Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Ulica Polska

Polska w pigułce na pewnej ulicy na warszawskich Siekierkach

Widok z wału wiślanego w kierunku centrum Warszawy. Była wieś Siekierki z ulicą Polską kryją się wśród roślinności. Widok z wału wiślanego w kierunku centrum Warszawy. Była wieś Siekierki z ulicą Polską kryją się wśród roślinności. Leszek Zych / Polityka
Ulica lokalna, długa na 675 m, na warszawskich Siekierkach. Na początku XX w. była wiejską drogą przechodzącą przez Siekierki Duże. Nazwa Polska została jej nadana tuż po odzyskaniu przez kraj niepodległości w 1918 r.
Janusz, Marek i Tomek, pensjonariusze noclegowni dla bezdomnych mężczyzn (Polska 33).Leszek Zych/Polityka Janusz, Marek i Tomek, pensjonariusze noclegowni dla bezdomnych mężczyzn (Polska 33).
Damian ze swoim wynalazkiem, Wisielcem, atrakcją nadmorskich kurortów oraz festiwali disco polo – (Polska 17A).Leszek Zych/Polityka Damian ze swoim wynalazkiem, Wisielcem, atrakcją nadmorskich kurortów oraz festiwali disco polo – (Polska 17A).
Artur przy obiekcie, który nazywa ruską rakietą lub rakietą na Ruskich.Leszek Zych/Polityka Artur przy obiekcie, który nazywa ruską rakietą lub rakietą na Ruskich.
Ojciec Artura, Kazimierz, były ratownik na Jeziorku Czerniakowskim, z zaliczonym kursem bioenergoterapii (Polska 16).Leszek Zych/Polityka Ojciec Artura, Kazimierz, były ratownik na Jeziorku Czerniakowskim, z zaliczonym kursem bioenergoterapii (Polska 16).
Kazimierz Pabian, posiadacz carskiego aktu notarialnego, budowniczy Elektrociepłowni Siekierki, mieszkaniec Polskiej bez dostępu do Polskiej (Polska 19A).Leszek Zych/Polityka Kazimierz Pabian, posiadacz carskiego aktu notarialnego, budowniczy Elektrociepłowni Siekierki, mieszkaniec Polskiej bez dostępu do Polskiej (Polska 19A).
Andrzej Urbański, deweloper, budowniczy Osiedla Polska (Polska 9 od A do I).Leszek Zych/Polityka Andrzej Urbański, deweloper, budowniczy Osiedla Polska (Polska 9 od A do I).

Polska 33

Won, psiakrew! – słychać, jak drepcze ni to chodnikiem, ni to poboczem przez Polską Janusz, pensjonariusz noclegowni dla bezdomnych mężczyzn (Polska 33), a jego dreptanie słychać bardzo dobrze, bo won, psiakrew powtarzane regularnie nadaje dreptaniu lepsze tempo.

Won, psiakrew! – krzyczy zawsze Janusz, gdy tylko sobie przypomni własnego syna. Bo to przez niego kilka lat temu trafił na Polską. Przychodzi kiedyś syn – Won, psiakrew! – do jego mieszkania na warszawskim Wrzecionie, a z nim kobita, z taaakim brzuchem, sprowadził ją sobie. Janusz musiał ustąpić, opuścił mieszkanie, ale od tamtej chwili wyrzekł się rodziny, na jego pogrzeb nie mają prawa przyjść.

Tu na Polską trafił i tutaj chce już umrzeć. Za 490 zł miesięcznie mieszka w sześcioosobowym pokoju, na piętrze są trzy takie pokoje, w całym bloku osób 50, a bloki w noclegowni trzy. Za swoją emeryturę Janusz mógłby spokojnie wynająć mieszkanie, ale on woli wśród ludzi.

Jak ja bym miał tyle emerytury co ty, tobym tu nie siedział – mija Janusza Marek w fioletowej czapce, w której wygląda jak dobrotliwy skrzat, ale to tylko pozory, bo w noclegowni na Marka mówią Napoleon. Codziennie, gdy wychodzi z noclegowni z wózkiem na butelki, na portierni krzyczy: Vive la Pologne! I rusza z Polskiej w Polskę, choć zanim to nastąpi, przebić się musi przez gąszcz uprzedzeń oraz niesprawiedliwości.

Bo na Polskiej krzywo na nich, tych z noclegowni, patrzą, szczególnie gdy w Polskę, czyli do centrum Warszawy, wybierają się linią autobusową 108. Mówią, że jak po bezdomnych wsiądziesz do 108, to wysiądziesz potem cały pachnący jak oni. Ale to nieprawda, wzburza się Napoleon Marek, bo to inni bezdomni pachną, ci z pierwszego bloku, którzy są tu tylko od czasu do czasu, więc i od czasu do czasu się myją – nie to co oni, rezydenci stali.

A on to już w ogóle całe życie był na poziomie, bo przez całe życie pracował ze zwierzętami. Raz ze strusiami miał niesamowitą przygodę – zaczyna opowiadać Napoleon Marek, ale nie kończy, bo mu się Janusz wcina i pyta, jakie on – Won, psiakrew! – ma uwagi do jego wysokiej emerytury. Marek uwag nie ma, tak jak emerytury nie ma – zgubiło się gdzieś w zusowych tabelkach 12 lat jego pracy i zamiast emerytury dostaje tylko zasiłek.

Więc temat jest drażliwy i Marek chciałby już minąć Janusza. Bo Janusz zawsze mówi za dużo. Na Polskiej znają go wszyscy użytkownicy miejskiej komunikacji – gdy razem czekają na 108, Janusz nie może wytrzymać, każdemu coś opowie.

Polska 16

Podbiega pod 108 Artur. Janusz w końcu do autobusu wsiada, matka Artura wysiada. Artur bierze od niej zakupowe siaty. Od przystanku wystarczy parę kroków Artura w klapkach na skarpetach i już są u siebie – pod Polską 16, napisem wyciętym w blasze, przechodzi się elegancko jak pod baldachimem. A potem prosto, po lewej flaga biało-czerwona, po prawej w trawie – jak mówi Artur – ruska rakieta, w bocznej wnęce domu malowany Chrystus w cierniowej koronie.

Ten dom przez lata pomalutku stawiał na mur-beton ojciec Artura Kazimierz. Kazimierz ojcowiznę pamięta jeszcze jako wojenne zgliszcza. Tutaj urodzony i tu spędził całe życie. Przez Polską w czasie wojny szedł front z Czerniakowa, wszystko było spalone, a wzdłuż drogi transzeje, w których się kąpał jako mały chłopak.

Tak się wyćwiczył w tym kąpaniu, że został ratownikiem. 40 lat był kierownikiem ratowników na Jeziorku Czerniakowskim, 150 uratowanych ludzi w dorobku zawodowym, „wielu mieszkańców Warszawy zawdzięcza mu życie” – napisali Kazimierzowi Pisańcowi w albumie na zakończenie pracy, choć jego zasługi oddaje to jedynie w połowie.

Bo Kazimierz ludzkie życie ratował przez lata również po godzinach. Siedzi sobie kiedyś z kolegą przy jeziorku, naprawiają tratwy, a kolega mówi: Ależ od ciebie Kazik energia promieniuje! A Kazik na to: A ty w tym, o, miejscu, miałeś rękę złamaną. Kolega na to: No tak! I tak to się zaczęło.

Kazimierz od ponad 20 lat wyciąga ludziom wodę z kolan, łagodzi bóle zatok, kręgosłupa, głowy, Polaków właściwie wszystko boli. Zaczyna od tego, że najpierw tak oczyszcza, oczyszcza i mówi: Proszę potęgą umysłu sprowadzić na siebie miliony aniołów, żeby pomogły zwalczyć chorobę. A potem na bolącym miejscu palec mu sam zaczyna chodzić.

Ale to nie jest leczenie na dziko, Kazimierz ma zaliczony kurs bioenergoterapii. Wynagrodzenie zawsze brał co łaska, nie żerował na krzywdzie ludzkiej jak głośni hochsztaplerzy. Po prostu wielu osobom w ten sposób ulżył w cierpieniu. Chociaż z Polskiej nikt do niego nie przyszedł, ale tak to już jest, że im coś jest bliżej, tym mniej się to zna i docenia.

A najbardziej jest to prawda w przypadku samego Kazimierza i jego syna Artura. Bo dobry chłopak z tego Artura, pomocny, ale nieszczęśliwy. Nieszczęście go spotkało, gdy był jeszcze mały. Wykryli mu guza mózgu, operacja, dokładnie wszystko wycięli. Tylko padaczka została. Wystarczyłaby zgoda Artura, skupienie Kazimierza i palec sam zacząłby chodzić. Ale Artur nie chce, żeby go ojciec uzdrowił. Dostaje specjalne leki i woli siedzieć przed domem, przy ruskiej rakiecie ustawionej w trawie, patrzeć na samochody. Artur mówi, że ta rakieta jest na Ruskich, ale tak naprawdę ona jest z plastiku.

Polska 17A

Boże, jak tej rakiety zazdrościł Arturowi Damian, sąsiad z naprzeciwka. 20 lat temu, gdy się pojawiła, to był główny punkt spotkań na Polskiej – Damian z kolegami chodzili całą grupą wyjęczeć u Kazimierza pozwolenie na zabawę przy największej atrakcji ulicy. Ale minęło kilka lat i wszyscy wydorośleli, zorientowali się, że to tylko atrapa. Zostawili Artura samego przy rakiecie i zajęli się radzeniem sobie w życiu.

I trzeba przyznać, że nieźle sobie poradzili – dziś Damian też ma na swoim trawniku niewąską atrakcję, i to nie tylko w skali Polskiej, ale całej Polski. Przed jego domem 17A stoi Wisielec, atrakcja nadmorskich kurortów oraz festiwali disco polo.

Pomysł dwa lata temu Damian podpatrzył podczas wakacji w Bułgarii, importował do Polski, autorsko przetworzył, spawając po godzinach poszczególne elementy. Niby nic – zwykły drążek na dwóch metalowych rurach, ale myk jest taki, że drążek jest obrotowy, na łożysku, cienki. I teraz czas na wyzwanie – wpłacasz 20 zł, jeśli wytrzymasz, wisząc dwie minuty, wygrywasz stówę. Pierwsze testy w terenie wypadły bardzo pomyślnie – targetem Wisielca okazali się pijani faceci, średnia chętnych w ciągu wieczoru osiągała 70–80 osób (wygrywa 1 na 50), czyli w przeliczeniu na zyski to 1200–1500 zł.

Żeby sprawę jeszcze bardziej rozkręcić, Damian zaangażował kolegów, bo jego życie od początku realizowało się jednak głównie w liczbie mnogiej. Wyprodukowali razem siedem Wisielców, które jesienią i zimą są upchane po piwnicach i garażach, a latem trzepią dla Damiana i kumpli zupełnie bajeczną kasę. Ostatnie gorące lato, trzy Wisielce rozstawione nad morzem i w sumie 100 tys. zł. Opisali ich nawet w jednej z lokalnych gazet – że niby są oszustami i trzeba na nich uważać. Ale przecież oni zawsze lojalnie uprzedzają, że drążek jest obrotowy, więc o żadnym oszustwie nie ma mowy. A chętnych jest tyle, że Damian ma już nowe atrakcje w głowie – np. rowerek, którym skręcasz w lewo, a on jedzie w prawo i zadanie polega na tym, żeby pojechać prosto – oraz nowe obszary promocji dla Wisielca. Na dniach wyrusza do Francji – kumpel załatwił mu robotę przy spawaniu na budowie elektrociepłowni. Jak wszystko dobrze pójdzie, to Wisielca też tam ściągnie, będzie mu zarabiał w euro.

Polska 19A

Ale nie jest, niestety, Polska tylko miejscem cudów uzdrowicielskich oraz finansowych. Bo to jedynie jej weselszy w odbiorze aspekt, frontowy. Na tyłach Polskiej, w drugiej linii domów, kłębią się niezałatwione sprawy, które swój początek miały dwa wieki temu.

Wyciąga Kazimierz Pabian przetłumaczony z rosyjskiego akt notarialny z 1882 r., z ksiąg Wacława Żółtowskiego, notariusza w Warszawie, w którym ziemianie ze wsi Siekierki, gminy Mokotów, powiatu warszawskiego, Konstantyn Politowski i Józefa Rodzka zawierają przedmałżeńską umowę – dostają od swych ojców sześć mórg ziemi.

W tym samym czasie obok osiedla się ród Ś. Przez lata obie rodziny żyją po sąsiedzku, przeżywają cara, wojny, wyzwolenia i skrawki ziemi rodowej sprzedają lub dzielą między członków rodziny, aż doczekali Bieruta. Do dużego domu rodziny Ś. dokwaterowano obcych, którzy, żeby mieć choć coś małego swojego, stawiali sobie komórki. Nabudowało się, naćkało i ukisiło na tyłach Polskiej przez kolejne lata wiele tych marzeń o własności wciśniętych w skrawki ziemi, aż położony na tyłach, na końcu dojazdowej drogi, dom Pabianów został w końcu odcięty od Polskiej, czyli właściwie od świata.

Tak prawdę mówiąc, to wcale nie jest historia Kazimierza, tylko jego żony. On wżenił się w tę ziemię w roku milenijnym, po tym jak został przez przedsiębiorstwo wysłany do Warszawy, żeby budować Elektrociepłownię Siekierki, i tu zapoznał miłość. Ale potem żona zmarła, a jemu został kłopot.

Już od 10 lat tuła się po sądach, jako mieszkaniec Polskiej bez dostępu do Polskiej, żeby jakoś ustanowić nową dojazdową drogę do swojego domu nr 19A, niewidocznego od ulicy. Na razie radzi sobie tak, że jeździ przez sąsiada – na płocie domu rodziny Ś. ma skrzynkę na listy, ma też swój klucz do ich wjazdowej bramy, ale te luksusy są dość ulotne. To wynik sądowej ugody. Nie zna Kazimierz Pabian dnia ani godziny, a Ś. mogą nagle zechcieć jednak zamknąć bramę. Dlatego stara się w sądzie o służebność gruntową, poprowadzenie dojazdu po styku okolicznych działek albo poprowadzenie nowej drogi, ale z którejkolwiek strony by coś zaproponował, to zawsze i tak komuś to nie pasuje.

Taka to jest właśnie na Polskiej rzeczywistość – na własnym przykładzie pokazuje ją Kazimierz Pabian. Ludzie sobie jakoś radzą, ale w dół ciągną ich przyziemno-podziemne problemy. Bo ogólnie mówiąc, choć Polska to centrum obrastającej w elegancję stolicy, gorzej tu jest niż na wsi. Nie ma kanalizacji, centralnego ogrzewania, porządnych chodników – żadnej, wszystko jedno której, władzy przez lata nie chciało się tego tykać, nie mówiąc o tym, że jeden z sąsiadów przez kilka lat starał się pismami, żeby dzielnica zrobiła porządne dojście do przystanku autobusowego. Dopiero niedawno mu się udało. Więc może, myśli Kazimierz Pabian, i dla niego też jest jakaś tam nadzieja?

Na razie jego cicha satysfakcja jest taka, że niedawno młode pokolenie Ś. na ostatnich wolnych skrawkach rodowej ziemi, w głębi, tam gdzie rosną już tylko kapuściane głowy, zaczęło budowę kolejnego domu. Rodzina Ś. chętnie ich odwiedza, ale żeby nie chodzić zbyt daleko naokoło, musi, no nie ma rady, tak już się ciasno zrobiło, przechodzić przez teren Kazimierza Pabiana.

Osiedle Polska

Wbrew pozorom jednak wgryzła się ukradkiem w Polską pewna istotna zmiana – między biało-czerwone flagi, Chrystusów, Wisielce, rakiety, nierówne chodniki i zaułki bez wyjścia na zapleczu ulicy, wkroczyło nowe. Nowe osiedle Polska, świeżo wybudowane. Nowoczesne bryły dziewięciu domów jednorodzinnych pod adresem Polska 9 od A do I, które za sprawą niepowtarzalnego architektonicznego stylu o nazwie hiszpański ascetyzm tworzą estetyczny wyłom w przedniej części ulicy – kontrastują z eklektyzmem wszystkiego, co jest naokoło.

Domy są energooszczędne, wychodzące naprzeciw dylematom współczesnego świata, wyposażone m.in. w ogrzewane rynny, systemy wentylacji oraz nawadniania w ogrodzie. To tylko budynki, ale przecież wiadomo, że ważniejszy jest człowiek.

Więc jeśli chodzi o ludzi, ściągnęło osiedle Polska na Polską mieszkańców zupełnie nowego typu. Żadna tam drobna inicjatywa, mechanicy, uzdrowiciele czy podwórkowi inżynierowie rozrywki poalkoholowej – poważne biznesy, korporacje, wykładowcy, studentki, wielodzietne rodziny (podnoszą znacząco potencjał demograficzny ulicy).

Wszystko brzmi wspaniale, ale prawda jest taka – i zdradzi ją Artur Urbański, deweloper – że była to jego pierwsza, a zarazem ostatnia na Polskiej budowa.

Pomysł narodził się kilka lat temu – w katolickiej szkole swojej córki zauważył, jak wiele jest wielodzietnych rodzin, a jak mało dla nich ofert mieszkaniowych. Postanowił więc wybudować osiedle domów, takich w sam raz dla kilkuosobowej rodziny. Przez znajomych dowiedział się o Polskiej i o autochtonach chętnych na sprzedaż kawałka tutejszej ziemi. Rodzina od pokoleń mieszkała w drewnianej chałupie, na klepisku przykrytym linoleum, żadna patologia, pobożni aż za bardzo, po prostu straszna bieda – takich warunków nigdy w życiu nie widział, choć sam nie wychowywał się w luksusach. Trzy lata temu zawarł więc z rodziną nietypową umowę. Za odstąpienie działki z chałupą będą mogli zamieszkać w jednym z osiedlowych domów.

I od tamtego czasu deweloper miał już tylko problemy. Okazało się, że do osiedla nie będzie drogi dojazdowej, bo ta, po której wszyscy sąsiedzi jeżdżą, nie jest drogą publiczną. Sprawa tkwiła w sądzie, więc deweloper wpadł na pomysł, że wynajmie po prostu od dzielnicy tę ziemię, po której wszyscy jeżdżą. To poskutkowało, ale potem, gdy sprawa sądowa już się zakończyła, nie mógł rozwiązać z dzielnicą tej nieszczęsnej umowy. Po roku, groźbach i straszeniu go komornikiem, w końcu się udało. Przystąpił więc do budowy drogi. Wykostkował ją elegancko na własny koszt, bo pozostali użytkownicy nie wyrażali chęci, aby się dołożyć. Wręcz przeciwnie – jedna z sąsiadek zaczęła się domagać wynagrodzenia za niedogodności, ale jako że deweloper z zasady nie daje łapówek, musiał się uporać z donosem o budowlanej samowoli.

Nie wspomina już o tym szambie, które musiał założyć – domy nowoczesne, energooszczędne, ale na kanalizację w najbliższym czasie nie ma nawet co liczyć.

Więc deweloper zraził się do Polskiej i w ogóle do tej dzielnicy, choć dumny jest z osiedla. Jego mieszkańcy elegancką bramą na pilota wyjeżdżają samochodami, przez chwilę jadą po równiutkiej kostce, a potem już jest Polska. Mijają wynalazcę Wisielca Damiana, uzdrowiciela Kazimierza i Artura z rakietą, gdzieś tam w oddali ukrytego za domami Kazimierza Pabiana, aż w końcu, za noclegownią dla bezdomnych, w której też kiedyś mieszkały zwykłe rodziny, ale zostały wysiedlone ze względu na budowę Trasy Siekierkowskiej, wyjeżdżają na nią właśnie i mkną w kierunku centrum Warszawy.

Przy wylocie na trasę stoi często z wózkiem na butelki i w fioletowej czapce Napoleon Marek, który kiedyś ze strusiami przeżył niesamowitą przygodę.

Polityka 46.2015 (3035) z dnia 08.11.2015; Na własne oczy; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Ulica Polska"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną