Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Ćwiczenia z rodziną

Ojciec, który walczył, by być matką

Wes Hicks / Unsplash
Przez 13 lat walczył z sądami, żeby – po zmianie płci – mógł jako druga matka zajmować się swoim synem.
Mirosław Gryń/Polityka
Anna GrodzkaMichał Dyjuk/Reporter Anna Grodzka

Podawał mu pierś. Daruś, wtedy kilkutygodniowy, cmokał, ślinił sutek i płakał, więc podtykał mu butlę z mlekiem. Powtarzał sobie: – Dlaczego tego nie mam? Przecież powinienem to mieć! Potem wiózł niemowlę do tygodniowego żłobka, odwiedzał żonę w szpitalu, jechał do roboty, do cukierni. I kiedy po pięciu dniach znowu odbierał dziecko ze żłobka (z kolejnym tygodniem coraz bardziej ciche, słabe i blade), czuł szczęście i miłość. Jak mówi – miłość macierzyńską, bo ojcowskiej, chociaż urodzony jako mężczyzna, nie rozumiał. Podobnie jak innych mężczyzn, od których – mimo że stał z nimi w jednym rzędzie jako ministrant (do 21 roku życia), aktywista wiejskiej organizacji, a potem piekarz – zawsze odstawał. Jeden z nich, kiedy po imprezie w piekarni przyłapał go całującego pijanego kolegę, powiedział: Ożeń się. To cię naprostuje.

Dlatego kiedy na jednej z wiejskich zabaw poznał Anię, pięć lat młodszą, 20-letnią, cierpiącą na epilepsję, powiedział sprzeciwiającym się rodzicom: Mówcie, co chcecie, a ja i tak się z nią ożenię. Lubił ją i była – do czego przyznaje się po latach – kobietą, jaką sam chciał być. Długowłosą, spokojną, ciepłą. Nie sprzeciwiała się, kiedy zgłosił się na radiowy apel samotnej z Poznania (dam mieszkanie za opiekę) i zamieszkali ponad 500 km od rodzinnej wsi. Nie stawiała oporu, gdy prosto ze szpitala, do którego trafiła po ostrym ataku epilepsji, zawiózł ją razem z dzieckiem do Domu Matek z Małymi Dziećmi (w żłobku syn zaczynał mieć początki choroby sierocej). Nie protestowała pewnie i wtedy, kiedy rodzice zabrali ją i niemowlę z ośrodka i – w tajemnicy przed nim – przywieźli z powrotem na wieś.

Spotkanie 1: Daruś ma 1,5 roku

Patrzył na pary ze spacerówkami i myślał: Dlaczego tego nie mam? Po ucieczce żony (pojechał do niej na wieś, ale jej rodzice nie pozwolili na spotkanie) związał się ze starszym gejem, potem ktoś podsunął mu artykuł z Poznaniaka o transseksualizmie. Zgłosił się do autorki, dała numer znanego seksuologa z Warszawy, przeszedł pozytywnie badania i zaczął – jak to nazywa – swoją transformację. Podczas leczenia hormonalnego we Wszystkich Świętych pojechał na wieś. Na grobach (był jeszcze ubrany po męsku) spotkał Anię z Darusiem. Synek miał półtora roku, chodził. Ania, jak zwykle łagodna i ufna, pozwoliła wziąć go na ręce, przytulić. Nie pamięta, jak zachował się synek.

Po powrocie do Poznania zastanawiał się, jakie dziecko w jego wieku może mieć potrzeby. Sąsiadka podpowiedziała, że ubranka i zabawki. Kupował, wysyłał w paczkach. Wcześniej robił spis śpiochów, koszulek i pieluch, odkładał – jako dowód na podtrzymywanie więzi – na potrzeby późniejszych spraw sądowych. Wiedział, że kiedy już zostanie kobietą, przyda się w walce o przyznanie praw macierzyńskich do syna. Napisał do sądu, w którym toczyła się sprawa rozwodowa (z jego wniosku), że zdecydował się na zmianę płci, bo matki częściej niż ojcowie dostają prawa do dziecka. Wszystko na nic. Sąd przyznał dziecko matce, a jemu – jak przypuszcza, z powodu braku tolerancji dla inności – prawa rodzicielskie zawiesił. Odchorował to (nałożyło się parę innych spraw: odejście partnera, problemy ze zdrowiem po operacjach zmiany płci i kuracji hormonalnej), ale nie zamierzał odpuścić. Wiedział, że Ania z niespełna 400 zł renty nie zapewni synowi tego, co on, z dobrym fachem (w Poznaniu zrobił uprawnienia szkoleniowca).

Poza tym jego syn powinien, jak każde dziecko, mieć pełną rodzinę. Dlatego kiedy związał się z Jerzym (dawniej Zofią), wystąpił o przyznanie mu całkowitej władzy rodzicielskiej nad Dariuszem.

Spotkanie 2: Daruś idzie do I Komunii

W aktach sprawy o odwieszenie wykonywania władzy rodzicielskiej większość kartek jest zaklejona (ochrona danych osobowych). Jedna z niewielu czytelnych to zeznanie Ani: „Syn boi się drugiej mamy”; „Strasznie denerwuje się, jak myśli, że ma się spotkać z ojcem. Nie powiedział, dlaczego się boi. Jak zobaczył, że idzie mąż, to uciekał, potem siedział obok mnie i nie reagował”. To było ich drugie, nie licząc czasu tuż po narodzinach, spotkanie. Pamięta je również dlatego, że po raz pierwszy w rodzinnych stronach założył garsonkę, rajstopy, buty na obcasie. Zrobił lekki makijaż. Nie zauważył, żeby syn się go bał. Był nieruchomy, tylko tyle. Podarował mu, takiemu zastygłemu w bezruchu, serduszko na złotym łańcuszku, powiedział: Kocham cię, to ode mnie, od serca. Potem musiał wyjść, bo wpadli z krzykiem rodzice Ani. Pisał potem Darusiowi w listach, że ich rozdzielili. Chcą go zniszczyć. I dodawał: Pisze do ciebie mama, nie tato. Proszę ciebie, abyś nie mylił mnie z tatą. Podpisywał się: „Mama. Pamiętaj, że nie tata”.

Sędzia W., który z ramienia Sądu Rejonowego w H. prowadził sprawę o odwieszenie władzy rodzicielskiej, rozmawiał z ośmioletnim wówczas Darusiem. Wspomina, że był drobny, jasnowłosy, na pytania odpowiadał szeptem. – Bał się, że będzie musiał wyjechać od dziadków, i nie rozumiał, dlaczego nie ma ojca, tylko dwie mamy – wspomina W. – Człowieka, który kazał mu mówić do siebie mamo, traktował jako tatę i nie mógł mu wybaczyć, że inaczej wygląda, inaczej się zachowuje niż ojcowie jego kolegów ze wsi. Współczułem mu. Wiedziałem, że jest ministrantem. Przypomniałem mu: Powtarzasz w kościele „i odpuść nam grzechy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

Mniej więcej wtedy Daruś napisał do ojca jedyny list. „Dziękuję, że do mnie napisałeś. Przyjedź, nikt cię nie wygoni. Mama się nie gniewa, a ja chciałbym cię zobaczyć”. Pisał do taty, a nie mamy. Tata nie przyjechał. Tym bardziej że sąd oddalił jego wniosek o odwieszenie władzy.

Spotkanie 3: Daruś kończy szkołę podstawową

Po sześciu latach starań jego transformacja – nie tylko od strony pierwszoplanowych cech płciowych, ale też prawa – zakończyła się sukcesem. Na nową drogę życia wybrał najbardziej popularne imię żeńskie. I nazwisko, które nosi najwięcej Polaków. – Powinienem być szczęśliwy. Ludzie powinni zaakceptować mnie takim, jaki jestem – tak, w dużym skrócie, powtarzał w kolejnych wywiadach i telewizyjnych tokszołach. W jednym skarżył się na nietolerancyjnych sąsiadów, w kolejnym opowiadał, że w jego przypadku Bóg się pomylił, ale on do niego nie ma żalu. Nie potrafił za to – jak przyznaje – wyzbyć się złości do rodziców Ani. Kiedy usłyszał, że nie żyje (skutek nieszczęśliwego wypadku podczas ataku epilepsji), postanowił wydostać od nich Darusia.

Po śmierci jednego rodzica dziecko powinno być przecież z nim, czyli z matką. Kiedy przy okazji rutynowych działań sądu (wystąpił o przyznanie mu władzy rodzicielskiej i ustalenie miejsca pobytu dziecka w Poznaniu) trzeci raz w życiu spotkali się – pod okiem kuratora – Daruś był chyba w ostatniej klasie podstawówki. Zapamiętał go jako spokojne, wycofane dziecko, ale teraz syn był nerwowy, rozdrażniony. Mówił mniej więcej tak: Nienawidzę cię, gardzę tobą, boję się ciebie. Kurator zwrócił chłopakowi uwagę: Nie powinieneś. Jakby nie było, to jest jednak twój rodzic. Jako matkę ośmieliło go to do skierowania słów do dziecka: Synu, ale ty przyjdziesz jeszcze do mnie. I do kolejnych, wykrzyczanych do sędziego: Wolałbym, aby moje dziecko nie żyło, niż mieszkało z tamtą rodziną, daleko ode mnie. Po latach jest pewien, że miał prawo tak wtedy powiedzieć. Upoważniały go do tego więzy krwi, ale też zraniona miłość do Darusia i wściekłość na sąd, który – po zapoznaniu się z opinią specjalisty, że dziecko jest mu potrzebne do stworzenia spójnego wizerunku kobiety – jego wniosek oddalił. Była szansa, żeby – w towarzystwie psychologa, w Rodzinnym Ośrodku Diagnostycznym – mógł po raz kolejny zobaczyć syna, ale już nie chciał. Nie było sensu. Nie po tym, co mu powiedział.

Spotkanie ostatnie: brak

Dyrektor gimnazjum, do którego chodził Darek, pamięta, że tamtego zimowego dnia wiało, a chłopak ganiał wyletniony, bez czapki. Ubierz się – powiedział. Ale Darek, jak mówią dzieciaki, zgrywał twardziela. Nie tylko wtedy, przed szkołą, ale każdego dnia. Codziennie biegał, a po lekcjach ćwiczył w siłowni urządzonej w stodole dziadka. Walił w worek treningowy, machał hantlami, podnosił ciężary (102 kilo). Żaden dzieciak we wsi nie dźwigał tyle co on. Żaden 16-latek nie miał takiej męskiej rzeźby ciała jak on. Niewielu w jego wieku spotykało się – jak on – z tą jedną, wybraną dziewczyną. – Normalny facet i najlepszy kumpel na świecie – przyznaje przyjaciel z klasy i skrzydłowy drużyny piłkarskiej, w której Darek grał w ataku. – Wszyscy wiedzieli, że ma zboczonego ojca, ale gdyby ktoś mu z tego powodu dokuczał, miałby z nami do czynienia.

Dyrektor gimnazjum przyznaje, że podobną strategię – milczenia i uprzedzania kłopotów – przyjmowali również nauczyciele w jego szkole. Inne klasy na lekcjach z przysposobienia w rodzinie przerabiały homo- czy transseksualizm, ale w klasie Darka ten temat pomijano albo omawiano częściowo. Kiedy do szkoły dzwonił jego ojciec i – jako matka – domagał się wiadomości o jego wynikach w nauce, nikt mu o tym nie wspominał. Chyba również nikt – tego akurat dyrektor nie pamięta – nie rozmawiał z nim na temat śmierci matki czy spraw sądowych wytaczanych przez ojca (również dyrektorowi szkoły, którego oskarżył o złamanie tajemnicy korespondencji: otworzył list do Darka wysłany na adres szkoły). Chłopak wydawał się pogodzony ze wszystkim, co go spotykało.

Dlatego kiedy tamtego wietrznego dnia dyrektor zobaczył go bez czapki, nie przypuszczał, że grozi mu coś gorszego od kataru. A on wieczorem powiesił się w stodole przerobionej na siłownię. Na sznurku, którym wcześniej przytwierdzał do sufitu worek treningowy. Nie zostawił listu. Z nikim wcześniej nie rozmawiał, na nic się nie skarżył. Jego babcia powiedziała potem dyrektorowi: Nie udało nam się go uchronić. Przed czym – dyrektor nie wie, ale on, czyli matka Darusia, nie ma złudzeń. Jego syn nie żyje, bo zniszczyła go wieś (nietolerancyjna i zamknięta na inność) i krótkowzroczność sądów. Gdyby mógł mieszkać z nim, czyli matką, wszystko wyglądałoby inaczej. Czyli: żyliby z jego kolejnym partnerem (jak mówi, prosty człowiek z problemem alkoholowym) w niewielkiej kawalerce w Poznaniu. Gotowałby mu barszcz ukraiński, piekł ciasta, pytał, jak idzie z dziewczynami: jak to matka. A tak bez swojego dziecka zajmuje się dziećmi partnera. Konkretnie: walczy, aby partner nie musiał płacić na nie alimentów i został wykreślony z ich aktu urodzenia. Nie spłodził ich, ale – jak przekonuje i na co wskazują badania DNA – został w nie wrobiony. Pisze w sprawie tych niebiologicznych i niechcianych do ministra sprawiedliwości, Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, kolejnych sądów. I dni jakoś mijają. Życie, w którym był mężczyzną i miał syna, oddala się coraz bardziej, bo po Ani i Darusiu (nie był na ich pogrzebach) zmarli też byli teściowie. Kiedyś myślał, że po ich śmierci mu ulży. Mimo to nie jest szczęśliwy, a przecież – jak każdy człowiek – powinien. I wciąż nie wie: dlaczego?

***

Uciec od sensacji

Elżbieta Turlej: – Opisaliśmy rodzinę z dzieckiem, w której ojciec zmienił płeć. Zabrakło opieki terapeuty, wsparcia psychologa i historia skończyła się tragedią. Czy jest jakiś dobry, sprawdzony sposób na bezbolesne przeprowadzenie rodzin osób transpłciowych w ich nowe życie?
Anna Grodzka: – Nie ma jednego uniwersalnego, ale znam kilka par, którym się to udało. Postawili na coś, co się sprawdza w każdej relacji międzyludzkiej, czyli miłość i empatię. Jedni, młodzi i piękni, zaczynali jako mężczyzna – kobieta. Kochali się, rozumieli, pobrali, urodziło się dziecko. W pewnym momencie on wyznał, że źle się czuje ze swoją płcią. Najpierw wspólnie zaczęli szukać wiadomości o transseksualizmie i trafili do jednej z grup wsparcia – Fundacji Trans-Fuzja. Potem dzielili się obawami – każde ze swojej perspektywy – przed transformacją, wreszcie razem przeszli do nowego życia, w którym on został kobietą, a ona jej partnerką. Po drodze przeszli rozwód, przeprowadzili się do innego miasta, w którym ich córka poszła do szkoły.

Dziecko było świadkiem przemiany ojca w kobietę. Czy to nie jest zbyt duży ciężar?
Dziecko z łatwością wejdzie w nową sytuację rodziny, jeśli jego otoczenie nie zrobi z tego sensacji. Wystarczy niewiele: nie straszyć, nie wikłać w rozgrywki dorosłych, nie unikać odpowiedzi na pytania, pokazać, że mimo zmian wyglądu czy sposobu ubierania się rodzice są razem, kochają się, rozumieją. Córka pary, o której opowiadałam, jeszcze nie wie, na czym polega transseksualizm, ale to nie jest jej potrzebne do budowania relacji z kobietą, która – co na razie jej wystarcza i nie budzi zdziwienia – jest jej drugim, trwającym przy niej rodzicem. Schody mogą się zacząć, kiedy społeczeństwo da jej odczuć, że dwie kobiety, w tym jedna z przeszłością transpłciową, wychowujące dziecko nie pasują do jedynie słusznej i przyjętej normy. Wtedy mogą się zacząć pretensje, żal, niechęć. Ale to od mądrości i dojrzałości dorosłych zależy, w którą stronę pójdzie ten – zrozumiały i dopuszczalny – bunt dziecka. Czasem dla jego dobra warto nawet zamrozić relację do momentu, w którym dojrzeje na tyle, aby zrozumieć i przyjąć trudne motywacje rodzica.

W swojej biografii „Mam na imię Ania” przyznaje pani, że została zdiagnozowana jako osoba transseksualna już jako 23-latka. Korekta płci już wtedy była możliwa, ale żona nie zgadzała się na taką zmianę. Zmiana płci oznaczała utratę rodziny. Dokonała pani – najlepszego w tamtym momencie dla siebie i trzyletniego syna – wyboru.
Czyli powstrzymałam transformację. Jak się okazało, na kolejne 20 lat. Zobiłam to, jak większość osób transseksualnych, które nie decydują się na coming out z lęku przed odrzuceniem i stratą, z powodu miłości, ale przez cały ten czas cierpiałam i – nawet kochając i będąc kochaną, także przez własne dziecko – nie czułam się do końca obecna w tamtej relacji. Podobnie było z innymi, pozornie bliskimi związkami z innymi ludźmi. Wtedy wierzyłam w kompromis między tym, co czuję, a tym, jak jestem odbierana, ale dziś wiem, że nie można stworzyć autentycznej relacji bez prawdy, żyjąc w ciągłym rozdarciu, ukrywając się, udając. Płeć to sprawa społeczna i może się spełniać tylko wśród ludzi. Bolesne operacje, którym poddają się osoby transseksualne, nie stwarzają ich istotami płciowymi, ale stawiają po odpowiedniej stronie, ułatwiają nawiązanie relacji konstruujących ich męskość czy żeńskość.

Ale te relacje trzeba chyba budować ostrożnie, pomału, dając ludziom czas na oswojenie się ze zmianą. W biografii opisuje pani pierwsze spotkanie z matką. Odnalazła ją pani w momencie przemiany, ale przez kilka miesięcy – już będąc Anią – przyjeżdżała do niej w męskich ubraniach. Jako Krzysztof.
To był błąd. Naszą relację budowałam w złą stronę. Mama przyzwyczajała się do syna, tymczasem ja nawet fizycznie stawałam się jej córką. Początkowo tłumaczyłam sobie, że okłamując ją, robię to dla jej dobra, ale w pewnym momencie zaczęło mi to ciążyć tak bardzo, że myślałam o zupełnym wycofaniu się z jej życia. Na szczęście siostra – jak wtedy to odbierałam – zdradziła mnie, czyli opowiedziała mamie o tym, że jestem osobą transpłciową. Bałam się, że mama, kobieta po siedemdziesiątce, pochodząca z małej miejscowości na Podlasiu, zachowa się stereotypowo, czyli odrzuci mnie jako odmieńca. Stało się inaczej. Spotkałyśmy się w Ciechocinku, gdzie mama wyjechała do sanatorium. Cały dzień chodziłyśmy po parku zdrojowym, wyjaśniałam jej, jak to się dzieje, że niektórzy ludzie mają tożsamość płciową odmienną od cielesnej, opowiadałam o swojej niezgodzie na przypisaną mi płeć i zakładanej przeze mnie i przyjaciół Fundacji Trans-Fuzja. Na zakończenie mama, która wcześniej powiedziała, żebym przyjechała do niej jako Krzysztof, zapytała: To kiedy następnym razem do mnie przyjedziesz Aniu?

Miała pani szczęście.
Mama, nowo poznane siostry i syn przeszli ze mną do nowego życia. Ale żona i wielu przyjaciół, którzy nie zaakceptowali mojej zmiany, zostali po tamtej stronie. Żonę rozumiem doskonale. A co do przyjaciół…? Do niektórych miałam żal, ale też ich rozumiem. Nie mogę wymagać, żeby przeskakiwali siebie, swoje lęki, uprzedzenia czy czasem zwykłe wygodnictwo. Rozumiem też transseksualistów, którzy po przemianie natychmiast chcą, aby otoczenie zobaczyło w nich to, o czym oni wiedzą od zawsze. Ale tu pośpiech niczemu dobremu nie służy. Tym bardziej jeśli polecenia płyną tylko z jednej strony, na przykład od ojca wymagającego od syna, aby nagle zaczął traktować go jak matkę.

Pani dorosły syn zwraca się do pani „mamo”?
Ależ po co?! Przecież on ma już swoją matkę, którą kocha. Ja jestem jego rodzicem niezależnie od tego, czy go spłodziłam, czy urodziłam. Ta relacja jest ponad płcią, dotyczy tego, co stało się i dzieje między nami jako ludźmi.

Wspomniałyśmy o – płynącym z niezgody na płeć – lęku przed nieobecnością w relacji z synem. W biografii przytacza pani jego list.
Nigdy nie widział mnie jako kobiety. Któregoś dnia – miał 23 lata, a ja byłam już po transformacji – wysłałam mu mailem kilka swoich zdjęć, na których byłam Anią. Bałam się jego relacji, a on odpisał: „Wyglądasz może nie atrakcyjnie, może nie pięknie. Ale naturalnie. Bo to Ty. A mnie się najbardziej podobasz, kiedy jesteś sobą (…). Wcale nie uważam, że może Cię nigdy nie było przez to, jaka jesteś. Uważam, wiem, jestem pewien, że właśnie to, jaka jesteś, pozwoliło Ci być kimś więcej niż wszyscy dookoła”.

Polityka 13.2015 (3002) z dnia 24.03.2015; Społeczeństwo; s. 29
Oryginalny tytuł tekstu: "Ćwiczenia z rodziną"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną