Wojna domowa w cieniu filmowej Legendy

Popiół
Żona i Syn przez pół wieku żyli w cieniu Legendy. Teraz spotykają się w sądzie, podczas sprawy karnej o znęcanie.
Chłopcy z jego pokolenia szybko wyprowadzali się z domów, ale Syn wciąż stał w miejscu.
Mirosław Gryń/Polityka

Chłopcy z jego pokolenia szybko wyprowadzali się z domów, ale Syn wciąż stał w miejscu.

Bili się, krzyczeli, niszczyli meble. Wzywała policję, rozdzielali walczących, wystawiali rzeczy kobiety za drzwi, ale następnego dnia i nocy było tak samo.
Mirosław Gryń/Polityka

Bili się, krzyczeli, niszczyli meble. Wzywała policję, rozdzielali walczących, wystawiali rzeczy kobiety za drzwi, ale następnego dnia i nocy było tak samo.

Mówił Żonie, że jest odpowiedzialny za Kieleckie i Rzeszowskie, ale o nią nie potrafił zadbać. Syn go drażnił. Nie wiedział, co z nim robić. Denerwował się, kiedy go budził, chciał się bawić. Nie rozumiał, na czym miałyby polegać wspólne wakacje i niedziele. Uciekał przed obojgiem w Polskę i nigdy, z wyjątkiem planów filmowych, nie wiedziała, gdzie i z kim jest. Kiedy umarł jego ojciec, trzeba go było szukać przez radio. Kiedy potrzebowała pieniędzy albo pomocy przy chorym dziecku, musiała liczyć na siebie. – Najpierw walczyłam. Potem przywykłam do jego nieobecności, powrotów nad ranem, tłumaczeń, że musi się napić z każdym, kto go o to prosi, bo nie chce się wywyższać – mówi. Czy Syn się przyzwyczaił, nie wie. Nigdy – mówi – nie wymagała od niego czułości i zwierzeń. Nawet nie umiałaby. Nie po wojennym dzieciństwie naznaczonym tragiczną śmiercią półrocznego brata i chorobą matki.

Telefon, że mąż wpadł pod pociąg, zmienił niewiele. Ot, miało go nie być nieodwołalnie. Syn za trzy tygodnie kończył 7 lat. Nie zabrała go na pogrzeb, i dobrze, bo tłum wielbicieli mógłby go stratować. Nie wie, czy płakał i tęsknił. Nigdy razem nie poszli na grób (syn zapali ojcu świeczkę jako dorosły człowiek). – Nie było czasu – mówi Żona. – Musiałam zarabiać na dom, bo renta po ojcu, już wtedy Legendzie, wystarczała na drobne wydatki. Pracowałam w Spółdzielni Plastyków Wzór: szyłam zasłony i sukienki z płótna. Projektowałam sztandary.

Do widzenia, do jutra

Syn nie pasował do Legendy. Niechętnie się uczył, a wszyscy oczekiwali, że – dzięki genom geniusza ekranu – będzie orłem. Dziś mówi: – Nikt nie interesował się mną jako dzieckiem. W ciągłym ruchu, nie mógł się na niczym skupić, robił dwie rzeczy równocześnie. – Kiedyś taksówkarz zapytał go, czy nie jest przypadkiem Synem Tego Ojca. Zaprzeczył – wspomina Żona. – Potem kilka razy złapałam go na podawaniu innego nazwiska.

Diagnoza psychologa szkolnego miała być odpowiedzią na wszystko: Syn jest tzw. trudnym dzieckiem. Sama sobie z nim nie poradzi, powinna oddać go do specjalistycznej szkoły z internatem. Zgodziła się. Miał wtedy 9 lat. Odwiedzała go raz na miesiąc, czasem rzadziej. – Wydawał się zadowolony z odwiedzin. Miałam wrażenie, że dobrze mu tam. Chyba miał kolegów – przypuszcza.

Po roku wrócił do domu (dziś mówi: – Już wiedziałem, że nie mogę na nią liczyć). Był wyraźnie łatwiejszy, robił to, czego od niego oczekiwano. Przechodził z klasy do klasy, dostał się nawet do liceum. Może – jak mówi Żona – pomógł mu w tym jej kolega. Nigdy nie mówiła o nim partner ani narzeczony, nigdy nie pojawiło się słowo o ślubie. Więc dzięki Koledze życie z Legendą stało się znośniejsze. Bo ludzie wciąż tej Legendy szukali w jej domu: od wynajdywania w Synu podobieństw do „tego aktora” po włamania. Raz, kiedy byli na wakacjach, ktoś nie ruszył leżących na stole pieniędzy, ale wyrzucił z szuflad każdy papierek, każde zdjęcie. I do dziś nie wiadomo, czego szukał i co wtedy zginęło. – Gdyby nie kolega, zniosłabym to o wiele gorzej – przyznaje Żona. Mieszkali razem aż do wybuchu stanu wojennego. Wtedy Kolega, który nie miał koniecznego wówczas zameldowania w stolicy, musiał wrócić na Pomorze. Pożegnali się zwyczajnie: Do widzenia, do jutra. Miał dzwonić, pisać, ale zamilkł. Nie przyznał się, choć już wtedy wiedział, że umiera na raka.Nie byli na pogrzebie, w stanie wojennym trudno się podróżowało. – Poza tym Syn powiedział, że go nienawidzi – wspomina Żona. – A przecież mieli swoje tajemnice. Kolega zaraził go pasją do staroci. Do dziś w naszym mieszkaniu wisi jego kolekcja starych kluczy.

Pokolenie

Chłopcy z jego pokolenia szybko wyprowadzali się z domów, ale Syn wciąż stał w miejscu (precyzyjnie: obok). Oni wyjeżdżali za granicę, pracowali na przyszłe biznesy, on został cykliniarzem parkieciarzem z dochodem poniżej średniej krajowej. Oni zakładali rodziny, on do swojego kilkumetrowego, chłopięcego pokoju z czarną meblościanką i starym magnetofonem sprowadzał kolejne kobiety. – Wszystkie jakby połamane, z defektem – opisuje Żona. – Rozwiedzione, tęskniące za dziećmi, które wychowywali obcy ludzie, bulimiczki albo nieszczęśliwe narzeczone, które decydowały się na życie z Synem w trójkącie.

Jedne dorzucały się do czynszu i jedzenia, inne nie (syn: wypłoszyła wszystkie). Kiedy było ciężko, a Syn nie miał roboty (rentę po ojcu dostawał do 18 roku życia), sprzedała sportowe volvo – jedyną radość, jaką, za zagraniczne honorarium, sprawił jej mąż. Kiedy nie mogła znieść znajomych Syna (który przyznaje: impreza była najważniejsza), wyjeżdżała z Warszawy. Wtedy mogła sobie pozwolić. Była na emeryturze, poza tym wpadały jakieś pieniądze z tantiem. Spływały przez nieomal całe lata 70., przyschły w latach 80., wezbrały po 1989, kiedy film, który stworzył Legendę, po raz kolejny został uznany za arcydzieło, a on za aktora wszech czasów.

Żona przyzwyczaiła się, że wraz z kolejnym odgrzaniem arcydzieła na ich adres (niezmienny od czasów, kiedy mieszkała z Legendą) płyną zaproszenia na festiwale filmowe, konferencje, premiery książek o Legendzie: „wiecznym dziecku polskim”, „upadłym narodowym świętym”, „słowiańskim Jamesie Deanie”. Przywykła też, że kolejne pokolenia buntowników zakładają czarne okulary, zielone kurtki wojskowe, buty z grubą podeszwą.

Syn programowo płynął pod prąd: kiedy wszyscy wbijali się w uniform młodego akowca, on farbował, zapuszczał albo golił włosy, przekłuwał uszy. Odrzucał zaproszenia na imprezy ku czci, odsłonięcia tablic, nadania imienia, cyfrowego szlifu czarno-białych dramatów obyczajowych. Oboje, co akurat ich łączyło, uważali, że Legenda był najlepszy w komediach.

Salto

Kilka lat temu – co Żona zauważyła z niepokojem – Syn zaczął się zachowywać co najmniej dziwnie. Jakby robił salto w przeszłość. Pojechał z jej bratem na grób ojca. Przyjął zaproszenie na festiwal imienia Legendy. Wręczył nagrodę dla kolejnego, młodego, dobrze zapowiadającego się aktora. Udzielił kilku wywiadów, w których przyznał, że jest taki sam jak ojciec. – Wreszcie ktoś się mną zainteresował – mówi dziś. – Matka nie mogła tego znieść. Do tej pory to ona była na świeczniku jako wdowa. Teraz pojawiłem się ja, osierocony syn.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną