Był czerwiec 1998 r.: funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa weszli do siedziby spółki WSK PZL Mielec SA i jej spółki-córki – Zakładu Lotniczego; zatrzymano 10 osób ze ścisłego kierownictwa największej wówczas fabryki lotniczej w Polsce oraz pełnomocników spółki konsultingowej Grand Limited. Wszyscy byli podejrzani o oszustwa finansowe na ogromną skalę i przywłaszczenie mienia wielkiej wartości. Zostali aresztowani na wiele miesięcy.
Wytwórnia Sprzętu Komunikacyjnego Mielec w latach świetności zatrudniała ponad 22 tys. ludzi. Żyło z niej miasto i okolica. Z produkcji samolotów, sprzedawanych głównie do Związku Radzieckiego, robionych na radzieckich licencjach, zwłaszcza Iliuszyna i – dziś ukraińskiego – Antonowa. Pełen wachlarz: samoloty An-2 (zbudowano ich 12 tys.), Dromadery, M-15, Iskry, Iskierki, a wreszcie An-28.
W 1991 r., gdy rozpadł się ZSRR, Polska zlikwidowała rozliczenia w tzw. rublach transferowych. Nie chciała rozliczeń barterowych, ale Moskwa nie chciała płacić w dolarach. Nie dogadano się. Ostatecznie Rosja zaniechała składania zamówień. Ale w Mielcu pozostała licencja na produkcję An-28. Projektanci w WSK uznali, że czas skończyć z sowiecką siermiężnością, że warto samolot wyposażyć w nowy napęd, nawigację, śmigła i poprawić komfort w kabinie. Jeśli otrzyma certyfikację na Zachodzie, będzie hitem eksportowym. Zapomniano jednak o własności praw intelektualnych. Mielec nie mógł sprzedawać An-28 bez zgody Kijowskiego Zakładu Mechanicznego im. Antonowa, właściciela samolotu (potem ukraiński Lotniczy Kompleks Naukowo-Techniczny ANTK). Bo polska fabryka nie posiadała praw do licencji i do znaku towarowego samolotu. A to uniemożliwiało rozpoczęcie procesu certyfikacji na Zachodzie.
Próbując rozpaczliwie wyjść z impasu, WSK przedstawiła „swój” samolot PZL M-28 Skytruck, z polską certyfikacją.