Społeczeństwo

Taka kolej rzeczy

Walczyła o bezpieczny przejazd kolejowy, straciła na nim dzieci

Feralny przejazd kolejowy w Pniewitem. W głębi, po prawej, dom państwa O. Feralny przejazd kolejowy w Pniewitem. W głębi, po prawej, dom państwa O. Wojtek Szabelski / freepress.pl
Musi zginąć ze dwoje ludzi – mówiła – żeby wzięli się za ten przejazd. Zginęli kilka dni później. Dwójka jej dzieci.
Tory niknące za zakrętem, wysoki nasyp, droga ukośnie dochodząca do przejazdu. W chwili wypadku nasyp był zarośnięty wysoką trawą, dodatkowo ograniczającą widoczność.Wojtek Szabelski/freepress.pl Tory niknące za zakrętem, wysoki nasyp, droga ukośnie dochodząca do przejazdu. W chwili wypadku nasyp był zarośnięty wysoką trawą, dodatkowo ograniczającą widoczność.

Te słowa Kamila O. wypowiedziała na wiejskim boisku w Pniewitem. Była niedziela. Co słychać? – zagadnęły sąsiadki. Wzrok miała jakiś nieswój. Byłoby bardzo dobrze, mówiła, gdyby nie ten niestrzeżony przejazd, sprawiający wrażenie, że dybie na ludzkie życie.

Odkąd pobudowali z mężem ładny biały domek, ozdobiony oknami w mahoniowych ramach, stylizowanymi na dworskie, z widokiem na ów przejazd, ten jakby Kamilę osaczył. Niestrzeżona śmierć – kasandryczyła – przyjdzie prędzej czy później. Jej i mężowi spowszedniał już ten egzystencjalny hazard, gdyż od lat uprawiają go kilkanaście razy dziennie, krzyżując się z torami przymusowo. Ona uchodzi z życiem zmuszona dojechać do pracy na bankowym stanowisku, po chleb, coś do chleba, on doglądać pól i rodzinnej firmy po drugiej stronie szyn. Pal licho ona i on, mają po 31 lat, można powiedzieć, że się nażyli.

Jej niepokój nasilił się, gdy Mateusz i Zosia weszli w wiek przedszkolno-szkolny, już musowo ryzykujący z przejazdem. Kamila O., matka – mówiła sąsiadkom – powzięła kroki, by oszczędzić choć te dzieci, śląc do kolei pisemne prośby o sygnalizację świetlną.

Zatem byłoby u niej bardzo dobrze, gdyby nie odpowiedź odmowna. Wtedy sąsiadki usłyszały te słowa o koniecznych ofiarach. Przynajmniej dwóch.

Statystycznie nieważni

Od roku we wsi obserwowało się kolejowe zmiany na lepsze. Szykowano trakcję pod unijne prędkości nowej generacji, mające uwieść pasażerów ceniących czas. W tym celu najpierw wymieniono nawierzchnię, podwyższając szyny nowiutkim kamieniem. Ciężarówki wywoziły stary gruz, choć gmina słała prośby, czy – w trosce o życie mieszkańców – może ten stary odkupić? Gospodarze sami podsypaliby drogi, zmienili strome profile podjazdów, czyniąc nowoczesny przejazd bardziej widocznym. Niestety, kamień już sprzedano.

Bolała ludzi taka kolej rzeczy: właśnie puszczano japońskie prędkości w nieprzystosowane do nich wiejskie kartofliska.

Z końcem 2014 r. po zmodernizowanej trakcji pociągi rozpędziły się do setki. Uchodzenie z życiem na starych warunkach, przy szybkościach 40 km/h, było względnie łatwe. Z sąsiedzką pomocą przepychano z przejazdu last minute klekocące maszyny wolnobieżne typu kombajny, zasapane traktory z ładunkiem, którym na stromym podjeździe urywały się koła, traktory gasnące albo łamiące się wpół pod ciężarem buraków. Uratowani rolnicy wychodzili z pojazdów bladzi, niejeden rekompensował się Panu Bogu rozrzutniejszą tacą, ale udawało się czmychnąć. Obecnie to niemożliwe.

Pomijając szybkościowe zmiany, w grę o życie weszła – mająca uwieść pasażerów – cisza. Wcześniej pociągi sapiące na starych warunkach uprzedzały o sobie brzęczącymi szybami w oknach gospodarstw. Teraz zaczęły mknąć bezszelestnie po ładnych, równych, szlifowanych szynach, a mieszkańcy ryzykować z nimi w poczuciu totalnej loterii: uda się lub nie. Życie stanęło przed oczami nawet pielęgniarce jadącej z zastrzykiem do śp. dzieci Kamili O.

Niechby choć zniwelowali skarpy zasłaniające wijące się tory. Sołtys, choć rolnik, nie modernizator, antycypował nieszczęście. W marcu, gdy pociągi wpadły już w prędkościową rutynę, serdecznie prosił kolej o ocalenie mieszkańców sygnalizacją świetlną. Wyczekiwał listonosza, ale zignorowano sołtysa. Na ten słupek ze światłem wieś chciała nawet zrzucić się ze swojego, kosztowałby ze trzy tysiące. Ale to przecież teren kolei, nie mogli inwestować w jej prywatność. Mój Boże kochany – łamią się głosy najstarszych – czy Unia wie, jaki dofinansowała komfort? W Pniewitem są pewni, że nie wie, inaczej zażądałaby zwrotu kosztów.

Radykalniejsze od sołtysowych kroki podjęła w maju Kamila O., obarczona największym ryzykiem z racji braku alternatywy ominięcia zbudowanych na kartoflisku szyn nowej generacji. Ponowiła zażalenie, dołączając kilkanaście podpisów osobiście zebranych w Pniewitem. Przyszła korespondencja odmowna. Otóż (z korespondencji): obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa obliguje kolej do tego, by w pierwszej kolejności instalować urządzenia na przejazdach o największym natężeniu ruchu.

Zatem – odebrano w Pniewitem – za mało jest we wsi ludzi krzyżujących się z tym bezpańskim przejazdem, by uznać go za niebezpieczny, a ich za statystycznie ważnych. Mówiąc po gospodarsku: nie opłaci się. Skoro ryzykuje tak niewielu.

Nawet za Niemca – kolej nowej generacji ubodła zwłaszcza najstarszych – bardziej dbano o tutejszego człowieka. Niemiec okupował, ale przynajmniej porobił szlabany. Jeszcze z początkiem lat 90. mogli zaalarmować postawionych gdzieniegdzie dróżników: Słuchaj, zatrzymaj pociąg, bo tam traktor się rozklekotał! Teraz – w opinii najstarszych – pomieszały się na świecie komfortowe pryncypia. Bo porobili sobie – tłumaczą im młodsi – spółki i spółeczki, a nad nimi prezesików, którzy wzięli piękną kasę za zrealizowaną durną inwestycję i pojechali na wakacje. Młodsi, śledzący w Pniewitem niedawne wyścigi kolarskie, pokazywali ojcom w telewizorach Włochy. Tam mają, zobacz tato, nawet tunele dla żab.

Aż spełniła się Kamilowa przepowiednia.

Pokonani synchronią czynników

Pięknie wstawały – Filip O., ojciec, wspominał dzieci w telewizjach. Tak rześko. Już od otwarcia powiek gotowe do życia. Pasjonaci wycieczek. Trzeciego czerwca jechali na nadmorski długi weekend. Zanim wskoczyły w swoje foteliki na tylnym siedzeniu, pomachały sąsiadowi na pożegnanie. Do autostrady było 5 km.

Ale jeszcze wcześniej dobrze popadał deszcz i wokół torów mocno podskoczyła trawa. Źdźbła sięgały już 1,2 m. Żeby zwiększyć prawdopodobieństwo ujścia z życiem, Filip O. i bracia z fryzjerską precyzją kosili skarpy wokół przejazdu. Tej wiosny tego zaniedbał. To jest jednak długi odcinek, przyszły obowiązki rolno-firmowe. Ile można kogoś wyręczać?

Tego dnia pogoda była trudna. Nastąpiła synchronia czynników. Nie dość, że wysokie źdźbła, to wiatr i popołudniowe słońce oślepiające horyzont.

Równo o 15.40 Kamila volkswagenem sharan podjechała pod przejazd stromą żwirówką. Filip już kilka razy podnosił na niej grunt, podsypując czym miał, ziemią, gruzem, kruszywem, żeby ubić choć dwa metry, równając do poziomu szyn i nie wyjeżdżać pod pociąg znienacka. Deszcz spłukiwał podest, a jego irytowało bycie kolejowym Syzyfem.

Z lewej strony tory wiły się łukiem, a nasyp, chaszcze i słońce przysłaniały widoczność. Ona minęła znak stop i krzyż św. Andrzeja. Jak zawsze. Z tamtego miejsca nie miała prawa niczego zobaczyć. By upewnić się, że jest pusto, trzeba było podjechać wyżej i przystanąć przy samej krawędzi szyn. Jak zawsze. Oboje spojrzeli w lewo. Ruszyła.

Potem po zmodernizowanej trakcji rozsypały się rowerki, plecaczki. I dzieci. Nie było ich słychać. Filip siedział na torach, 200 m od domu, podpierając głowę na łokciach. Z kokonu sprasowanej karoserii dobiegał słabiutki głos Kamili. On tylko złamany obojczyk. Ona: rozłupana śledziona, kręgosłup i głowa, od uduszenia w blasze dzieliły ją minuty.

Szynobus, nadziewając na zderzak tylne drzwi na wysokości dziecięcych fotelików, odmienił koleje losu O.

Następnego dnia pedantycznie ostrzyżono trawę na poboczach torowiska, robiąc z Pniewitego prawie Las Vegas. Od tamtej pory dziewięć okolicznych przejazdów, w tym cztery niestrzeżone, wizytuje kolejowy samochód z logo na bocznej szybie: Stop, bezpieczny przejazd. Wkopany w żwir znak ograniczenia do starych prędkości ma obowiązywać na czas zakończenia komisyjnych analiz, eksperckich opinii, pomiarów. Zanim w śledztwie podrzucą komuś obiektywne dowody winy za dwa życia.

Od tamtego dnia pociągi przed tym i innymi przejazdami w tej okolicy trąbią okrutnie, ignorując dopiero co zmodernizowaną ciszę. (Dlaczego nie trąbiły wcześniej?). W ładnym białym domku, 200 m dalej w dół stromej żwirówki, 20 razy na dobę ten tembr przeszywa Kamilę O. Obecnie oskarżoną.

Jeszcze nie wygoiła ran, kiedy do oceny winy kierującej poczuła się Prokuratura Rejonowa w Chełmnie. Prokuratura zarzuca zderzającej się z koleją Kamili O. spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Nie wyklucza własnych eksperymentów procesowych z drobiazgowym wykorzystaniem tej samej co tamtego dnia synchronii czynników. Być może Filipowi O. zabiorą cudem wyszarpaną od śmierci żonę na 6 miesięcy do 8 lat. Jak to – mówił w telewizorach – jeszcze karać już ukaranych?

Czuwająca nad sprawiedliwością prokuratura musiała widzieć w telewizji dziecięce pokoiki chłopca i dziewczynki. U niego rozrzucone wojskowe zabawki. Ona bałaganiara, preferująca kolor landrynkowy. Na pokojowych framugach 26 maja zaznaczone ostatnie pionowe kreski. On wysoki jak na lat siedem, ona drobniutko trzyletnia. Czy prokuratorzy wzywający ją w charakterze podejrzanej widzieli zdjęcia w tabloidach, jak ona z głową w turbanie z bandaży idzie na wózku w pogrzebowym kondukcie, odprowadzając swoje dzieci na cmentarz w Lisewie? Za nią dyskretnie szedł lekarz, była na przepustce.

Jedynie, za co obwinia się – mówił w telewizjach Filip O. – to czas. Gdyby wzięli pod uwagę wędrówkę słońca. W czerwcu zawsze oślepia to miejsce po godzinie 15.

Przygnieceni machiną

Przed domem zostały osierocone rekwizyty. Obrósł trawą park linowy. Huśtawka i siatka do gry w piłkę rzucone na miniboisku. Mieli rozciągać ją po powrocie z długiego weekendu. On grałby z dziećmi, a ona pełłaby ogródek. Naprawdę byli szczęśliwi. Ona w poniedziałek miała objąć w banku stanowisko kierownicze.

Teraz zamknęła się w sobie, nie podchodzi do okna z widokiem. On codziennie na przejeździe krzyżuje się ze wspomnieniami. Jeszcze do niedawna był podświetlony smugą zniczy. Przyjeżdżali je zapalić ludzie z całej Polski. Nie dowierzali, żeby w ich kraju miała miejsce taka kolej rzeczy.

Teraz oboje czekają w długich kolejkach do specjalistów. Bo – według algorytmów NFZ – już postawiono ich na nogi, czyli skończyła się tzw. pomoc interwencyjna eliminująca ból cielesny po wypadku. Ona, zmuszana przez niego do życia, ma powikłania neurologiczne powodujące mimowolne ruchy, a ręce podziobane jeszcze niewyjętym szkłem. Z bezsennością radzą sobie odpłatnie, u psychiatry.

Obecnie cedzą słowa. Jaką prawniczą gramaturę ma państwo O. naprzeciwko machiny ekspertyz, która ruszyła? Czy kolejowe konsorcjum prawnicze nie zechce potem czepiać się niuansów wypowiedzi? Kontekstów wynikających z przecinków? Karol, brat Filipa, wspomni tylko o nieczułości. Żaden przedstawiciel machiny nie przyszedł pożegnać dzieci nawet wiechciem kwiatów, choć ze trzy tysiące ludzi z gminy szło.

Kamila O. podróżowała samochodzikiem, straciła tylko swoje dzieci. Czy kolej wyobraża sobie pociąg, który uderzy setką w unieruchomiony kombajn zbożowy? Przecież zaczęły się żniwa. Mogą zejść z tego świata setki podróżujących komfortowo jednostek.

Polityka 32.2015 (3021) z dnia 04.08.2015; Społeczeństwo; s. 36
Oryginalny tytuł tekstu: "Taka kolej rzeczy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Gdy zachoruje pies, szczur albo mewka japońska

Bierzesz staruszka ze schroniska, ratujesz szczura z laboratorium? O śmierci ukochanego zwierzęcia trudno zapomnieć, a dobrze też pamiętać, ile to kosztuje.

Agnieszka Rodowicz
06.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną