Społeczeństwo

Pamięć za śmierć

Po wypadku: ocaleni, poranieni, pozostawieni

Mirosław Gryń / Polityka
W niedzielę rano, sześć lat temu, 18-letni wówczas Tomek przekręcił kluczyk w stacyjce opla, przejechał 800 metrów i uderzył w grupę 16-latków wracających z zabawy w Dyniskach Starych.
Mirosław Gryń/Polityka

Wszystko trwało 3 minuty: od 02.25 do 02.28. 26 kwietnia 2009 r. Zginęły dwie dziewczyny i dwóch chłopców. Ocaleli gimnazjaliści Daniel i Wiktor, którzy uskoczyli do rowu, i 18-letni Adam, który chwilę wcześniej wysiadł z opla. Podczas pogrzebów ksiądz podkreślał, że w odróżnieniu od zabitych oni dostali dar życia. Przez najbliższe lata powinni zrobić wszystko, żeby go nie zmarnować.

Adam został w Dyniskach. W pewnym sensie wciąż to robi: wysiada z samochodu, zostawia kluczyk w stacyjce i pijanego, śpiącego Tomka na miejscu pasażera. Robi kilka kroków w stronę wsi. Jest ciemno, ale słyszy śmiech i widzi zarys postaci, które nagle stają się wyraźne w świetle reflektorów. Potem jest podmuch mijającego go samochodu, huk i cisza – więc biegnie. Potyka się o kawałki plastiku, buty. Świeci komórką. Widzi ciała, przypominające przekręcone przodem do tyłu manekiny. A potem – jak mówi – jest bezmoc.

Tyle lat, ludzie przeszli na czas przeszły, a on stoi w tamtym miejscu. A jeśli biegnie w przyszłość, to zastanawia się, czy tamci zostaliby we wsi czy, podobnie jak inni, wyjechaliby robić na czarno na budowach w Niemczech albo szklarniach w Holandii. A może udałoby im się zdobyć robotę w kraju? Wtedy mogliby spotykać się w przepełnionym busie do Tomaszowa Lubelskiego, gadać o podwyżkach cen papierosów, najniższej krajowej, którą zapewnia jedyny w okolicy zakład pracy, i wymieniać się informacjami, gdzie można dorobić na przebieraniu grochu. 30 groszy za kilogram, dziennie można przerzucić sto kilo, wychodzi 30 zł. Idzie żyć – mówi. Ale po co? Nie wie, chociaż przez ostatnie sześć lat bardzo się starał.

Początkowo myślał, że został wybrany – jak to ksiądz mówił na pogrzebie – żeby trwać na popegeerowskiej wsi, na którą nie dojeżdża pekaes, chleb można kupić tylko z samochodu, a gdyby ktoś dostał zawału, to pogotowie nie miałoby szansy dojechać na czas. To byłby nie tylko jego cel – ale też i kara, bo przecież gdyby nie wysiadł z samochodu, oni mogliby żyć. Trwa więc. Starał się załapać do jakiejś roboty, ale nic nie było na stałe. Sprowadzał samochody, najmował się do żniw, robił drobne naprawy.

Kilka razy pakował plecak, żeby wyjechać do matki i brata, do Włoch. Matka emigrowała na początku nowego stulecia, jak rodzice tamtych zabitych. Chodził do piątej klasy. Potem już nie dzwoniła, nie przesyłała pieniędzy, a brat nawet nie rozumie po polsku, ale co rodzina, to rodzina. Ale nie pojechał. Nie mógł ich zostawić – ale ma kłopoty, żeby sprecyzować, kogo ma na myśli. Może to przez wódkę. Bo chyba nie dziadków, z którymi do dziś mieszka, ani własnych dzieci, które przez ten czas pojawiły się na świecie, ale mieszkają z jego dziewczyną oraz jej rodziną w innej popegeerowskiej wiosce i utrzymują się z prawie 80 zł rodzinnego. Cieszył się na te dzieci, wierząc, że z nimi minie bezmoc. Ale nie minęła.

Daniel i Wiktor wyjechali. Jeden na Śląsk, drugi do Lublina. We wsi mówią, że uciekli do miasta przed wyrzutami sumienia. Bo przecież wtedy, uskakując przed rozpędzonym oplem do rowu, mogli pociągnąć za sobą przynajmniej dwójkę kolegów. Każdy po jednym, ale najlepiej gdyby złapali za ręce po dwoje.

Po wypadku wyrzut – że nie chwycili, nie pociągnęli, nie uratowali – widzieli w każdym spojrzeniu. Spuszczali więc głowy, trzymali się we dwóch, a jeśli rozmawiali, to głównie o tamtej czwórce. Na przykład, zastanawiali się, czy po testach gimnazjalnych wybraliby technikum czy liceum? – Z pewnością – przekonywał Daniel – dokonaliby dobrego wyboru. Nie daliby się jak on nabrać na liceum o profilu straży granicznej, po którym nie ma szans nie tylko na robotę na granicy, ale też na żadne inne zatrudnienie. – Na sto procent – dodawał Wiktor – nie pozwoliliby rodzicom wybierać im szkoły, tylko poszliby za swoimi marzeniami. On pozwolił. Zrezygnował z mechanika, zdał do technikum elektrycznego. – Na bank trzymaliby się razem – powtarzali, sami jednak coraz bardziej oddalając się od siebie, coraz częściej mijając się ze spuszczoną głową na poboczu drogi w Dyniskach, najpierw w drodze do szkoły, potem do pośredniaka.

Ale choć wyjechali, względnie uciekli, jak chcą ludzie we wsi, i tak wiedzę o sobie wyłapują z różnych rozmów, mimochodem i niechcący, jak wtedy, gdy w ciemnościach, ogłuszeni hukiem rozbijanego opla, słyszeli strzępki zdań nadbiegających i krzyczących coś ludzi – i do dziś nie mogą ich zapomnieć.

Zawsze kiedy ktoś wspominał o śmierci, obaj myślą o tym księdzu z pogrzebu i darze życia, którego nie wolno im zmarnować. Radować się nim kazał ksiądz na tamtym poczwórnym pogrzebie. – Czyli cieszyć? – zastanawia się Daniel. I dodaje: przez ostatnie sześć lat miał tak raz, kiedy przyjechali ojciec (z budowy w Warszawie) i siostra (matka wcześniej zabrała ją na Śląsk) i szli na pasterkę do Dynisk.

Wiktor chyba nie miał tak wcale. Opowiada: patrzył na Warszawę, myślał, ładna, ale oni tego nie zobaczą. Dostał pracę w Lublinie. Myślał, wreszcie nikt go nie oszuka, może uda się zarobić nie tylko na mieszkanie i jedzenie, ale po chwili przychodziła myśl, że tamci nigdy do roboty nie pójdą. I dodaje, że ciężko żyć w takim rozdarciu. Dlaczego? Zrozumiałby to tylko Daniel, ale przecież Wiktor do niego nie zadzwoni. Nie zna numeru. Poza tym nigdy nie rozmawiali o sobie, zawsze o nich.

Dlatego Wiktor robi, czego od niego oczekują. Pracuje jako elektryk przy budowie teatru, zarabia, odkłada, wynajmuje pokój, spotyka się z dziewczyną z sąsiedniej wsi, która studiuje w Lublinie. I choć wszyscy kursują w odwrotnym kierunku, on za kilka lat chce wrócić pod Dynisk.

To samo, na drugim końcu Polski, roznosząc ulotki (można zarobić tyle, ile na przebieraniu grochu), planuje Daniel. Na wsi została babka. Wujkowie, którzy przed laty uciekli z pegeeru, powtarzali, że on z darem życia powinien robić coś więcej, niż podbierać jej grosiki z renty – dlatego wyjechał na Śląsk. Do matki, u której zamieszkał kątem (przez lata miał do niej żal, że wyprowadziła się, zabierając siostrę) i która jest zawodową opiekunką starców. Ale martwi się, bo babka jest sama, ma ponad 80 lat, cukrzycę. Więc powinien się nią zająć.

Tomek poddał się karze. Siedzi we Wrocławiu. Do końca wyroku – dostał 12 lat – została połowa. Dzwoni codziennie do matki w Dyniskach i mówi: Jest dobrze. Zobaczysz, jak tak dalej pójdzie, może jeszcze jakim ministrem zostanę!

I faktycznie, jak mówi matka (skończyła ledwie szkołę zawodową, potem porodziła dzieci i została na gospodarce, ale zawsze marzyła, żeby się uczyć), Tomek uciekł do przodu. Wtedy dosłownie, bo wydostał się z auta (nic mu się nie stało, tylko zbita szyba zraniła go w czoło) i pobiegł na koniec wsi, do siostry. – Potem przyszedł do domu. Kiedy pytaliśmy, co się stało, mówił, że nic nie pamięta, nic nie widział. To samo powtarzał policjantom, ale do winy się przyznał i dobrowolnie poddał karze – opowiada.

Ona, mąż i sześcioro pozostałych, dorosłych już dzieci (wykształcenie zawodowe, w większości bez pracy) też wzięli na siebie część tej winy. Początkowo bali się wychodzić z domu, bo w gminie panowała żałoba, a ksiądz – w przerwach między kolejnymi pogrzebami – zorganizował protestacyjny marsz przyjaciół zabitych. Słyszeli, zamknięci w domu, jak idące na odcinku 800 metrów dzieci śpiewają, modlą się i płaczą. Modlili się i oni. A potem zaczęli, na powrót, wychodzić z domu i chodzić do kościoła. Stawali przy drzwiach, chcieli przepraszać rodziny dzieci przejechanych przez Tomka.

Coście winni? Poza tym, już nic nie można zrobić – powiedzieli jedyni, którzy chcieli z nimi rozmawiać. Bezmoc przeszkadzała. Uznali więc, że cierpią za grzechy przodków i przyszłych pokoleń. Wybrali się do Zakładu Karnego w Zamościu, żeby powiedzieć o tym Tomkowi, ale nie chciał rozmawiać. Potem próbował się ciąć i mówił, że wolałby – jak tamci – leżeć martwy przy szosie.

Wreszcie coś się przełamało. Dokładnie: 8 sierpnia 2009 r., cztery miesiące po wypadku w Dyniskach, Tomek dowiedział się, że nie żyje jego starszy brat Paweł. Wracał z Warszawy, z roboty na budowie. Jak potem zeznał kierowca busa, był wypity i awanturował się. Wysadził go więc ok. 100 km za Warszawą i pojechał dalej. Osobowy mercedes, jadący w stronę stolicy, potrącił go, kiedy przechodził z lewej strony jezdni na prawą. Biegli napisali potem, że kierowca „nie miał możliwości uniknięcia potrącenia pieszego”, ponieważ było ciemno, a Paweł, ubrany niekontrastowo, wtargnął na jezdnię. Za kierownicą siedział urzędnik państwowy wracający z Ukrainy do Polski. Spieszył się do domu, ale jechał przepisowo i był trzeźwy. Prokuratura umorzyła śledztwo. Oddaliła zażalenie rodziny. Urzędnik państwowy nigdy nie przyjechał ani nie zadzwonił do Dynisk. Matka nie umie sobie z tym poradzić, ale wieś mówi, że wszystko jest jak trzeba: śmierć za śmierć. Życie za życie.

Tomek, po pogrzebie brata, na który przyszły rodziny ofiar wypadku sprzed sześciu lat, wystąpił o przeniesienie z ZK Zamość do ZK Wrocław. Zdał maturę, studiuje informatykę. Po odbyciu wyroku nie chce wracać do Dynisk.

Imiona ocalonych zostały zmienione.

Polityka 7.2015 (2996) z dnia 10.02.2015; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Pamięć za śmierć"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną