Dlaczego warto uczyć lekarzy dobrej komunikacji z chorymi

Jak powiedzieć choremu
Rozmowa z dr Anną Ratajską, psycholog z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, o tym, dlaczego lekarzom tak trudno rozmawiać z pacjentami.
Dr Anna Ratajska: Nikt lekarzy nie uczy kierowania własnymi emocjami – a do nich za każdym razem przychodzi przecież jakieś nieszczęście.
Terry Vine/Getty Images

Dr Anna Ratajska: Nikt lekarzy nie uczy kierowania własnymi emocjami – a do nich za każdym razem przychodzi przecież jakieś nieszczęście.

Dr Anna Ratajska: Relacja lekarz–pacjent jest w oczywisty sposób asymetryczna, z perspektywy lekarza jest relacją władzy. To też może rodzić problemy.
AppleEyesStudio/PantherMedia

Dr Anna Ratajska: Relacja lekarz–pacjent jest w oczywisty sposób asymetryczna, z perspektywy lekarza jest relacją władzy. To też może rodzić problemy.

Dr Anna Ratajska
materiały prasowe

Dr Anna Ratajska

audio

AudioPolityka Joanna Cieśla - Jak powiedzieć choremu

Joanna Cieśla: – W głośnym filmie Łukasza Palkowskiego „Bogowie” są liczne sceny pokazujące, jak prof. Zbigniew Religa i jego współpracownicy mozolą się w rozmowach z pacjentami i ich rodzinami. To profesjonalny zespół, wybitni lekarze, a w kontaktach z ludźmi błądzą po omacku, zagubieni i bezradni. Coś się zmieniło przez 30 lat?
Dr Anna Ratajska: – Tak, zmieniło się, choć mogłoby dużo więcej. Przede wszystkim medycyna zrozumiała, jak wielkie znaczenie ma rozmowa z pacjentem. Na świecie badania nad tym zaczęły się właśnie mniej więcej 30 lat temu.

I co się okazało?
Że warto inwestować w dobre wyedukowanie pacjenta, by rozumiał mechanizmy swojej choroby. Chodzi o to, by pacjent wiedział nie tylko, że ma przyjmować leki, ale żeby miał świadomość, dlaczego te właśnie leki i dlaczego w określonych godzinach. Bo badania pokazują, że im lepiej pacjent rozumie swoją chorobę, tym bardziej stosuje się do zaleceń.

A zmorą lekarzy jest to, że pacjenci się nie stosują.
No właśnie. Ale chodzi nie tylko o to, żeby pacjent był właściwie leczony – choć o to przede wszystkim. Lekarze, jak wiadomo, pracują w dużym obciążeniu. Dość rzadko doświadczają w pracy czegoś pozytywnego, mówiąc językiem psychologii – wzmocnień, nagród. Jeśli pacjent lepiej się leczy – lekarz widzi skuteczność swoich działań, zabezpiecza go to przed wypaleniem. To ma wielkie znaczenie.

Lekarz musi też wiedzieć, kiedy dać pacjentowi szczegółowe informacje. Jeśli na przykład rozpoznaje chorobę nieuleczalną, rokowania nie są pomyślne, to dobrze na pierwszym spotkaniu przekazać podstawowe rzeczy, monitorując jego stan emocjonalny. Można pytać: „Czy chce pan wiedzieć więcej?”. Wykorzystywać komunikację werbalną i niewerbalną. Dla lekarza przekazywanie takiej informacji jest stresujące – powinien być do tego przygotowany, bo inaczej jego emocje zniekształcą przekaz i odbiór komunikatów nadawanych przez pacjenta.

Można się nauczyć, jak tego unikać?
Można – choć nie jest to wiedza, którą należy wykładać jak przedmiot. Pracownicy uniwersytetów medycznych w takich krajach jak Kanada, Wielka Brytania czy USA przed trzema dekadami zachłysnęli się tą wiedzą i zaczęli uczyć komunikacji, wyodrębniając ją z przedmiotów klinicznych. I wówczas okazało się, że coś nie idzie. Bo gdy ta komunikacja jest całkowicie wydzielona, student przychodzi na egzamin i pięknie mówi: „Dzień dobry, pozwoli pani, że się przedstawię… Teraz przystąpię do badania”. A potem idzie na egzamin z chirurgii i startuje: „Gdzie boli? Jak boli?”– nie integruje tej wiedzy.

Dziś już wiadomo, że najlepiej uczyć komunikacji przez całe studia, gdy w trakcie zajęć z medycyny paliatywnej czy rodzinnej przyszły lekarz od razu słyszy: „Patrz mu w oczy i mów – teraz przyłożę słuchawkę tu i tu”, „Dziel informację na małe kawałki i sprawdzaj, czy pacjent rozumie”.

I tak się uczą studenci w Polsce?
Zaczynają. U nas przez lata trudno było badać komunikację, bo nie byliśmy do tego gotowi technologicznie. Trzeba nagrywać rozmowy, by móc je analizować i na tej podstawie oceniać na przykład, czy ktoś zrobił postęp. Gdy więc nie było badań potwierdzających, że komunikowanie się jest ważne, trudno było znaleźć argument, by na studiach przygotowujących do pracy w służbie zdrowia – lekarskich, pielęgniarskich, fizjoterapeutycznych, na których i tak jest mnóstwo nauki, dokładać dodatkowe przedmioty. Jeszcze jakiś czas temu zdarzyło mi się usłyszeć: „Po co ja się mam komunikować z pacjentem? Przecież ja sobie wszystko zbadam”. Pokutowało też mówienie o komunikacji jako o sztuce – a jeśli to sztuka, to albo ktoś ma talent, albo go nie ma. Dziś wiadomo, że to takie same umiejętności jak przykładanie stetoskopu i interpretacja słyszanych zgrzytów, szmerów i trzasków. Jedne z tych umiejętności są częściej stosowane, inne rzadziej, wszystkie po kolei można nabyć.

Od kilku lat mamy rozporządzenie ministra zdrowia, według którego przyszli lekarze mają się uczyć, jak rozmawiać z pacjentami.
Ale na razie na uczelniach to niewiele godzin zajęć, bo osób przygotowanych do nauczania komunikowania się wciąż jest za mało. Na szczęście w ubiegłym roku dzięki Centrum Komunikacji Klinicznej, stworzonym przez Uniwersytet Kazimierza Wielkiego oraz Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, pozyskaliśmy dla Polski grant od Europejskiego Stowarzyszenia ds. Komunikacji w Opiece Zdrowotnej (EACH, European Association for Communication in Healthcare) i teraz 20 osób z uczelni medycznych w całej Polsce jest szkolonych przez najlepszych specjalistów z Europy. Wkrótce wydana zostanie polska wersja podręcznika „Umiejętności komunikowania się z pacjentami” Susan Kurtz i Jonathana Silvermana. Nazywa się go biblią komunikacji, jest stosowany w 80 proc. uczelni brytyjskich. Organizujemy też szkolenia z komunikacji klinicznej dla kolejnych osób. Na wszystkich uniwersytetach medycznych jest to w tej chwili gorący temat – wprowadza się nauczanie komunikacji klinicznej w związku ze zmianą programów nauczania, tworzeniem centrów symulacji medycznej. Problemem w polskim podejściu dotychczas było to, że komunikowania nie spostrzega się jako kompetencji klinicznej – a przecież przeciętny lekarz przeprowadza w życiu ok. 200 tys. wywiadów.

I do tej pory aż połowa badanych, jak wynika z sondażu „Gazety Wyborczej”, czuła się w trakcie ich przeprowadzania jak przedmiot. Załatwiony w pięć minut.
Na warsztatach, które prowadzę, bardzo często pojawia się ten problem: „Mam 5 minut na pacjenta, bo kolega nagle zachorował, przyjmuję na zmianę raz swoich pacjentów, raz jego – co robić?”. Pytam: „A co by było, gdyby pani powiedziała – dziś jest taka sytuacja, przyjmuję za kolegę, zróbmy to sprawnie, następnym razem będziemy mogli dłużej porozmawiać”. Wielu lekarzy mówi: „Ja nie mogę, bo pacjent będzie fukał, bo pacjenci są roszczeniowi”. I lekarz denerwuje się, czeka, patrzy na zegarek (a to jest komunikat: „Nie słucham cię, pospiesz się”), pacjent nie wie, co on ma w głowie, widzi napięcie lekarza, więc sam się też denerwuje.

W dodatku relacja lekarz–pacjent jest w oczywisty sposób asymetryczna, z perspektywy lekarza jest relacją władzy. To też może rodzić problemy. Co więcej, jest grupa pacjentów, która woli pracować w patriarchalnym podejściu, nie tylko w Polsce zresztą. To im daje poczucie bezpieczeństwa. Bo „lekarz wie lepiej”. Niektórzy rozciągają to założenie na sfery życia w ogóle niezwiązane z medycyną – przynoszą do gabinetu pisma sądowe z prośbą o wyjaśnienia albo oczekują jakichś innych wskazówek. A lekarzy nikt nie uczy, jak sobie radzić z pacjentem, który krzyczy, który płacze, albo z pacjentem, który go uwodzi. Mówiąc w uproszczeniu: jeśli lekarz nie ma kompetencji radzenia sobie w trudnych sytuacjach, zostają dwie drogi – albo mocno angażuje się emocjonalnie i prędzej czy później się wypala, albo chcąc się chronić, od razu zaczyna się odcinać, przyjmując postawę zimnego klinicysty. Co wcale nie znaczy, że on idzie do domu i nie myśli o tych pacjentach.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną