Alimenciarze to nie tylko mężczyźni. Są wśród nich także kobiety

Żyć, nie płacić
Matki z zasądzonymi alimentami na dzieci równie szybko jak ojcowie uczą się oszukiwać państwo i rodzinę.
Sprawy o zasądzone, a niepłacone alimenty trafiają do komorników. Ci prowadzili w ubiegłym roku około 600 tys. spraw o egzekucję alimentów.
Rich Legg/Getty Images

Sprawy o zasądzone, a niepłacone alimenty trafiają do komorników. Ci prowadzili w ubiegłym roku około 600 tys. spraw o egzekucję alimentów.

Nadal niealimentacja to głównie problem matek, ale coraz więcej ojców chce mieć udział w wychowaniu dzieci.
Postnikov/PantherMedia

Nadal niealimentacja to głównie problem matek, ale coraz więcej ojców chce mieć udział w wychowaniu dzieci.

Zdarza się, że podleczone i w miarę atrakcyjne znajdują nowego partnera. Wtedy, w odróżnieniu od mężczyzn alimenciarzy, nie wracają do więzienia. Nadal nie płacą na stare dzieci, ale rodzą nowe, z których mogą przez kilka lat wyżyć.
PhotographyMK/PantherMedia

Zdarza się, że podleczone i w miarę atrakcyjne znajdują nowego partnera. Wtedy, w odróżnieniu od mężczyzn alimenciarzy, nie wracają do więzienia. Nadal nie płacą na stare dzieci, ale rodzą nowe, z których mogą przez kilka lat wyżyć.

Philip Lee Harvey/Cultura RF/Forum

audio

AudioPolityka Elżbieta Turlej - Żyć nie płacić

Tekst ukazał się w POLITYCE w listopadzie 2015 r.

Dwieście dziewiątki – tak od artykułu 209 Kodeksu karnego o uporczywej niealimentacji mówią w aresztach i zakładach karnych o tych, którym się nie udało. Nie wymigały się. Dostały wyrok, a teraz, osadzone i zatrudnione w zakładzie karnym, mają odpracować alimenty. Od paru lat wyraźnie ich przybywa.

W porównaniu z mężczyznami wciąż są w mniejszości. Na przykład w lubelskim areszcie śledczym to zaledwie 8 proc. kobiet – więźniarek, w porównaniu z ponad połową wszystkich osadzonych mężczyzn. O ile jednak oni trafiają do więzienia w różnych okolicznościach i stanie, nierzadko sprawiając wręcz wrażenie osób zamożnych, one – prawie zawsze prosto z melin czy spod mostów. – Na bramie odczytujemy im wyrok. Tam też pobierają pościel, koce i odzież zastępczą, bo ich ubrania do niczego się już nie nadają – tłumaczy kierownik penitencjarny Aresztu Śledczego w Lublinie mjr Tomasz Suseł. – Ubrania pakujemy do worków i przekazujemy firmie utylizacyjnej. Włosy, z racji na ich stan, zwykle trzeba zgolić.

Same osadzone trafiają do celi przejściowej. Stąd przez 14 dni jeżdżą na badania lekarskie. Niektóre, nim trafią do zakładu karnego, idą jeszcze na odwyk do pobliskich Abramowic. Innym, po miesiącach bezdomnego życia, wystarczy ciepłe łóżko, regularny posiłek i leki.

Z przejściówki trafią do sali ogólnej, gdzie wśród skazanych za pobicia, rozboje i wyłudzenia zaczekają na posiedzenie komisji penitencjarnej. Ta skieruje je do właściwego zakładu karnego. Zazwyczaj, jak mówi mjr Suseł, będzie to półotworek, czyli półotwarte więzienie, np. na warszawskim Grochowie albo w Grudziądzu. O ile znajdzie się miejsce, będą odpracowywać zaległe alimenty. Czyli sprzątać (więzienne biura), gotować (w więziennej kuchni), prać (w więziennych pralniach).

Z drugiej strony barierki

Mogły to samo robić na wolności. Jeszcze na starcie w sądach rodzinnych miały szansę na zasądzenie stosunkowo niskich alimentów – zwykle niższych niż w przypadku mężczyzny. Wiadomo: kobiety zarabiają mniej, są gorzej traktowane przez pracodawców, chętniej wypychane na śmieciówki.

Większość kobiet w sądach używa podobnych argumentów. Bywa, że to te niezaradne – które nie potrafiły być przekonujące na tyle, by to im sąd przyznał prawo do dziecka, względnie przez lata były zależne od psychopatycznych tyranów, a teraz w depresji, w strachu, nie potrafią się pozbierać. Ale wcale nierzadko to te bardziej cwane. W praktyce matki (a przynajmniej te, którym sądy nie przyznają praw do dzieci) okazują się nie mniej zdeterminowane i cyniczne jak migający się od zobowiązań ojcowie. Na unikanie płacenia alimentów wciąż jest w Polsce ogromne przyzwolenie społeczne, przeciętny Polak nie uznaje niealimentacji za grzech ani tym bardziej za przestępstwo, ale w przypadku matek przyzwolenie to jest dużo mniejsze. Wyjąwszy same matki. One nie widzą powodu, by je traktować inaczej.

Nierzadko za oczywistość uważają, że utrzymanie rodziny to sprawa mężczyzny. Prezes Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych w Polsce sędzia Dorota Hildebrand-Mrowiec przywołuje obrazek: przed sądem rodzinnym staje 30-latka pozwana o alimenty. Jeszcze kilka lat wcześniej była z drugiej strony barierki, jako pozywająca, po tym, jak zabierając dziecko, odeszła od męża. Teraz sytuacja w rodzinie się skomplikowała: kobieta podrzuciła syna babce, na co były mąż, po rozwodzie mieszkający ze swoimi rodzicami, nie chce się zgodzić. Występuje do sądu o przyznanie opieki nad dzieckiem jemu i zasądzenie alimentów od matki. Uzasadnia, że sam nie da rady utrzymać dziewięciolatka na właściwym poziomie. – Występuje o 500 zł, czyli tyle, ile wcześniej sam płacił – wspomina Dorota Hildebrand-Mrowiec. – Kobieta jest zdziwiona, protestuje. Mówi, że to dla niej za dużo, chociaż sama jeszcze niedawno, walcząc o alimenty, uzasadniała, że to minimum, bo dziecko jest drogie w utrzymaniu. Teraz mówi, że mąż mógł wziąć nadgodziny. Ona – nie?

Zwykle ukrywają prawdziwe dochody. Jak wynika z obserwacji sędziów rodzinnych, prawie zawsze na wieść o sprawie rozwodowej z orzeczeniem ich winy albo pozwie o alimenty podpisują umowy o pracę na najniższe kwoty, rozwiązują je, by zatrudnić się na czarno albo umawiają się z pracodawcą na wypłaty w dietach, które nie podlegają egzekucji komorniczej. Nierzadko, skąpiąc na alimentach, chcą kosztem dziecka ukarać męża – niech się teraz pomartwi. Jeszcze inne rozgrywają na sali sądowej skomplikowane gry z byłymi teściowymi, teściami, szwagrami, szwagierkami… Czasem mówią sędziom wprost: znają eksmężowskie portfele, więc nie widzą potrzeby, aby ich wspomagać.

Prostytutka ze spożywczego

Sprawy o zasądzone, a niepłacone alimenty trafiają do komorników. Ci prowadzili w ubiegłym roku około 600 tys. spraw o egzekucję alimentów. Co roku wszczynają 60 tys. nowych. I przyznają, że wśród dłużników to właśnie kobiety są mistrzyniami w ukrywaniu dochodów. W komorniczych opowieściach przewijają się fryzjerki czy kosmetyczki, które aby uciec od obowiązku alimentacyjnego, przenosiły się z zarobkowaniem do domu, myjąc głowy klientek nad wanną czy robiąc pedicure w kuchni.

Komornik z W. doskonale pamięta historię jednej z nielicznych w mieście taksówkarek. Sąd zadecydował, że córka ma zostać z ojcem, bo matka nadużywała alkoholu. Zasądził 200 zł na dziecko. Tyle że kobieta – tak jak jej koledzy w korporacji – pracowała na licencję (100 zł brutto), która była jej jedynym oficjalnym zaksięgowanym dochodem. Resztę pobierała w gotówce, a ta była nie do oszacowania.

Inny wspomina sprawę, którą wytoczył 30-latce jej były mąż. Pozwana była prostytutką, zarabiała – według szacunków męża – około 15 tys. miesięcznie, ale nie zgadzała się na 700 zł alimentów na dwójkę ich dzieci. Mężczyzna wynajął detektywa, który miał udowodnić prawdziwe przychody byłej żony. Bezskutecznie. Zasądzono 500 zł na dwójkę pociech, bo – co wynikało z jej oficjalnej umowy o pracę w sklepie spożywczym – akurat na tyle ją było stać. Po dwu latach przestała w ogóle płacić i wyjechała za granicę. Były mąż, mimo ponownego zaangażowania detektywa, nie mógł jej odnaleźć, co przełożyło się na bezskuteczność egzekucji kilkudziesięciu tysięcy zaległych alimentów.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną