Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Desant na pomarańczową wyspę

Dwa województwa, w których PO pokonała PiS: jakie będą ich losy?

Budowa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, transport jednego z eksponatów – czołgu Sherman. Budowa Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, transport jednego z eksponatów – czołgu Sherman. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta
Co czeka pomorskie i zachodniopomorskie – jedyne województwa, w których w ostatnich wyborach Platforma, choć słabo, ale jeszcze raz wygrała z PiS?
W Szczecinie na tereny postoczniowe wróciło już życie (50 firm, ok. 2,5 tys. pracujących), ale w stopniu niezaspokajającym oczekiwań.Cezary Aszkielowicz/Agencja Gazeta W Szczecinie na tereny postoczniowe wróciło już życie (50 firm, ok. 2,5 tys. pracujących), ale w stopniu niezaspokajającym oczekiwań.

Kiedy Państwowa Komisja Wyborcza, ogłaszając wyniki, pokazała mapę administracyjną, te dwa województwa oznaczone na pomarańczowo wyraźnie odcinały się od chabrowej reszty. – Obszar rozsądku nad Bałtykiem – powie pół żartem, pół serio Marek Tałasiewicz, jeszcze urzędujący, ale wkrótce były wojewoda zachodniopomorski. Gdyby nie ten nadmorski pas pomarańczu, zwycięstwo PiS byłoby bardziej efektowne. No i jakże miłe dla partii, której wspólnota narodowa jest bliższa niż zróżnicowane społeczeństwo obywatelskie. – To jest jak sól w oku – ocenia Mieczysław Struk, marszałek pomorski.

Pomorskie archipelagi

Komentatorzy polityczni, wcześniej chętnie interpretujący geografię wyborczą, tym razem zamilkli. Województwu pomorskiemu łatwo przypisać „efekt matecznika”, kolebki PO, a zarazem wyzwania dla PiS. Ale co z zachodniopomorskim? – Myślę, że zaważyły niekoniecznie te same czynniki – uważa prof. Aleksander Hall, historyk, który kawał życia oddał działalności najpierw opozycyjnej, potem politycznej. – Pomorze samorządowe jest w dużej mierze konserwatywne, ale niepisowskie. I ono cały czas gra pierwsze skrzypce. Zachodniopomorskie z kolei ma taki profil, że tam mimo wszystko nie ma wzięcia ten typ prawicowości, który reprezentuje PiS. Chodzi mi o słabsze przywiązanie do Kościoła, słabsze struktury społeczne, większą otwartość na Zachód.

Na Pomorzu PO rekordowe poparcie otrzymała w malutkiej Krynicy Morskiej (44,12 proc.). Może także dlatego, że popularnemu kurortowi grozi zostanie wyspą w sensie dosłownym. Chodzi o kanał przez Mierzeję Wiślaną, którą PiS wielokrotnie obiecywał przekopać, także w ostatniej kampanii. PO nie mówiła kanałowi nie, ale się nie śpieszyła. To projekt polityczny – uniezależnia elbląski port od będącej we władaniu Rosji Cieśniny Pilawskiej. Wątpliwy gospodarczo i silnie ingerujący w środowisko naturalne (z tego powodu wymaga akceptacji Komisji Europejskiej). Elbląskie elity wierzą (ponad podziałami), że przekop da kopa rozwojowego ich miastu. Do polityków PiS hasło „suwerenna droga wodna” przemawia bardziej niż rachunek ekonomiczny i straty w przyrodzie. Krynica boi się jednak, że wskutek inwestycji straci plaże i turystów. Ostatnio kryniczanie wpadli na pomysł, że jeśli rząd chce kopać, to niech najpierw wysoko ubezpieczy ich majątki na wypadek negatywnych skutków.

Prawdę mówiąc, pomarańczowa wyspa to wytwór zgeneralizowanych statystyk. Jeśli z poziomu województw i okręgów zejdziemy niżej, na szczebel powiatów i gmin, nie mówiąc o obwodach, to odsłoni się mozaika plam o różnym stopniu nasycenia pomarańczem i chabrem. Archipelagi. I często trudno tu o wyraźny klucz. Na przykład ten, że na PiS głosują ofiary transformacji, a na PO jej beneficjenci. Weźmy Sierakowice, gminę mlekiem i miodem płynącą, gdzie regularnie wygrywa PiS (ostatnio 54,68 proc. głosów, PO – 19,43), i głosujące na PO Trzebielino, które może Sierakowicom zazdrościć i dobrobytu, i przedsiębiorczości.

Na Kaszubach inaczej niż na Pomorzu Zachodnim – struktury społeczne są zwarte, okrzepłe, ale ludzie też podzieleni. Północ bardziej popiera PO, południe sprzyja PiS. I to pomimo, że PiS do „kaszubskości” podchodzi nieufnie – przez dziadków w Wehrmachcie, przez kultywowaną językową i kulturową odrębność. Mieszkaniec Bytowa, Kaszuba z dziada pradziada, prof. Cezary Obracht-Prondzyński, historyk, socjolog i antropolog, skłonny jest postawić tezę, że siła więzi wyznaniowych (te podkreśla) – czy też szerzej, ideologicznych – jest większa niż siła więzi etnicznych. Te ostatnie PiS wystawił w tych wyborach na próbę, obiecując stworzenie województwa środkowopomorskiego. Niektórzy działacze PiS o kaszubskim rodowodzie odważyli się zdystansować od tego projektu, oznaczającego rozbiór Kaszub i obu województw nadmorskich. A Kaszubi od 1945 r. zabiegali o to, by być w jednym województwie. Dała im to dopiero reforma Buzka.

Zamieszanie rozbiorowe

Właściwie mało kto się spodziewał, że PiS obieca to środkowopomorskie. Wszak w październiku 2007 r. prezydent Lech Kaczyński opowiedział się przeciwko projektowi. Jego brat odkurzył go w 2012 r. I potem przypominał, prezentując to jako remedium na słabości rozwojowe tej części Wybrzeża. Środkowopomorskie pachniało kiełbasą wyborczą. Jednak Pomorski Sejmik Wojewódzki postanowił dać mu odpór – 19 października br. zwołał nadzwyczajną sesję i przyjął rezolucję przeciwrozbiorową. Nie obyło się bez awantury. Radni PiS byli sesji przeciwni. Poseł Andrzej Jaworski (PiS) wkroczył na mównicę, nie czekając na zgodę przewodniczącego sejmiku. Ten chciał mu udzielić głosu później w dyskusji przewidzianej w programie sesji. A że poseł z mównicy zejść nie chciał, to wyłączono mu mikrofon. Więc i on, i radni PiS opuścili salę. Jaworski złożył potem w prokuraturze doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez uniemożliwienie mu wypowiedzenia się jako posłowi. No i teraz prokuratura ma zajęcie.

Profesor Obracht-Prondzyński był na tej sesji, bo wraz z innymi osobami z tzw. terenu chciał usłyszeć argumenty zwolenników rozbioru. Ale jak przyszła na nie pora, PiS nie było na sali. – Liczę na to – mówi profesor – że jeśli do czegoś dojdzie, to te konsultacje społeczne będą prawdziwe, a nie w postaci politycznych mityngów i awantur. To jest gra naszą, Kaszubów, przyszłością. Nie chcemy być zakładnikami jakiegoś projektu politycznego.

Prócz środkowopomorskiego PiS obiecywał jeszcze wydzielenie warszawskiego i częstochowskiego. Obietnice wywołały w terenie dyskusję o rzeczywistych, nie administracyjnych mechanizmach wzrostu. Że szansą są lepsze drogi, szybkie połączenia kolejowe. Że można stymulować rozwój bez ingerencji w układ terytorialny.

– To by oznaczało gigantyczne turbulencje, renegocjacje z Unią Europejską – argumentuje Olgierd Geblewicz, marszałek zachodniopomorski. – Prócz przeprowadzenia nowych wyborów trzeba by napisać dla poszczególnych obszarów nowe strategie rozwoju. Lekko licząc, wstrzymalibyśmy możliwość implementacji funduszy unijnych na ok. trzy lata. Obudzilibyśmy się w 2018 r., zaprzepaszczając ten ostatni dobry dla nas okres.

Dlatego Robert Biedroń, prezydent Słupska, choć wcześniej był za środkowopomorskim, teraz zdeklarował się przeciw. Samorządowcy zaczęli się zastanawiać, czy nowe województwa nie są pretekstem do przeprowadzenia przyśpieszonych wyborów do sejmików, które w większości trzyma koalicja PO-PSL. Marszałek Struk obawia się jednak, że może chodzić o coś więcej – inny sposób myślenia o organizacji państwa, niechęć PiS do silnych samorządów, z którymi trzeba się dzielić władzą.

Minister od dorszy

Dla całego Wybrzeża PiS miał marchewkę w postaci Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Wiadomo, że powołanie odrębnego resortu cudu gospodarczego nie uczyni, ale mile łaskocze aspiracje. Wybrzeże za komuny żyło w aurze wyjątkowości jako okno na wolny świat. W 1989 r. tę wyjątkowość straciło. Pozostała tęsknota. Własne ministerstwo poniekąd czyni jej zadość.

– Czy pobożni, czy ateiści, prawi czy lewi mają nadzieję, że wreszcie nas zauważą, wreszcie nas docenią – oddaje nastroje szczecińskie wojewoda Tałasiewicz. – Tu cały czas ludzie mają wrażenie, że to, co związane z morzem, jest niedostrzegane, niedoceniane, traktowane jako coś dalekiego, abstrakcyjnego.

Trójmiasto nie może się pogodzić z przeprowadzką do Warszawy Dowództwa Marynarki Wojennej (PiS obiecał powrót). I chyba nie utuliło żalu umieszczenie w Gdańsku Polskiej Agencji Kosmicznej. W ogóle na Wybrzeżu ożył ostatnio dyskurs o potrzebie decentralizacji, rozumianej nader prosto jako dzielenie się przez stolicę różnymi instytucjami z regionami. Na nowy resort też spojrzano z taką nadzieją. Od początku na jego szefa typowano Marka Gróbarczyka, absolwenta Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni, byłego marynarza, ostatnio europosła związanego ze Szczecinem. Jego karierę łączy się z osobą Joachima Brudzińskiego (obaj trafili do Szczecina z Nowego Sącza). Więc Szczecin liczył, że to tam trafi siedziba ministerstwa. Ale Gdańsk nie myślał odpuszczać. Entuzjazm osłabł, gdy tradycyjnie stanęło na Warszawie.

Nie obyło się bez zgrzytu, gdy w związku z ministerstwem PiS obiecał odbudowę zrujnowanych stoczni i portów. Szczecin akcję „reaktywacja” przyjął głównie z nadzieją. Wprawdzie i tam na tereny postoczniowe wróciło już życie (50 firm, ok. 2,5 tys. pracujących), ale w stopniu niezaspokajającym oczekiwań. W Trójmieście wizji upadłych stoczni i portów, które trzeba dźwigać z ruin, nie zdzierżyła organizacja Pracodawcy Pomorza. Zorganizowała debatę połączoną z briefingiem prasowym. Przedstawiono mnóstwo liczb na dowód, że zapaść jest w głowach polityków PiS. Bo stocznie, przynajmniej te prywatne, radzą sobie zupełnie nieźle, a niektóre wręcz świetnie. Porty w Gdańsku i Gdyni biją przeładunkowe rekordy (w porcie gdańskim przeładunek kontenerów w latach 2007–14 wzrósł o 1,2 tys. proc.). Przyciągają też wielkie inwestycje, a głupie gadanie może im zaszkodzić.

Zatem Marek Gróbarczyk nie obejmie masy upadłościowej. Już raz w rządzie Jarosława Kaczyńskiego kierował resortem od morza. Ale było to ministerstwo o wąskich kompetencjach, utworzone jako łup dla koalicyjnej LPR. Gróbarczyk rządził nim u schyłku i bardzo krótko. Julia Pitera wyciągnęła mu, że służbową kartą zapłacił parę złotych za kawałek dorsza, co po latach zupełnie zbladło przy ośmiorniczkach ludzi Platformy. Ale ten minister i jego ówczesny zastępca Grzegorz Hałubek zapisali się szkodliwym konfliktem z Komisją Europejską. Też o dorsza, którego nasi rybacy odławiali, przekraczając przyznany limit, ustanawiany po to, by chronić ryby przed przetrzebieniem. Minister postawił się KE, a konsekwencje ponieśli rybacy. Za karę pomniejszano im limity połowowe w następnych latach.

Jednak teraz ministerstwo ma mieć większe kompetencje, podobno z właścicielskimi włącznie. Jego przyszły szef zapowiada, że w trzy miesiące od utworzenia resortu powstanie ustawa, która reaktywuje Stocznię Szczecińską.

Muzealne sieroty

PiS Pomorza nie odbił, choć wpływy PO mocno osłabły. Ale można powiedzieć, że je podbił, wygrywając w skali kraju. Dzień po wyborach i słowach prezesa PiS, który przestrzegał partyjny aktyw przed zemstą na politycznych rywalach, poseł Jaworski obwieścił, że trzeba zmienić władze Gdańska i namawiał do referendum. Jaworski trzykrotnie bez powodzenia rywalizował z Pawłem Adamowiczem o fotel prezydenta Gdańska. W trzecim podejściu udało mu się wywalczyć drugą turę. Bo też rywal był osłabiony – i jest nadal – śledztwem. Sprawa ciągnie się trzy lata. Prokuratura postawiła prezydentowi pięć zarzutów, które dotyczą podania nieprawidłowych informacji w oświadczeniach majątkowych. Czym się to skończy – umorzeniem czy aktem oskarżenia – nie wiadomo. Adamowicz ma wrażenie, że prokuratura finiszuje. – Gdyby to miało trwać jeszcze pół roku czy rok – mówi – to czułbym się zagrożony w kontekście planów PiS podporządkowania prokuratury ministrowi sprawiedliwości.

Nadgorliwość Jaworskiego, ulubieńca ojca Rydzyka, tłumaczy się w Gdańsku chęcią poprawy wewnątrzpartyjnych notowań – przewodzenie regionowi stracił na rzecz Janusza Śniadka, do Sejmu startował z trzeciego miejsca – nie tylko po eksponowanym ostatnio Jarosławie Sellinie, ale też słabo rozpoznawalnym Kazimierzu Smolińskim. Sellin od zapowiedzi wojny z Adamowiczem się zdystansował, nie taił jednak, że PiS marzą się przyspieszone wybory samorządowe. W przeciwieństwie do Jaworskiego Sellin miał ostatnio wysokie notowania – mocno eksponowany medialnie, chodził w glorii przyszłego ministra kultury. Ale ostatecznie tę rolę (wraz z teką wicepremiera) przydzielono prof. Glińskiemu.

Na linii strzału znalazło się też Muzeum II Wojny Światowej, nienarodzone jeszcze, choć mocno już rozwinięte dziecię samego Donalda Tuska. Pomysł (2008 r.) był inspirowany sukcesem Muzeum Powstania Warszawskiego, na którym swego czasu zbił polityczny kapitał Lech Kaczyński. Gdańskie muzeum ma ciekawy kształt architektoniczny, jest też gotowa koncepcja wystawy głównej. Koszt – 450 mln zł w ramach programu rządowego. Pech (nieszczęścia budowlane w okolicy) spowodował opóźnienia. Mogą mieć one gorsze skutki niż tylko poślizg w otwarciu. Koncepcję wystawy wcześniej krytykował prezes Kaczyński. Sellin teraz tę krytykę odświeżył – że chodzi o to, by muzeum przedstawiało polską interpretację i narrację; że uniwersalistyczna interpretacja nie ma sensu; że tylko interes Polski, jej wizerunek itd. Żadne tam pokazywanie naszych doświadczeń na tle innych narodów. Muzealnicy są pewni, że krytyka bierze się z nieznajomości koncepcji wystawy, z fałszywych o niej wyobrażeń. Proponują filmik na stronie internetowej muzeum, aby wyrobić sobie pogląd. Więc przez korytarze Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku przeleciało westchnienie ulgi, gdy Sellin nie został ministrem kultury.

No cóż, a gdyby nawet ich wizja różniła się od wizji Jarosławów – Kaczyńskiego i Sellina? Gdzie jest powiedziane, że nie ma ona prawa bytu w przestrzeni publicznej i w publicznym dyskursie? Przecież to uznane za „słuszne” Muzeum Powstania Warszawskiego każdy z nas też czyta po swojemu. Według własnej wiedzy i wrażliwości. Co więcej, po swojemu, czyli różnie, czytają je nawet zdeklarowani zwolennicy PiS. Tego nie zmienią żadne wybory, podboje i desanty. Na szczęście.

Polityka 47.2015 (3036) z dnia 17.11.2015; Społeczeństwo; s. 29
Oryginalny tytuł tekstu: "Desant na pomarańczową wyspę"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Musicale na fali. Taki mało rozśpiewany z nas naród, a nie ma spektaklu bez piosenki

Nie należymy do narodów rozśpiewanych, ale w teatrze trudno dziś znaleźć spektakl bez choćby jednej piosenki. Przybywa też dobrych rodzimych musicali.

Aneta Kyzioł
18.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną