Mobbing w skali powiatowej

Tirroryści
Jeżeli mieszkasz w powiecie łukowskim i podpadłeś jednemu pracodawcy, to podpadłeś wszystkim i już cię nie ma, szykuj się do emigracji. Tak działa mobbing w Polsce powiatowej.
Branża wciąż szuka siły roboczej i dyktuje swoje prawa. Który kierowca jest najlepszy? Ten z kredytem na głowie. Taki się nie zbuntuje.
Agnieszka Sadowska/Agencja Gazeta

Branża wciąż szuka siły roboczej i dyktuje swoje prawa. Który kierowca jest najlepszy? Ten z kredytem na głowie. Taki się nie zbuntuje.

Właściciele firm spedycyjnych oszukują nie tylko kierowców, ale i skarbówkę. Wplątują w ten proceder ludzi, nakazując im podpisywanie kwitów potwierdzających fikcyjne koszty.
Chris Cheadle/EAST NEWS

Właściciele firm spedycyjnych oszukują nie tylko kierowców, ale i skarbówkę. Wplątują w ten proceder ludzi, nakazując im podpisywanie kwitów potwierdzających fikcyjne koszty.

audio

AudioPolityka Piotr Pytlakowski - Tirroryści

Grzegorz, kierowca tira w firmie transportowej G-T z siedzibą koło Łukowa, miał ruszać z ładunkiem do Rosji, ale zauważył, że DAF jest niesprawny. Luzy w kierownicy powodowały, że ciężarówkę nosiło od lewej do prawej, hamulce nie trzymały, a na dodatek nie działały wycieraczki. Zgłosił to szefom (firma ma dwóch współwłaścicieli). – Byli wściekli, towar załadowany, a ja się stawiam – opowiada. Kazali mimo wszystko jechać. Wtedy odmówił kursu. Nie zdawał sobie sprawy, że właśnie ruszył na wojnę.

Powiat łukowski obrodził w firmy transportowe wyjątkowo, nie tylko na skalę woj. lubelskiego. Według oficjalnych danych ma tutaj siedzibę prawie 600 prywatnych podmiotów specjalizujących się w transporcie i magazynowaniu towarów. Działają na różnych zasadach: spółki cywilne, spółki jawne albo po prostu na podstawie zgłoszenia o działalności gospodarczej. Firmy pączkują. Jedną zakłada ojciec, drugą syn. Mąż prowadzi własny transport, żona własny. Rzecz nie w jakiejś atawistycznej skłonności do rywalizacji, liczą się względy praktyczne, czyli podatkowe. Nazwy najczęściej mało wymyślne. Jak właściciel ma na imię Tomasz, w nazwie obowiązkowo musi być TOM, jak Mariusz, to MAR.

Grzegorz (37 lat) kierowcą tira został z konieczności. Mieszka w Hucie Dąbrowa, gdzie zgodnie z nazwą zlokalizowana jest huta szkła, największy pracodawca w okolicy. Tyrał w niej za 1 tys. zł z hakiem i rozglądał się za czymś lepszym. Brat namówił go, żeby poszedł na kurs dla zawodowych kierowców. Z prawem jazdy w garści dostał robotę w firmie transportowej G-T. Po okresie próbnym dali mu etat.

Powiat łukowski nie tylko transportem stoi, ale i kierowcami tirów. Branża wciąż szuka siły roboczej i dyktuje swoje prawa. Który kierowca jest najlepszy? Ten z kredytem na głowie. Taki się nie zbuntuje. A jest o co się buntować.

Gdy Grzegorz zaczynał, firma miała kilka tirów, teraz 30. Szefowie, ludzie obrotni, w porę się zakręcili za unijnym zastrzykiem na rozwój przedsiębiorczości i dokupili maszyn. Kierowcy zaobserwowali ciekawą prawidłowość. Kiedy było na stanie pięć ciężarówek, firma dbała o ludzi. Pensje na czas, prowizje od kilometrów, diety, płatne urlopy i na każdą trasę za wschodnią granicę dodatkowe 100 euro na łapówki dla ruskich (czytaj: rosyjskich, białoruskich i ukraińskich) milicjantów z drogówki. Powiedzenie krążące wśród szoferów – co gaj, to daj – oddaje istotę rzeczy. GAJ to milicyjny posterunek drogowy.

Z czasem skończyły się prowizje i fundusz łapówkowy. Przestano wypłacać diety (ok. 300–400 euro na wyjazd zagraniczny), ale kierowcy nadal musieli podpisywać formularze delegacyjne, fikcyjnie kwitując odbiór pieniędzy. Wstrzymano ekwiwalenty za urlopy. Szefowie tłumaczyli, że firma cienko przędzie, podobnie jak cała branża. Może i prawda, ale kierowcy na własne oczy widzieli, że ich poziom życia spada, a szefów odwrotnie.

Wódka z sędziami

Grzegorzowi urządzono pokazówkę. Sprawa przykładowa dla innych, którzy mogliby się buntować. Przestał dostawać zlecenia albo dostawał na najgorsze trasy. Upokarzano go przy innych. Potężny chłop stał się chłopcem do bicia. Sygnał był jasny: tak traktujemy czarną owcę.

Ale Grzegorz to twardziel, były piłkarz (grał w III lidze), otrzaskany w bojach. Zażądał wypłaty zaległych diet i ekwiwalentów za urlopy. Wszystkie rozmowy z szefami zaczął nagrywać telefonem komórkowym. – Zrozumiałem, że muszę zbierać dowody, bo na gębę nikt by nie uwierzył, że w Polsce tak się traktuje pracownika – tłumaczy.

Ostatnia rozmowa w firmie dotyczyła zaległych wypłat. Szef dziwi się uporowi kierowcy i kwituje: nic ci się nie należy. W tle słychać czyjś głos: Wynocha stąd! Wyjdź! – To ojciec jednego z właścicieli – mówi Grzegorz. – Zrobiłem, jak chciał, wyszedłem.

To był już koniec negocjacji. W sekretariacie czekało pismo do podpisu, zatytułowane: „Rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron”. Nie podpisał, ale wstępu na teren firmy już nie miał. Skontaktował się z warszawską prawniczką mec. Katarzyną Lauritsen, specjalizującą się w sprawach o mobbing pracowniczy. Do sądu trafiło kilka pozwów przeciwko szefom firmy G-T. O przywrócenie do pracy, mobbing i o wypłatę zaległych należności.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną