Gorzkie życie polskich akademików

Profesor doktor zdegradowany
Ani uniwersytet, ani profesor nie znaczy już tak wiele jak kiedyś, a frustracja i rozczarowanie wypełniają dziś mury uczelni.
Skończyły się już czasy, gdy większość profesorów miała dwa etaty, a doktorzy setki dobrze płatnych nadgodzin.
PantherMedia

Skończyły się już czasy, gdy większość profesorów miała dwa etaty, a doktorzy setki dobrze płatnych nadgodzin.

Nadal trudno jest wyrzucić z uniwersytetu kogoś ze starej kadry, lecz za to nowo zatrudnieni mają dziś etaty nader niestabilne i prowizoryczne.
Wojciech Pacewicz/PAP

Nadal trudno jest wyrzucić z uniwersytetu kogoś ze starej kadry, lecz za to nowo zatrudnieni mają dziś etaty nader niestabilne i prowizoryczne.

Społeczna i polityczna rola uniwersytetów zupełnie się zmieniła.
Andrzej Sidor/Forum

Społeczna i polityczna rola uniwersytetów zupełnie się zmieniła.

Wychowałem się w kulcie uniwersytetu. Mając ojca profesora, od dziecka uważałem, że uniwersytet jest najszlachetniejszym miejscem na świecie i ani przez chwilę nie myślałem, że mógłbym w przyszłości zostać kimkolwiek innym niż profesorem. To pewnie częste u profesorskich jedynaków, choć może już nie tych, którzy wchodzą w życie właśnie teraz, gdy kariera akademicka szybko i zdecydowanie traci na atrakcyjności. Nutę żalu za dawnymi czasami nobliwych i wielbionych profesorów wyczuwam w sakramentalnym „kto ci dał tytuł profesora?”, którym każdego dnia obdarzają mnie polityczni polemiści.

Psucie profesury

Otóż na pamiątkę cesarskich uniwersytetów Prus, Rosji i Austrii profesorów mianuje najwyższa władza, czyli prezydent, z kontrasygnatą premiera. Niestety, w 1991 r. niemalże zlikwidowano stanowisko docenta i prawie wszyscy posiadacze habilitacji stali się w krótkim czasie profesorami nadzwyczajnymi swoich uczelni. W ciągu paru lat Polska zaludniła się tłumem osób, do których zwracano się „panie profesorze”, „pani profesor”. Większość ludzi nie ma w tym rozeznania – nie wie, co to tytuł profesorski, a co stanowisko – i dlatego „profesor” znaczy już w odbiorze społecznym niewiele.

Nowe prawo o szkolnictwie wyższym jeszcze pogorszyło sprawę, bo w ciągu ostatnich dwóch lat wezbrała ogromna fala przedwczesnych lub w ogóle lipnych wniosków o nadanie tytułu profesora, jako że setki doktorów habilitowanych pragnęły zdobyć tytuł jeszcze w „starym trybie”. Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów (CK), zajmująca się awansami naukowymi, nie jest w stanie wytrzymać tego naporu i przepuszcza wiele bardzo słabych wniosków. Skutki tej tzw. górki profesorskiej będą niszczyć uniwersytety przez całe dekady. Można było tego uniknąć, gdyby CK została zawczasu właściwie wyposażona kadrowo i materialnie. Nie stało się tak, bo cały resort nauki jest z punktu widzenia wszechwładnych premierów III RP mały i marginalny, a w hierarchii centralnych urzędów CK zajmuje bodajże ostatnie miejsce. Tymczasem jedna pochopnie i lekkomyślnie przeprowadzona habilitacja lub profesura może kosztować państwo miliony wydane w ciągu następnych lat na bezużyteczne etaty i badania.

Za komuny niezawodnym źródłem miernoty była na uniwersytecie polityka. Partia panoszyła się na uczelniach i zatruwała życie naukowe, między innymi właśnie promując osoby niekompetentne, lecz ideologicznie pewne, a jednocześnie represjonując wszelki element ideologicznie obcy bądź tylko podejrzany. Do dziś spotyka się jeszcze okazy profesorów z partyjnego nadania. Tacy ludzie z zasady pociągają za sobą całe zastępy podobnych sobie. Dlatego uniwersytety w znacznym stopniu zamulone są przez złe kadry, z polityczno-kumoterskich układów, które bynajmniej nie przestały istnieć razem z PRL. Zmienił się tylko ideologiczny wektor. Liczne wydziały humanistyczne i wydziały nauk społecznych stały się wręcz bastionami politycznego radykalizmu, a inkorporacja uczelni kościelnych w struktury niektórych uniwersytetów nadała im niezatarte klerykalne piętno. Niewiele już na to wszystko poradzimy, bo kto raz znalazł pracę na uniwersytecie, ten może zostać tam do emerytury.

Tak przynajmniej było do niedawna. Nadal trudno jest wyrzucić z uniwersytetu kogoś ze starej kadry, lecz za to nowo zatrudnieni mają dziś etaty nader niestabilne i prowizoryczne. Nic dziwnego, że czują się sfrustrowani. Po doktoracie mogą dostać pracę na kilkuletnim kontrakcie, zresztą niskopłatną. Coraz częściej zatrudnienie uzależnione jest od grantów, czyli dotacji rządowych na konkretne badania naukowe, a to oznacza dwa, trzy lata pracy i konieczność szukania kolejnego kontraktu. Kto nie będzie miał dobrych kontaktów z prominentnymi profesorami albo szczęścia i umiejętności, by samodzielnie przebrnąć przez grantową biurokrację i selekcyjne sito, może zostać z niczym albo ze skromną pensją asystenta czy adiunkta, wypłacaną do końca kilkuletniej umowy. Jej przedłużenie będzie zależeć od tego, czy zdąży się wyhabilitować (a bez grantów staje się to coraz trudniejsze) oraz od zapotrzebowania dydaktycznego.

A przecież z powodu niżu demograficznego i nadmiernej podaży „usług edukacyjnych” na prawie każdej uczelni studentów jest coraz mniej i trzeba będzie poczekać jeszcze z 10 lat, aż wnuki powojennego wyżu zapukają do naszych bram. Skończyły się już czasy, gdy większość profesorów miała dwa etaty, a doktorzy setki dobrze płatnych nadgodzin. Tym samym odcięte zostało główne źródło naszych dodatkowych dochodów, a drastyczne ograniczenie możliwości korzystania przez wykładowców z dobrodziejstwa 50-proc. kosztów uzyskania przychodów jeszcze pogorszyło naszą sytuację finansową. Przeciętnie biorąc, profesor zarabia dziś znacznie mniej niż pięć albo 10 lat temu, a za to zdolni i obrotni doktoranci i doktorzy, zatrudnieni w grantach i otrzymujący rozmaite stypendia, nierzadko są uposażeni lepiej od swoich starszych kolegów.

Generalnie, ci bardziej aktywni i pracowici naukowcy zarabiają ok. 100 tys. zł rocznie na rękę, przy czym znaczna część tych dochodów pochodzi z zagranicy, z różnych staży i stypendiów. Rzecz jasna, lekarz, prawnik czy ekonomista zarabia więcej, a filolog czy historyk mniej. Jednakże czasy, gdy przeciętny profesor był mieszczaninem dysponującym dużym mieszkaniem z piękną biblioteką, skończyły się bezpowrotnie. Przeciętny profesor mieszka w bloku i spłaca kredyt – jak wszyscy. Ani sam nie czuje się członkiem elity, ani inni go za takiego nie uważają. Ba, z roku na rok, w miarę jak stosunki na wyższych uczelniach, przynajmniej tak jak widzą je masowi „interesariusze”, czyli studenci, upodabniają się do stosunków panujących w szkolnictwie powszechnym: coraz więcej ludzi traktuje wykładowców akademickich jak zwykłych nauczycieli. I bodajże mają w tym wiele racji. Demokratyzacja życia przyniosła wszak i taki skutek, że kadry uczelniane nie rekrutują się już ze sfer inteligenckich, gdzie słowo pisane wysysało się z mlekiem matki, lecz ze wszystkich warstw społecznych. Bynajmniej nie każdy profesor chadza do filharmonii i czyta poważne czasopisma, a za to znaczna większość kulturalnych elit Polski nie ma żadnej styczności ze światem akademickim.

Neofeudalizm czy pseudonowoczesność?

Społeczna i polityczna rola uniwersytetów zupełnie się zmieniła. W mniejszym stopniu są dziś one ostoją elit, a coraz bardziej stają się urzędami wydającymi dyplomy i uprawnienia zawodowe oraz przechowalnią dla mas młodzieży odsuwającej o parę lat zderzenie z życiem. Społeczna rola studiów, która w pierwszym rzędzie polega na definiowaniu statusu młodych niepracujących dorosłych, wpływa na treść i jakość kursów akademickich. Uczelnie najczęściej całkowicie ulegają naporowi niechętnej i niezdolnej do nauki masy, dopasowując realne wymagania do możliwości i motywacji osób o poziomie umysłowym i etycznym nieco poniżej przeciętnej. Wynika to z prostego faktu, że studiuje połowa młodzieży, którą prawie w całości trzeba wypromować. Tym samym owi „nieco poniżej przeciętnej” są jak najbardziej w szeregach studentów obecni i pożądani.

Równanie w dół i dopasowywanie wymagań do realiów, a w tym również przymykanie oka na plagiaty, zamawianie prac pisemnych i ściąganie na egzaminach na większości uczelni i kierunków stało się koniecznością. Dawno już skapitulowaliśmy pod tym względem i nie zmieni tego iście bizantyjski system Krajowych Ram Kwalifikacji (KRK), polegający głównie na uszczegółowieniu programów studiów, które mają być podporządkowane konkretnym kompetencjom i umiejętnościom, przystającym do mitycznych „potrzeb rynku pracy”, w ramach równie mitycznego „systemu bolońskiego”. System KRK nie działa, bo odruchowo jest traktowany jako biurokratyczna mitręga i fikcja – tak jak wszystko, co idzie „w teren” z Warszawy, w każdym resorcie. Polacy nie lubią swojego państwa i swoich ministerstw – w nauce nie jest inaczej.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną