kompletnie nietrafionego w gusta. Potrzebują powtarzalności, ale zmodyfikowanej. Wystarczą im pewnie trzy z dwunastu potraw. I niekoniecznie musi to być od razu globalistyczny eksperyment, np. śledź z mango, jak proponuje jeden z portali kulinarnych pod hasłem „potrawy wigilijne”.

W którym kierunku polska obrzędowość się zmieni, trudno przewidzieć. Czy tak ceniona rodzinność musi być rozumiana jako barykadowanie się w domach, co ludzi życiowo pojedynczych (ok. 5 mln dorosłych!) wprawia w poczucie gorszości i izolacji? Czy skoro już Polacy mają zagwarantowane ustawowo praktycznie dwa tygodnie wolnego na złapanie oddechu od kieratu i wyścigu, dadzą sobie trochę wolności i dowolności, czy będą dalej katować się tymi wszystkimi „muszę” i „trzeba”? Może trzeba więcej odwagi w organizowaniu sobie świąt indywidualnie, według prawdziwych potrzeb i upodobań, bez – jak mówią dziś młodzi – napinki. Nasi przodkowie zawsze je obchodzili przeciw komuś i czemuś: zaborcom, okupantom, reżimom. Dom był ścisłym rezerwatem polskości. Niechby wciąż potrafił się opierać – teraz reżimowi komercji i dyktatowi tandety. Handlowcy już przygotowują ofensywę plastikowych zajęcy, kur i owiec. Oraz żuru i kiełbasy. Wielkanoc idzie.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną