Czy nadchodzą rządy ePiSkopatu

Wygaszanie świeckości
Przez Polskę od 1989 r. przetoczyły się już kilkakrotnie fale sporów i dyskusji o świeckości państwa. Teraz uderza kolejna, być może najważniejsza. Wybory mogą zdecydować, czy będziemy żyli w państwie przyjaznym tylko katolikom, a innych obywateli traktującym jako gorszych moralnie, czy obronimy konstytucyjną zasadę rozdziału „tronu i ołtarza”.
Najnowszym przykładem mieszania sfery sakralnej ze świecką była kampania prezydencka.
Beata Zawrzel/Reporter

Najnowszym przykładem mieszania sfery sakralnej ze świecką była kampania prezydencka.

Religia w państwowej szkole ma status eksterytorialny. O treściach i formach nauczania decyduje Kościół. O obsadzie katechetów – biskupi. Państwo jedynie za to płaci.
Rafał Michałowski/Agencja Gazeta

Religia w państwowej szkole ma status eksterytorialny. O treściach i formach nauczania decyduje Kościół. O obsadzie katechetów – biskupi. Państwo jedynie za to płaci.

Warszawa, 28.07.1993, podpisanie konkordatu pomiędzy Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, podpisują nuncjusz apostolski ksiądz arcybiskup Józef Kowalczyk i minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. Stoją od lewej: prezydent Lech Wałęsa, premier Hanna Suchocka, marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski, marszałek Senatu August Jan Chełkowski, wicemarszałek Senatu Alicja Grześkowiak.
Aleksander Keplicz/Forum

Warszawa, 28.07.1993, podpisanie konkordatu pomiędzy Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską, podpisują nuncjusz apostolski ksiądz arcybiskup Józef Kowalczyk i minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski. Stoją od lewej: prezydent Lech Wałęsa, premier Hanna Suchocka, marszałek Sejmu Wiesław Chrzanowski, marszałek Senatu August Jan Chełkowski, wicemarszałek Senatu Alicja Grześkowiak.

Spory o stosunki między państwem a Kościołem były i są bardzo gorące. Wielu ludzi Kościoła traktuje republikańską ideę świeckości państwa jako zatruty owoc oświeceniowego racjonalizmu, faktyczny atak na Kościół i katolicyzm, a więc na „fundament naszej tożsamości”. Jaskrawym przykładem takiej lękowo-agresywnej postawy są ostatnie ostrzeżenia i zagrożenie ekskomuniką (choć nie automatyczną, bo pozostającą w gestii ordynariusza) wobec byłego już prezydenta Komorowskiego i innych polityków głosujących wbrew stanowisku Kościoła w sprawie in vitro. Z zaznaczeniem, że teraz muszą „wyrazić żal za popełniony grzech, postanowić poprawę i dokonać zadośćuczynienia”.

Rada Prawna Episkopatu wezwała właśnie, by publicznie odwołali swoje poglądy, jeśli chcą przystępować do komunii świętej.

Między endecją a sanacją

Jeśli chodzi o kwestię neutralności światopoglądowej, dzisiejsza Polska pod wieloma względami przypomina II RP. Wówczas także spierano się o wybór modelu prawnego określającego stosunki między Kościołem a państwem. Partie lewicowe i mniejszości narodowe opowiadały się za rozdziałem związków wyznaniowych od państwa. Partie chadeckie, endeckie i Kościół były temu przeciwne. Biskupi w jednym z orędzi postulowali powrót do wzorów Konstytucji 3 maja, tak aby „Polska stała się prawdziwym królestwem Bożym na ziemi”. Zapisy przyjętej ostatecznie konstytucji marcowej były kompromisem. Z jednej strony wprowadzały rozwiązania państwa świeckiego – wolność sumienia i wyznania, oraz równouprawnienie bez względu na przynależność religijną. Z drugiej jednak Kościołowi katolickiemu został poświęcony osobny zapis, który stwierdzał, że katolicyzm będący religią przeważającej liczby ludności „zajmuje w państwie naczelne stanowisko wśród równouprawnionych wyznań”. Podpisany w 1925 r. konkordat był jedną z najbardziej korzystnych dla Kościoła umów, jakie Watykan zawarł po pierwszej wojnie światowej. Nauczanie religii obowiązywało we wszystkich szkołach, także prywatnych z prawami publicznymi, a na mocy rozporządzenia ministerialnego katechezę uzupełniono o obowiązkowe praktyki religijne, m.in. wspólne nabożeństwa, rekolekcje, spowiedź i komunię.

Pomimo silnej pozycji, którą Kościół zyskał na podstawie konkordatu, episkopat stale starał się zwiększyć wpływy i stan posiadania. Jak pisał w memoriale do Józefa Piłsudskiego minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Gustaw Dobrucki: „Żądania Komisji Papieskiej idą tak daleko, że rzeczowa dyskusja z nimi staje się niemożliwa. Są one wyrazem nie istotnych potrzeb Kościoła jako organizacji wyznaniowej, a dążeń politycznych, zmierzających do ustalenia supremacji Kościoła w stosunkach wewnętrznych państwa, do zapewnienia Kościołowi potężnego czynnika w zakresie kształtowania się tych stosunków, wreszcie do materialnego uniezależnienia się go od państwa, choć kosztem tego ostatniego”.

Kler katolicki starał się wpływać na decyzje wyborcze obywateli, agitując z ambon na rzecz endecji. W 1930 r. ordynariusz łomżyński zabronił „pod grzechem ciężkim” oddawania głosu na socjalistów, PSL Wyzwolenie i Stronnictwo Chłopskie oraz na listy, na których „znaleźli się innowiercy lub katolicy nie budzący zaufania”. W II RP księża nie tylko starali się wpływać na kształt parlamentu, ale także w nim zasiadali. W Sejmie Ustawodawczym było 32 księży, tj. prawie 10 proc. posłów. Pełnili funkcje wicemarszałka, zasiadali w Komisji Konstytucyjnej.

PRL, jako państwo z założenia świeckie, przeszła długą drogę od ideologicznej walki z Kościołem do prób dialogu i pokojowego współistnienia. Konstytucja z 1952 r. stwierdzała wprost, że „Kościół jest oddzielny od państwa”. Władze przejęły z parafii księgi stanu cywilnego. Ograniczono, a później zlikwidowano nauczanie religii w szkołach. Wypowiedziano konkordat. Te działania stały się podstawą do późniejszego zadośćuczynienia Kościołowi już przez władze nowej Polski.

Tak zwany kompromis

W III RP zarysował się w kwestii świeckości niepisany kompromis historyczny między głównymi siłami prawicy i lewicy. Państwo nie ma być ani wyznaniowe, ani świeckie. Nie szkodzi, że się sacrum trochę pomiesza z profanum. Co komu przeszkadza uchwała Sejmu w sprawie kanonizacji Jana Pawła II, powieszenie krzyża w szkole czy urzędzie, lekcje religii? To w sumie zrobi dobrze i państwu, i społeczeństwu, które przecież deklaruje swoje przywiązanie do wiary i Kościoła… Dziś nawet ten kompromis, w którym państwo ma być „przyjazne” Kościołowi, się chwieje.

Pierwsza fala zmagań o model państwa po komunizmie ruszyła od razu po przełomie 1989 r. Nowej władzy o solidarnościowych korzeniach chodziło o wysłanie sygnału, że katolicy już nie są obywatelami drugiej kategorii i o wyrażenie wdzięczności Kościołowi za wsparcie, jakiego udzielał demokratycznej opozycji. Kościół sam zdefiniował formy tej wdzięczności: zażądał ustawowego zakazu przerywania ciąży i przywrócenia katechizacji w szkołach publicznych. Oba cele osiągnął. W 1990 r. ówczesny minister oświaty prof. Henryk Samsonowicz przywrócił katechizację drogą rozporządzenia.

Właśnie sprawa szkolnej katechezy jest idealnym przykładem taktyki stosowanej przez Kościół i reakcji władz na nią. Front był przesuwany stopniowo. Premier Tadeusz Mazowiecki pisał we wspomnieniach, że był bardzo zaskoczony postulatem episkopatu, by religia wróciła do szkół, ale ustąpił, bo w czasie trudnych reform chciał uniknąć konfliktu społecznego. Konflikt i tak wybuchł, ale gdy trochę ucichł, Kościół poszedł krok dalej i zażądał wpisywania oceny z religii na świadectwie. Żądanie spełniono. Potem upomniał się o pensje dla katechetów. Dostał. Władze uległy także w kwestii wliczania religii do średniej. Dopiero przy postulacie matury z religii powiedziały: nie, bo to jednak egzamin państwowy.

W efekcie sytuacja wygląda dziś tak, że religia w państwowej szkole ma status eksterytorialny. O treściach i formach nauczania decyduje Kościół. O obsadzie katechetów – biskupi. Państwo jedynie za to płaci. Ministerstwo Edukacji nie wie nawet, ilu uczniów uczęszcza na religię, bo tymi statystykami dysponuje Kościół, a władze przyjmują je na wiarę. W wielu przypadkach – zwłaszcza w małych miejscowościach – trudno już mówić o świeckiej szkole. Miejscowy proboszcz pełni funkcję ideologicznego patrona pilnującego, aby katolickie zasady były przestrzegane, także w pokoju nauczycielskim. Wszelkie uroczystości mają religijną oprawę, w piątki nie wolno urządzać zabaw, zakazane jest obchodzenie Halloween, we wszystkich klasach wiszą krzyże. Niedawno głośno było o sprawie czwartoklasisty, którego ojciec chciał wyjaśnić, czy lekcja matematyki na pewno musi zaczynać się modlitwą. Chłopiec został przez dyrektorkę oskarżony o demoralizację.

Wartości chrześcijańskie

Droga do „stopniowego eliminowania z polskiego porządku prawnego państwa neutralnego światopoglądowo” została otwarta już na początku transformacji, pisze Danuta Waniek, prawniczka, szefowa kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, w zbiorze esejów o polskich podziałach politycznych „Orzeł i krucyfiks”. Po przywróceniu religii w szkołach następnym krokiem było podpisanie konkordatu pomiędzy Polską a Watykanem w ostatnich miesiącach rządu Hanny Suchockiej w lipcu 1993 r. Konkordat umacniał prawno-ustrojową pozycję Kościoła rzymskokatolickiego w państwie.

Proces ratyfikacji przeciągnął się wprawdzie aż do 1998 r., ale prezydent Kwaśniewski dokument podpisał, mimo poważnych zastrzeżeń zgłaszanych w publicznej dyskusji. Rząd Włodzimierza Cimoszewicza próbował wspólnie z Watykanem opracować deklarację wyjaśniającą, jak konkordat ma funkcjonować w realiach Polski demokratycznej i wieloświatopoglądowej. Pretekstem były odmowy pochówku na cmentarzach pod zarządem kościelnym osób kontrowersyjnych dla Kościoła (m.in. felietonisty POLITYKI Jerzego Waldorffa). Bez skutku.

W Sejmie RP I kadencji (1991–93) prawica katolicka przeprowadziła wpisanie do ustawy o mediach publicznych nakazu respektowania „wartości chrześcijańskich” oraz zakazu obrażania uczuć religijnych. Trybunał Konstytucyjny oddalił skargę w tej sprawie w 1994 r. Nie udało się natomiast Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowemu przeforsować całkowitego zakazu aborcji. W Sejmie II kadencji (1993–97), w której koalicję rządzącą tworzyły SLD i PSL, uchwalono złagodzenie ustawy antyaborcyjnej, dopuszczającej, pod warunkami, możliwość legalnego usunięcia ciąży z powodu ciężkiej sytuacji życiowej lub osobistej matki. Lecz prezydent Lech Wałęsa nowelizację skutecznie zawetował, a Trybunał Konstytucyjny (pod przewodnictwem Andrzeja Zolla) uznał w 1997 r. nowelizację za sprzeczną z ustawą zasadniczą. Kościół mógł odnotować kolejny sukces.

Gorzej poszło w kwestii samej konstytucji. Biskupi, księża i prawica zwalczali powstający w Sejmie projekt równie zaciekle, jak wcześniej forsowali zmiany prawne po myśli Kościoła w sprawach katechizacji i aborcji (a teraz prowadzą kampanie przeciwko „gender” i in vitro). Projekt sejmowy opracowany z udziałem posłów prawicy i ekspertów kościelnych był atakowany jako rzekomy spisek przeciwko Polsce i zamach na wolność Kościoła i wiary katolickiej. Ówczesny lider Solidarności i prawicy Marian Krzaklewski apelował do Kościoła, aby ogłosił Chrystusa królem Polski i w ten sposób uratował ojczyznę przed „nową nawałą bolszewicką”. Prymas Glemp nie usłuchał, ale też odmówił udziału w ceremonii podpisania konstytucji przez prezydenta Kwaśniewskiego 16 lipca 1997 r.

Polska konstytucja nie nazywa państwa „świeckim”, lecz nie nazywa go także katolickim. Nie nazywa go „neutralnym”, ale mówi (art. 25) o „bezstronności” władz państwowych w kwestiach religijnych i światopoglądowych oraz o poszanowaniu autonomii państwa i Kościołów oraz ich wzajemnej niezależności jako zasadach kształtowania stosunków między nimi. Te zasady są jednak wciąż podważane w debacie i w praktyce. „Postulat zupełnego oddzielenia państwa od Kościoła jest u nas po prostu sztuczny i oparty na fałszywych przesłankach” – twierdzi na łamach „Gazety Wyborczej” ks. dr Marek Łuczak. „Jedną z nich jest nauka o neutralności państwa, która ma charakter iluzoryczny, bo w świecie wartości nie ma neutralności”.

Najnowszym przykładem mieszania sfery sakralnej ze świecką była kampania prezydencka. Propisowski dominujący odłam Kościoła poparł rywala Bronisława Komorowskiego. Andrzej Duda nazajutrz po wygranej odwiedził Jasną Górę. Polityczny mentor Dudy, Jarosław Kaczyński, jest w częstochowskim sanktuarium regularnym gościem, fetowanym tam przez wiernych, gospodarzy paulinów i ojca Rydzyka.

Dziękując biskupom za wsparcie „modlitewne”, Kaczyński oświadczył z Jasnej Góry (12 lipca), że Andrzej Duda i Beata Szydło nie są głusi na „wszystko, czego naucza Kościół, co jest fundamentem naszej wiary i polskości. Bo nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół”. Nieważne, że to nieprawda. Polska wydała wielu wybitnych przedstawicieli wyznających inne systemy wartości. Ważne, żeby wypaść w oczach Kościoła na obrońcę Polski katolickiej i ciągnąć z tego profity polityczne, wywołując konsternację obywateli niekatolików.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną